SREBRNE ADAGIO – opinia prof. dr hab. Joanny Rutkowiak

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,

Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi–

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,

Aż was zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

 

Juliusz Słowacki Testament mój

 

Ja, zjadacz chleba, zastanawiając się od czasu do czasu – na przekór codzienności – nad tym, w czym tkwi moc poezji, nie potrafię oderwać się w tej kwestii od myśli Słowackiego i uporczywie pojmuję ją jako możliwość przekształcania pospolitego we wznioślejsze. Ostatnio przeczytałam tom wierszy autorstwa Jana P. Grabowskiego i zapytałam sama siebie – czy poeta przerobił mnie w anioła? Nie, nie przerobił, bo i materia oporna, i zdolność poetycka nie w tym się zawiera, aby – jak to potrafi robotnik, wyposażony w fizyczne narzędzia – tu przygiąć, tam opiłować, ówdzie dospawać – i już anioła w garści trzymać.

Chociaż aniołem nie czuję się, to zarazem zauważam, że poeta Grabowski wywołał we mnie poruszenie, zaniepokoił, a mówiąc dokładniej – doprowadził swoją czytelniczkę do stanu przypominającego zawstydzenie. Czymże wywołał owo zawstydzenie, a dokładniej – zażenowanie i niepokój? Odpowiem najkrócej iż tym, że z różnych stron naświetlając cud chwili życia, śle nienazwane wprost sygnały, nakazujące dostrzeżenie jego dwuznaczności, kiedy zwraca uwagę na możliwość zachwytu, jaką życie nam daje, ale – pośrednio – także i możliwość straty, gdy temu zachwytowi – w naszym krótkim czasie – my sami nie dajemy szansy zaistnienia.

Owa dwuznaczność mieści się we wszystkim o czym poeta pisze: w widoku lasów oliwskich, na które ja także patrzę z mojego okna przez wiele już lat i wiem – oczywiście – że pięknymi są, ale… co jeszcze? W krajobrazach żółtych i zielonych, w wodach zatoki, w drzewach zwyczajnych – lipie, leszczynie, świerku i jarzębinie, w porach roku – w lecie jako „czasie wolności”, dającym „niepodważalną pewność życia”, w dwu sztumskich jeziorach, w – niełatwym przecież – miesiącu październiku, w śpiewającym śniegu pod nogami, w „szeleście papierówek”, w „refleksach światła na obrzeżach i krawędziach przedmiotów”, w dźwiękach muzyki, w „przypadkiem spotkanym podróżnym”, w najbliższych ludziach – żonie, matce dającej mu w podarku na odjezdnym, pęczek zwyczajnego kopru, pachnącego sierpniowym ogrodem.

Wspomnianą dwuznaczność odbieram podwójnie.

Raz, gdy odnosi się w niej całą dolinę życia do tego, co jest nad tobą, do Niewidzialnego, który przecież „widoczny, we wszelkim, ziemskim tu istnieniu”, do Bezmiaru, nieskończoności, nadziei…

Dwa, gdy odnosi się ją do człowieka, który – przemijając – nie wie, czy posiadł „zdolność do odczuwania cudowności świata”; czy patrząc – widzi? czy słuchając – słyszy?, czy czując – odczuwa?

Jak poeta uczy czytelnika chłonąć to, co jest możliwe, a co on sam – w sposób trudny do pojęcia – w świecie dostrzega? On nie uczy i nie poucza, ale porusza, chociaż delikatnymi działa środkami. Ot, chociażby przez pytania: „Więc to tak? Więc aż tak intensywnie może trwać życie?”; „Jakiż to ptak już o chłodach śpiewa?” albo przez zachętę, aby „błądzić jak najczęściej”.

Ja, zjadacz chleba, dziękuję poecie Janowi P. Grabowskiemu za słowa – niepokoje.

 

prof. dr hab. Joanna Rutkowiak, Ja, zjadacz chleba, dziękuję Janowi P. Grabowskiemu za słowa – niepokoje. Opinia o zbiorze wierszy Jana P. Grabowskiego pt. Srebrne adagio. Gdańsk, 21 sierpnia 2005 r.