WINSTON I GARY

Jeśli już oglądać filmy, to tylko w kinie, na dużym ekranie. Czy wyobrażacie sobie takie arcydzieła jak m.in. właśnie 2001: Odyseja Kosmiczna, czy West Side Story (1961), 152 min., reż. Robert Wise i Jerome Robbins, albo Lawrence z Arabii (Lawrence of Arabia – 1962), 216 min., reż. David Lean, zrealizowane w technice Super Panavision 70 mm (proporcje obrazu – 2,21:1) na choćby największym ekranie telewizora?

W Kinie bowiem może zdarzyć owa Magia Kina, która nawet w tak bardzo teraz reklamowanej rozdzielczości 4 K na ekranie telewizyjnym zapewne się nie pojawi.

Dlatego też w pełni, na kinowym ekranie, mogłem podziwiać realizacyjny kunszt i aktorską maestrię Gary Oldmana w roli Winstona Churchilla (1874-1965) w najnowszym filmie Joe Wrighta pt. Czas mroku (Darkest Hour – 2017), 125 min.

Jakiś recenzent filmowy wymądrzał się i twierdził, że filmowy Churchill Oldmana nie jest podobny do oryginału. No i co z tego. Kreacja Oldmana jest tak sugestywna, tak znakomicie zagrana, że Churchill jest „jak żywy”.

A poza tym, te zdjęcia „pod światło”, w ogóle prowadzenie kamery, pomysłowe ujęcia (jak np. to, gdy nowy premier całuje rękę króla) mnie, osobiście, zachwyciły.

Jedyne, co mi się nie podobało, to znowu… pobzykująca „muzyka”. Doprawdy, co jest z tą muzyką filmową? W dzisiejszych filmach bowiem jest to łomot, piłowanie lub właśnie pobzykiwanie. Mam wiele tzw. soundtarcków z muzyką filmową, ale „muzyka” z niemal wszystkich współczesnych filmów nie nadaje się do słuchania.

Oglądając film o Churchillu od razu przypomina mi się obraz o innym mężu stanu tj. Wałęsa. Człowiek z nadziei (2013 r., 127 min.) Andrzeja Wajdy. Chociaż filmy te dzieli niewiele lat, to artystycznie są, moim zdaniem, pod każdym względem nieporównywalne. Aż chciałoby się zapytać: po co Wajda w ogóle taki film nakręcił?

Jeśli już zacząłem ten zapisek od wielkości ekranu, to zdarzają się filmy, które pasują do telewizji kapitalnie. Bardzo rzadko oglądam seriale telewizyjne (polskich wcale), ale jak już wybieram, to na ogół trafiam w „dziesiątkę”. Takim serialem, który ostatnio mnie zachwycił jest Fargo. Pamiętam znakomity film pod tym tytułem, ale serial rządzi się zupełnie innymi prawami. Sądziłem, że po Fargo „sezonie pierwszym”, „sezon drugi” będzie tylko nieciekawą kontynuacją. Nic podobnego: „sezon pierwszy” jest bardzo dobry, a „sezon drugi” równie zajmujący. Przy czym przez cały czas podziwiałem kunszt realizacyjny. A poza tym jakże Amerykanie, nawet w serialu takim jak Fargo potrafią opowiadać o… ZŁU.

16 lutego 2018 r.