WSPÓŁCZESNE SCENKI Z WIELKIEGO MIASTA

Od początku miesiąca jeździłem na zabiegi fizjoterapeutyczne do Sopotu. Wyjazd  codziennie o 7.00 rano. Chciałbym zatem podzielić się kilkoma spostrzeżeniami z podróży tramwajami, kolejką itd. i przedstawić kilka scenek.

1. Aby uniknąć porannego tłoku wsiadam na pętli tramwajowej na Chełmie. Na kolejnych przystankach przybywa coraz więcej pasażerów. W pewnej momencie reflektuję się, czy aby nie jadę czasem na jakiś pogrzeb, ponieważ prawie wszyscy pasażerowie są w głębokiej czerni lub, gdzieniegdzie, w burościach i szarościach. Niemal wszyscy zapatrzeni w ekraniki telefonów komórkowych i bezustannie, zawzięcie coś „dziobią”.  

2. Godzina wczesnopopołudniowa, wracam kolejką z zabiegów. Tuż przed Gdańskiem Głównym obserwuję następujące zjawisko. Na dworze jest jakieś +10 stopni Celsjusza. Młoda dziewczyna wciąga mimo to na głowę jakąś grubą czapę. Szyję oplata grubymi zwojami jakiegoś chomąta. Wkłada futrzane rękawice i kiedy wychodzi zza ławek do wyjścia, świecą gołe kostki jej stóp i jakieś lekkie… tenisóweczki.

3. Stoję na przystanku tramwajowym. Ze wschodu dmie mroźny wiatr. Czuć wyraźny ziąb. Dochodzą pasażerowie. Żaden nawet nie zająknie się by powiedzieć „Dzień Dobry”. Młode dziewczyny, w jakichś bucikach z odsłoniętą, oczywiście, nagą kostką.

4. Scena z kolejki. Młoda dziewczyna bardzo głośno rozmawia przez telefon. Tym razem nie wytrzymuję i najdelikatniej jak tylko mogę zwracam uwagę, że kolejka jest miejscem publicznym, że nie mam ochoty wysłuchiwać jej spraw itd. Dziewczyna odpowiada komuś w telefonie, że ona ma przecież „ważną sprawę, a ktoś właśnie przeszkadza jej ją załatwić”.

5. Sceny z kolejki, tramwaju itd. Młodzi mężczyźni siedzą rozkraczeni na ławkach. Kobiety i osoby starsze, oczywiście, stoją.  

Wszędzie ponure twarze, nie widać uśmiechów, nie słychać rozmów. (Oprócz bardzo głośnych przez telefon). Czasami ktoś coś czyta.

Któregoś razu jedzie jakiś zawzięty słuchacz „muzyki”. Nie dosyć, że zza jego słuchawek rozlega się jakiś skowyt i łomot, to ów słuchacz tak zawzięcie sobie przytupuje, że trudno jest rozróżnić: czy to koła kolejki tak stukają o szyny, czy to jego buty.

Do tego zawsze obowiązkowo straszliwy zaduch. A o przeraźliwych woniach wolałbym się nie rozpisywać.

Mam już jednak za sobą wczesnoporanne podróże do Sopotu i wczesnopopołudniowe powroty.

14 października 2016 r.