ŻÓŁTA PLAMKA

Żółta plamka. Zwyrodnienie żółtej plamki w jedynym oku, które jeszcze mi jakoś funkcjonuje.

Co jeszcze? Chciałbym zapytać. Co jeszcze mi gotujesz Ty, który Jesteś, albo milczysz, albo tylko przyglądasz się… Gdzie Jesteś, jeśli Jesteś, kiedy Cię najbardziej potrzeba?

Co ma jednak być to, będzie.

A tymczasem prawie nikt nie pamiętał o Święcie Trzech Króli, równoważnym przecież z Bożym Narodzeniem. A czy ktoś w ogóle wie, że Świętem jest również 27 grudnia, (czyli Trzeci Dzień Bożego Narodzenia) tj. Święto św. Jana Apostoła Ewangelisty?

Z utęsknieniem jednak, jak można niemal wszędzie usłyszeć i przeczytać, prawie wszyscy oczekiwali powszednich dni, ponieważ mieli dość tego świątecznego wypoczynku i „magii”, która jest tylko w reklamach.

Z jednej strony było wiele hałasu o to by utworzyć nowe święta państwowe i przywrócić święta kościelne. Przywrócono i nic z tego nie wynikło. Trzech Króli jest jeszcze jednym dniem wolnym od pracy. A przecież jest to wielkie Święto.

Pamiętam, z dawnych lat, że było one obchodzone na równi z Bożym Narodzeniem. Zjeżdżali do nas wciąż nowi goście, specjalnie właśnie na Trzech Króli. A poza tym były kolędy, przebierańcy, kolędnicy, którzy chodzili od domu do domu. To było bardzo ciekawe przeżycie i wydarzenie, kiedy najwięksi chuligani osiedla, na którym mieszkałem pod Malborkiem pieczołowicie przygotowywali stroje a potem z przejęciem odgrywali Jasełka. A teraz nie ma nic. Tylko ksiądz przemknie po Kolędzie natrafiając na wiele zatrzaśniętych drzwi.

Po szybko przeczytanych Poszukiwaniach metafizycznych wypożyczyłem drugi tom Dziennika Julii Hartwig. Olbrzymie, prawie 500 stronicowe, tomisko obejmujące zapiski z lat 2011–2013. Drugi tom jest rekomendowany przez wydawnictwo, ponieważ pierwszy ponoć odniósł sukces. Pierwszy tom przeczytałem i… oddałem znajomemu,

Pani Julia dużo czyta, przeważnie korespondencję między pisarzami, jest zapraszana na dyskusje o m.in. Miłoszu itd. Wspomina o Robercie Froście (1874–1963), o Robercie Browningu (1812–1889) (będę musiał go sobie przypomnieć). Pisze, że zrobiła na niej wrażenie książka Alaina-Fourniera (1886–1914) Mój przyjaciel Meaulnes (1913). (Będę musiał ją wypożyczyć albo kupić).

Zazwyczaj, gdy czytam czyjeś zapiski, dzienniki lub wspomnienia, wynotowuję ciekawsze spostrzeżenia, lektury do przeczytania itd. A tu tylko jedna książka na sto dotąd przeczytanych stron. Mało! Stanowczo za mało. O, rozpisuje się w końcu na temat Dzienników Iwaszkiewicza. Ach, jak przypomnę sobie Sándora Máraia (1900–1989) i jego Dziennik. Ciągnę jednak lekturę Dziennika Julii Hartwig.

W tym miejscu naszła mnie taka oto refleksja. Nie wiem jak to jest w innych środowiskach, ale pewnie tak samo lub podobnie, lecz w literackim wszystko się kręci wokół kilkudziesięciu osób na tzw. „świeczniku” lub raczej chyba kilku „świecznikach”. Osoby te wybrane arbitralnie przez instytucje kultury lub na zasadzie wzajemności wciąż uczestniczą a to w spotkaniach autorskich, a to targach książki, a to stypendiach zagranicznych itd. Nie mam nic przeciwko ani nagradzania tych osób, ani ich hołubieniu, ani dowartościowaniu, ani stypendiowaniu itd. Gdybyż jednak to wszystko przekładało się na książki. No bo kiedy wziąć do ręki tę lub tamtą książkę fetowanego „świecznikowca”, to nic w niej nie ma. Nic co by mnie zachwyciło, zastanowiło lub żeby to przynajmniej była przyjemna lektura. Nic z tych rzeczy.

