WYSZEDŁEM Z „WIŚNIOWEGO SADU”

Dawno, oj, bardzo dawno nie byłem w Teatrze „Wybrzeże” w Gdańsku. Kilka lat temu wybrałem się wprawdzie, w środku lata, na jakieś przedstawienie, ale tak się wtedy zraziłem beznadziejnością tego przedstawienia a ponadto straszliwym zaduchem, że postanowiłem sobie, że moja noga nieszybko w tym teatrze postanie. 

Coraz bardziej tęskniłem jednak za spektaklami w Teatrze „Wybrzeże”. Postanowiłem zatem zdobyć bilety na najnowszą premierę, czyli Wiśniowy sad Czechowa w reżyserii Anny Augustynowicz.  O ile dawniej tj. w latach 70 i 80 XX wieku nie było problemów z kupnem biletów, to teraz ciągle odprawiano mnie spod kasy z przysłowiowym „kwitkiem”. A to słyszałem, że nie wiadomo jak będzie przebiegała inscenizacja, a to ciągle odsyłano mnie do rezerwacji biletów przez Internet, a to nie było miejsc w pierwszych rzędach itd.

W końcu otrzymałem miejsca w VII rzędzie z informacją, że są to „miejsca znakomite”. Poprosiłem jednak o miejsca bliżej sceny. Udało mi się w końcu kupić miejsca w IV rzędzie.

Premiera była w piątek, 16 grudnia br., więc w miejscowej prasie ukazała się recenzja oraz zdjęcie ze spektaklu. Zaskoczyło mnie to, że spektakl odbywa się bez scenografii, z czarnymi ścianami, z aktorami ubranymi także prawie na czarno.

Idziemy zatem 17 grudnia br. na godz. 18.00 do Teatru „Wybrzeże” na Wiśniowy sad. Odświętny strój, lekkie podniecenie, radość oczekiwania na „To”, które zawsze ponoć w teatrze dzieje się po uniesieniu kurtyny.

Kurtyny jednak także w Teatrze „Wybrzeże” już dawno nie ma. Ot, znowu pusta scena z kilkunastoma krzesłami. Wszystko w czerni. Trzeci dzwonek. Przepychają się widzowie. Czyż nie mogli przyjść wcześniej? My przyszliśmy pół godziny przed spektaklem. Rozglądam się dyskretnie po sali: sporo wolnych miejsc. Dlaczego zatem są problemy ze zdobyciem biletów?

W pewnej chwili na scenie pojawia się Lubow Raniewska, snuje się między krzesłami i coś – co???!!! – zdaje się, mówi. Oprócz mamrotania nic nie słyszę. Pojawiają się inni aktorzy, przeważanie na czarno (panowie „modnie” z odsłoniętymi kostkami u stóp) i coś… mamroczą, mamroczą, mamroczą. Z wypowiadanego na scenie tekstu dociera do mnie z 10%. Uświadamiam sobie, że ja przecież… niedosłyszę!!! Gdybyż jednak aktorzy mówili wyraźniej (nie: głośniej) słyszałbym może więcej.

Cóż mi po tym, że do mojego IV rzędu dociera mamrotanie. Wyjść, czy skupić się może na samej inscenizacji? Aktorzy jednak snują się po scenie albo siedzą i… wypowiadają swoje kwestie. Wtem któryś aktor przebiega przez scenę i beczy jak baran. Co jakiś czas przez scenę przetacza się z głośnym hurgotem bila. Na drugim planie ktoś pcha jakieś wózki z rzędami konserw… No nie, to ma być Czechow???

Z niecierpliwością czekam przerwy. Nagle wprost ze sceny „bije po oczach” widzów kilka rzędów świetlówek. Mam dość!!! Kiedy tylko światła przygasają postanawiam wyjść. Pani szatniarka mówi mi jednak, że do końca spektaklu „zostało z pięć minut”. Przez drzwi słychać jakieś brawa. Wychodzą widzowie. I my wychodzimy na świeże powietrze wieczoru przesycone kwaśnym odorem „grzańców” ze świątecznego jarmarku.

1988_wisniowy-sad

Wspominam, wprawdzie „jak przez mglę”, Wiśniowy sad z 1985 r. w reżyserii Krzysztofa Babickiego. Nie pamiętam już wszystkich nazwisk (wspomagam zatem pamięć Encyklopedią Teatru Polskiego), ale występowała wtedy cała plejada niezapomnianych Aktorów Teatru „Wybrzeże” z Haliną Winiarską jako Lubow Raniewską. A partnerowali jej wtedy m.in. Joanna Bogacka, Stanisław Michalski, Henryk Bista, Jerzy Łapiński, Wanda Neuman, Grzegorz Chrapkiewicz, Jacek Mikołajczak, Elżbieta Goetel, Stanisław Dąbrowski, Florian Staniewski, Adam Kazimierz Trela, Andrzej Szaciłło, Tomira Kowalik, Waldemar Gajewski, Wojciech Kaczanowski, Jerzy Kiszkis i inni.

A poza tym ileż wtedy, tj. w latach 70 i 80 XX wieku, było najwspanialszych przedstawień: Don Juan, Ulisses, Zemsta, Wilki w nocy, Czekając na Godota, Rewizor, Termopile polskie, Burza, Maleńka Alicja, Cmentarzysko samochodów, Wieczór Trzech Króli, Ślub, Operetka, Irydion, Wallenstein itd. itd. Była to epoka Stanisława Hebanowskiego, Ryszarda Majora i Krzysztofa Babickiego. Chodziło się wtedy na Bistę, na Michalskiego i Łapińskiego, na Bogacką, na Winiarską, na Mikołajczaka, na Igara, na Szalawskiego itd.    

Osobiście wtedy poznałem, ponieważ przyjeżdżali z różnymi spotkaniami aktorskimi do m.in. Malborka, Krzysztofa Gordona, Małgorzatę Pritulak i Andrzeja Piszczatowskiego.

To były cudowne czasy Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku. Niektórzy z tych mistrzów sceny już, niestety, pomarli, bardzo wielu przeszło na emeryturę.

Kiedy wyszedłem z Wiśniowego sadu i trochę krążyłem czekając końca spektaklu pomyślałem, że niewiele się od lat 70 XX wieku zmieniło: te same schody, marmury itd.

Nie wiedzieć po co zmieniono ustawienie krzeseł na widowni. Wydaje się jakby z remontem widowni uleciała także gdzieś cała magia Teatru „Wybrzeże”.

Doznałem w tym teatrze bardzo wiele najwspanialszych przeżyć. Tęsknię za tamtymi aktorami, za tamtymi przedstawieniami.

A teraz na scenie z czarnymi ścianami siedzą ubrani na czarno aktorzy i coś mamroczą. I jeszcze ten beczący jak baran aktor… I to ma być… Wiśniowy sad?

18 grudnia 2016 r.