TINE THING HELSETH

Nie było tu zapisków z miesiąc bynajmniej nie dlatego, że nie miałem o czym pisać. Wręcz przeciwnie, zdarzyło się bardzo wiele. Nade wszystko „sypnęło” wierszami, stos książek do czytania ciągle się powiększa, wreszcie nastąpiły rozstrzygnięcia w kwestii nagród filmowych: BAFTA, Złote Globy oraz Oscary…     

A więc marzec. Jest to jeden z tych miesięcy, których najbardziej nie lubię. Dla mnie marzec to nie tyle zimowy, co… „martwy” miesiąc. Wprawdzie cieszy już coraz dłuższy dzień, jeszcze bardziej cieszą słoneczne dni, ale pojawił się ten charakterystyczny marcowy wiatr (czy raczej… „wiaterek”), który gdziekolwiek byś nie szedł zewsząd naprzeciw ci w twarz wieje.

Kiedy wyszedłem w niedzielę (3 marca br.) na dwór nie mogłem się nadziwić wszechogarniającej pustce. Prawie żadnych przechodniów oprócz właścicieli piesków, które nie przepu-szczą ani jednemu napotkanemu drzewu i zostawią gdzie popadnie swoje (wiadomo jakie) pamiątki. Żadnych biegających dzieci, żadnych piłkarzy na osiedlowych boiskach. Słowem: martwo.

Alison-Balsom_1978,Angielka

Alison Balsom (1978), Angielka

Aż tu nagle zrobiło się ciepło, niemal wiosennie. Nie na długo jednak, nie na długo. W marcu bowiem jest tak, że jak jednego dnia powieje wiosennie z południa, to już na drugi dzień wieje ze wschodu i musisz znowu wciągać ineksprymable.

Oscarowe filmy nie zrobiły na mnie większego wrażenia. O niektórych filmach już tu wspominałem (Django, Les Miserables). Także Lincolnowi – 2012, 149 min., reż. Steven Spielberg, prod. USA – nie wróżę dużego powodzenia wśród widzów. Film jest bardzo długi, zdjęcia bardzo ciemne. Abraham Lincoln żył w latach 1809–1865. Malarstwo amerykańskie w tym czasie jest zachwycające, pełne światła (luminizm) i barw. Jakże to więc się stało, że zdjęcia „stylizowane na malarstwo epoki” są jakby bez powietrza i światła? Czy dlatego, że większość akcji dzieje się we wnętrzach, że jest wojna?. Także i główna rola (David Day-Lewis) nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Lincoln został zastrzelony w wieku zaledwie 56 lat. Po ekranie snuje się jednak cień mężczyzny.

Podobnie i oscarowy Poradnik pozytywnego myślenia (Silver Linings Playbook – 2012), 122 min., reż. David. O. Russel, prod. USA. Prawie same zbliżenia. No i ta bezustanna gadanina.

Chciałbym wreszcie zobaczyć film, w którym byłoby więcej myśli i ciszy niż bezustannej gadaniny. Filmy takie potrafił kręcić m.in. Stanley Kubrick (Pamiętacie 2001: Odyseję kosmiczną?), a także Alfred Hitchcock. O Hitchcocku powiadano, że „był wizjonerem, pierwszym reżyserem umiejącym sfilmować i przekazać myśl postaci bez uciekania się do dialogu”. A teraz cóż: i w Przetrwaniu (The Grey – 2012), 117 min. reż. Joe Carnahan, prod. USA – jest więcej gadania niż działania. Albert Nobbs (Albert Nobbs – 2011), 114 min., reż. Rodrigo Garcia, prod. Irlandia, Wielka Brytania – to także film oparty nade wszystko na gadaninie. Tak samo jak i oscarowy Lot (Flight – 2012), 138 min., reż. Robert Zameckis, prod. USA.

Natomiast z ostatnio obejrzanych filmów podobał mi się: Amy i Isabelle (Amy & Isabelle – 2001), 100 min., reż. Lloyd Kramer, prod. USA oraz… Labirynt Fauna (Laberinto del fauno – 2006 r.), 112 min., reż Guillermo del Toro, prod. Hiszpania. Tak, Labirynt fauna to przepięknych film. Chyba najlepszy z tych jakie widziałem w ostatnich tygodniach. Sam nie wiem jak to się stało, że nie widziałem go w kinie.

Najbardziej jednak od pewnego czasu zachwycają mnie… trębaczki. Jeśli bowiem kobieta gra na skrzypcach, to jest skrzypaczką, a jak na trąbce, to chyba trębaczką.

Bardzo lubię utalentowanych ludzi. Niestety, mało ich, bardzo mało. Co z tego, że tak wiele ludzi jest artystami, że uprawia sztukę, jeśli jest ona nie wiadomo o czym i nie wiadomo dla kogo. Nastały takie czasy, gdy artysta jest jednocześnie i twórcą, i odbiorcą swojej sztuki. 

Bardzo śmieszy mnie to objaśnianie na spotkaniach autorskich wierszy, te wstępy do filmów, te dyskusje o obrazach, które niczym nie przypominają malarstwa… słowem śmieszy mnie ta bezustanna gadanina o sztuce i w sztuce. Sztuka bowiem od razu powinna „trafiać”.

Oto zachwycam się taką sceną: Alison Balsom wychodzi na estradę, dyrygent daje znak i, bez żadnych wstępów, bez gadaniny, zaczyna dziać się Sztuka. Albo niepozorna Tine Thing Helsteh zaczyna grać na trąbce Rachmaninowa. Albo posłuchajcie jak Anna Netrebko śpiewa wraz z Elīną Garnča Flower dutet Lakmé de Delibesa. Zresztą posłuchajcie sobie na You Toube jak Elīna Garnča śpiewa nieśmiertelne Les feuilles mortes. To potem nie dziwcie się, że jak słyszę jedną z drugą „wokalistkę”, to albo wyłączam telewizor, albo zmieniam w radiu program na inny. Ciągle jednak trwa to przyzwolenie na miernotę w sztuce…Tine-Thing-Helseth_1987,Norweżka

Tine Thing Helseth (1987), Norweżka

Ostatnio bardzo reklamowano film o Annie German. Pierwszy odcinek nawet był dość dobry. Następne dwa o czym właściwie są? Albo Gorejący krzew Agnieszki Holland. Przed projekcją nie obyło się bez gadaniny reżyserki. No i co z tego jeśli ja, kinofil z kilkudziesięcioletnim stażem, nie wiem o co w filmie idzie. Przysnąłem bowiem na pierwszym odcinku. Przysnąłem i na drugim.

Nie ma to jednak jak Alison Balsom albo Tine Thing Helsteh weźmie trąbkę.

11 marca 2013 r.