Doprawdy trudno dociec, na czym polega „znakomitość”, czy też „wybitność” niektórych poetów i poetek z owych „świeczników”. Bo kiedy czytam tomik któregoś z nich to niemal każdy wiersz opatruję znakiem zapytania, co znaczy, że nic w nim nie ma. Na pewno nie ma Poezji. O, Poezja jest w każdym wierszu Roberta Frosta i Thomasa Hardy. Nie wyobrażam sobie dnia bym nie przeczytał kilku wierszy tych poetów. A tomiki „świecznikowców” przekazuję do lektury znajomym. I za każdym razem jest ten sam komentarz: „Jasiu, coś ty mi tu dał??? Przecież tu nic nie ma!!!”. Zdarzają się i bardzo dosadne oceny, których nie wytrzymała by i… „potocyzacja zachowań komunikacyjnych”.

Ja jednak nie zmienię ani niedorzecznej arbitralności, ani zwyczajów, ani mentalności. W XIX wieku też ponoć było tak samo. No, tak, ale stamtąd na zawsze ostał się i Mickiewicz, i Słowacki, i Norwid, i Krasiński, by wymienić tylko tych największych. A teraz, kto jest? Miłosz. Cieszę, się, że przynajmniej jest Miłosz.

Mam jednak „odskocznię” od literatury w postaci m.in. kolekcjonowania sopranów oraz kinofilstwa. Cieszy mnie, że nareszcie polskie filmy znowu są do oglądania. Nie mogę jednak w żaden sposób pojąć zachwytów nad Idą. Próbowałem ten film oglądać na DVD chyba z dziesięć razy, lecz nic nie mogę zrozumieć z bełkotu i mamrotania aktorów. Nie wiem: albo jestem już tak głuchy albo to jest maniera współczesnych aktorów. Pytałem kilku znajomych. Mają takie same doświadczenia. Może zatem opatrzyć Idę… napisami? Po wielu różnych nagrodach bardzo liczono dla Idy na Złoty Glob. Okazało się, że tę nagrodę otrzymał Andriej Zwiagincew za film Lewiatan (Lewiafan – 2014), 140 min. Pozostaje jeszcze oczekiwanie, i nadzieja, na Oscara, ale kto nie otrzymał Złotego Globu nie ma jednak szansy na Oscara. Zresztą jako kinofil z długim, i jeszcze dłuższym stażem, bardzo dziwiłbym się gdyby Ida otrzymała Oscara. Polska kinematografia naprawdę ma przynajmniej kilka arcydzieł, które Oscara nie otrzymały. Ot, chociażby, Rękopis znaleziony w Saragossie (1964), 177 min., reż. Wojciech Has. Co do, natomiast, Zwiagincewa, to nie jestem fanem jego filmów.

Radość za to sprawił mi pokazany na którymś z telewizyjnych kanałów filmowych Nocny kowboj (Midnight Cowboy – 1969), 113 min., reż. John Schlesinger (1906-2003). Świetna muzyka Johna Barry. Niezapomniani odtwórcy głównych ról: Jon Voight jako Joe Buck i Dustin Hoffman jako Enrico „Ratso” Rizzo. Nie waham się nazwać tego filmu arcydziełem. Od jego premiery mięło 45 lat, a film w ogóle się nie zestarzał. To jest właśnie jedna z cech arcydzieła.

A co mogę powiedzieć o współczesnych tomikach wierszy, w ogóle o współczesnych wierszach? Że trwają tyle, ile czas przeznaczony na ich lekturę.

W prasie a nade wszystko w kinach trwa teraz przedoscarowa gorączka. Multipleksy jednak oślepiają i ogłuszają wyłącznie „rozrywką” w postaci jakichś Hobbitów, Exodusów oraz Nocy w muzeum.

Żeby obejrzeć o przyzwoitej godzinie i bez kukurydzy oscarowy film tj. Foxcatcher trzeba jechać aż do kina w Gdyni.

 8–12 stycznia 2015 r.