7:1 ALBO: „CHAOS, ROZPRZĘŻENIE, POBIEŻNOŚĆ”

Spodziewałem się, że ktoś prędzej czy później drużynie Brazylii utrze nosa, ale nie sądziłem, że może to być aż 7:1. Już bowiem od pierwszych meczów w grupie A było widać, że Brazylia oprócz bieganiny wte i wewte oraz prócz kopaniny nic nie potrafi. Zarówno Chorwacja, jak i Chile to są drużyny, moim zdaniem, znacznie lepsze na tym mundialu niż Brazylia. Szczęście oraz szczęśliwe zbiegi przypadków, a także przychylność sędziów, to wszystko musiało kiedyś, prędzej czy później, się skończyć.

Sądziłem, że półfinałowy mecz Brazylii z Niemcami to będzie zacięty, lecz sportowy pojedynek i zakończy się rezultatem 1:0 dla Niemców lub, ewentualnie, 2:1 dla Niemców. Takiego pogromu jednak się nie spodziewałem.

Jeśli Argentyna wygra z Holandią (moim zdaniem powinna wygrać), to w meczu o brązowy medal właśnie Holandia spotka się z Brazylią. Medal dla Brazylii, za jej beznadziejną grę, to byłoby jakieś nieporozumienie. Czwarte miejsce to jest i tak aż nadto. Kto zatem wygra mundial? Ja, osobiście, stawiam na Niemców.

Dość często, szczególnie ostatnio, porównuję literaturę, pisanie wierszy, w ogóle pisarstwo, do… gry w piłkę nożną. (Gdybyż jeszcze pisarze otrzymywali takie honoraria jak prawie wszyscy kopacze).

Co z tego bowiem, że niektórzy pisarze piszą i wydają książkę za książką, że są hołubieni przez jurorów przeróżnych konkursów literackich i obsypywani różnymi nagrodami a także obwieszani orderami jeśli ich twórczość jest nic niewarta. Nic w niej, oprócz nudzenia, nie ma. 

Jeden z moich znajomych od czasu do czasu popisuje sobie wiersze. Robi to od niechcenia: „Ot, takie „wierszyczki-klepiczki” – tak je nazywa – „przychodzą do mnie. I tyle” – powiada. Ostatnio udał mu się nad podziw dobry utwór jako żywo przypominający wiersz napisany jakby w poetyce Gałczyńskiego. Nie ma w tym jednak żadnego naśladownictwa. Ręczę za to głową jako długoletni, i jeszcze dłuższy, czytelnik poezji. Zachęcam znajomego aby zebrał te swoje „wierszyczki-klepiczki” w tomik. To są naprawdę niezłe wiersze, na tle tej zastraszającej i wszechobecnej grafomanii „pisania poezji”. Kto mu jednak ten tomik wyda. A nawet gdyby sam sfinansował wydanie tej książki, to kto ją zauważy? Dostrzega się teraz, wyróżnia,  nagradza, ba! obwiesza orderami itd…. „chaos, rozprzężenie, pobieżność” – jak określa współczesną poezję Andrzej Franaszek.

Ostatnio, z okazji różnych imienin, i tym podobnych czerwcowych uroczystości, byłem na pewnym przyjęciu. W którymś momencie zgadało się na temat pisania wierszy. Ktoś mnie zapytał czy coś piszę i czy mam coś nowego do wydania. (Ach to „coś”). Odparłem, zgodnie z prawdą, że piszę niewiele, a mam do wydania dwie książki: wybór najlepszych wierszy oraz tomik zupełnie nowych wierszy z ostatnich trzech lat. Pozostaje tylko kwestia wydania, czyli m.in. sponsoringu.  

Przysłuchiwał się tej rozmowie elegancki, odziany w garnitur modnego kobaltowego koloru pan, w którym upatrywałem potencjalnego sponsora, gdyż uchodzi za bogacza. W pewnej chwili ów pan przysiadł się do mnie i oświadczył, że też… pisze wiersze. Po czym na chwilę zniknął i przyniósł z samochodu olbrzymie tomisko wierszy. Moje zatem, wydawałoby się wydawane na najwyższym poziomie edytorskim tomiki wierszy, „wysiadają”. Oto bowiem otrzymałem oprawiony w luksusową, twardą, obficie złoconą okładkę, okraszony wymyślnymi grafikami tom wypełniony gęsto przeważnie  trzynastozgłoskowcami.     

Poddałem się natychmiastowej lekturze na tyle na ile to było możliwe na głośnym przyjęciu. Zupełnie jakbym zabłądził w dusznej, zagraconej, pełnej kurzu przestrzeni. Widać, że czytanie szło mi ciężko, czułem, że purpurowieję i gorący pot mnie oblewa. Spojrzałem na autora owego tomiska: to raczej on był purpurowy, właściwie… karminowo-buraczkowy, niesamowicie się pocił, pot mu skapywał z nosa do kolejnej już szklanki whisky, lecz z coraz większym natężeniem wpatrywał się we mnie oczekując jednego: wyłącznie pochwał.

Myślałem, że już nie zdzierżę tego wzroku, gdy nagle skądś przyszło wybawienie. „Jasiu, a może byś przeczytał swoje wiersze? – usłyszałem. Zazwyczaj jestem przygotowany na taką ewentualność, ale ubiegł mnie autor owego tomiszcza. „Ja, ja, ja, ja… ja państwu coś przeczytam”. Szybkim ruchem wyjął z moich rąk swój tom i zaczął czytać, a właściwie melorecytować. Nagle zapadała cisza. Słychać było tylko cichy brzęk szklanek i coraz żwawiej opróżnianych butelek. Wyszedłem w stosownym momencie pod pretekstem zaczerpnięcia powietrza. Na drugi dzień dowiedziałem się, że owa melorecytacja trwała do czwartej nad ranem. „Słońce już wstawało, a ten czytał i czytał. Chyba słuchało go już tylko Słońce” słyszałem komentarze.

Wracając jednak do mundialu: mecz Argentyna – Holandia tak mnie znudził, że wytrzymałem tylko przez pierwszą połowę. Zakwalifikowała się do finału, karnymi, Argentyna. Mecz o brązowy medal Brazylia – Holandia to może być albo straszliwa kopanina, czyli m.in. „chaos, rozprzężenie, pobieżność”, albo nuda. Natomiast mistrzami świata mogliby zostać Niemcy.

9-10 lipca 2014 r.