SEWER, JESKE-CHOIŃSKI, JAŁOWIECKI…

Od kiedy jeżdżą pendolino, zawsze chciałem tym pociągiem „się przejechać”. Podróż samochodem, owszem, jest wygodna, samolotem nie bardzo, chociaż czasami widać piękne podniebne widoki. Co innego szybkie pociągi. Ileż to razy stojąc na peronie SKM podziwiałem jak cichutko, lecz z gracją zajeżdża na sąsiedni peron lśniące pendolino. „Ech, przejechać się choćby do Warszawy” – zazdrościłem pasażerom wsiadającym na dworcu w Gdańsku Głównym.

Kiedyś – bywało – wsiadałem w „ekspres” o świcie w Malborku, by po jakichś czterech (chyba jednak pięciu) godzinach być w Warszawie. A po południu podróż powrotna. Tak też jeździłem, jako student polonistyki UMK, z Torunia do warszawskich teatrów. A potem był powrót póżnonocnym „ekspresem” i od rana zajęcia na uczelni.

A zatem pendolino. Wyjazd rodzinny na cztery dni do Warszawy. Wsiadamy w Gdyni. Wchodzę, jako ostatni. I od razu zaskoczenie: mam 186 cm wzrostu, a tu, panie, jakoś nisko, jakbym znalazł się w beczce, albo we wnętrzu samolotu tanich linii lotniczych. Szukam swego miejsca: ciasssno!!!, że „niech to jasny gwint” i, niestety, duszno. A ja dwóch sytuacji szczególnie nie znoszę: właśnie ciasnoty i zaduchu.

Najeździłem się kiedyś pociągami i bardzo często zamiast siedzieć w ciasnym przedziale, wolałem stać na korytarzu. A jeśli zajmowałem miejsce w przedziale, to zawsze uchylałem choćby szpareczkę w oknie. A podczas stacji zawsze otwierałem na całą szerokość nawet najbardziej zaklinowane okno.

W pociągach się wtedy paliło. Nawet w wagonach dla niepalących straszliwie smrodzono na korytarzach. Miałem na tych śmierdziuchów swój wypróbowany sposób. Otóż, gdy któryś śmierdziuch wychodził na korytarz i zapalał, co tam miał cuchnącego, ja tuż przed śmierdziuchem otwierałem okno.

Ciekawym, gdzie palacze „puszczają dymka” w pendolino? Chyba nie w tych straszliwie ciasnych toaletach?

Pendolino ma jednak jedną zaletę: jest ciche i bardzo szybkie. Ani się obejrzeliśmy i już byliśmy w Warszawie.

Bardzo lubię Warszawę. Właściwie mógłbym powiedzieć, że schodziłem Warszawę wzdłuż i wszerz na własnych nogach. Niesposób w niej zabłądzić. To takie… „wielkie, małe miasto”. Wielkie, wiadomo. A małe, bo gdziebyś nie zaszedł: czy do restauracji na ileś tam gwiazdek, czy do baru na Starówce, wszędzie unosi się zapach gotowanych ziemniaków okraszonych skwarkami. Zapach ten zapamiętałem, gdy – mieszkając niegdyś na przedmieściu Malborka – zachodziłem do mojego kolegi, a ten właśnie wybiegał z ziemniakami na pokrywce od garnka, okraszonymi skwarkami. (W domu miał kilkoro rodzeństwa i nie dla wszystkich starczało talerzy).

W Warszawie mamy zarezerwowane mieszkanie na Starówce. Trzeba jednak wtaszczyć walizki: 85 schodów. (Cóż to dla mnie jest, ponieważ do kościoła, czyli Kolegiaty Staroszkockiej mam schodów dokładnie 135).

Bardzo dużo miejsca, wspaniały widok na dachy Starówki. Cała ściana w książkach. Kiedy tylko odsapnąłem od razu dawaj je przeglądać. Zawsze znajduję jakieś wydawnicze kuriozum albo i „białego kruka”. Tak jest i tym razem: oto trafiam na Sewera, czyli Ignacego Maciejowskiego (1835-1901) wydaną w 1902 r. w Petersburgu, nakładem Księgarni Kazimierza Gerendyszyńskiego (1864-1906) powieść pt. U progu sztuki.

Przez te kilka dni pobytu w Warszawie nie mogłem się z tą powieścią rozstać. Z miejsca też musiałem dowiedzieć się, kto to był ów Grendyszyński. Okazuje się, że to „księgarz, nakładca, właściciel księgarni”. Podczas swojego krótkiego życia, wydał w Petersburgu wiele ciekawych książek, m.in. w 1899 r. autorstwa Antoniego Gustawa Bema (1848-1902) Teorię poezji polskiej.

Zastanawiałem się, co mam zrobić z powieścią Sewera: najzwyczajniej ukraść ją, czy też jakoś sprytnie podejść właścicielkę księgozbioru i książkę kupić. Nie miałem jednak czasu na ewentualne zakupowe negocjacje i wyjeżdżając U progu sztuki na swoim miejscu zostawiłem.

Już po przyjedzie z Warszawy, zwierzyłem się ze swoich wątpliwości W. „Trzeba było sobie ją »przyswoić« – doradzał mi po niewczasie W. – księgozbiór był do korzystania przez gości więc ten, czy ów mógł sobie książkę »przytulić«. A poza tym nie wszyscy wiedzą, kto to jest Ignacy Maciejowski”.

Trudno, U progu sztuki, wydanie z 1955 r., a więc także zacne, znalazłem w miejskiej bibliotece.

A więc przypomnę sobie Sewera. A poza tym – także Teodora Jeske-Choińskiego (1854-1920) i jego m.in. Tiarę i koronę.

A zabieram się – dzięki podpowiedzi M. – do lektury Na skraju Imperium Mieczysława Jałowieckiego (1876-1962).

Mam zatem co do czytania.

30 października 2019 r.

 

Postscriptum,1.

Aleksander Jurewicz (rocznik 1952) otrzymał za całokształt twórczości, Pomorską Nagrodę Literacką „Wiatr od morza”, której fundatorem jest Samorząd Województwa Pomorskiego.

Nagrodę przyznała Jurewiczowi kapituła w następującym składzie: prof. dr hab. Zbigniew Majchrowski (przewodniczący jury) ­– literaturoznawca, krytyk literacki i teatrolog, członek Komitetu Nauk o Literaturze PAN, profesor UG; Bożena Orczykowska – zastępca dyrektora Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku; Elżbieta Pękała – redaktor, organizator i promotor czytelnictwa; dr hab. Katarzyna Szalewska, prof. nadzw. UG – adiunkt na Uniwersytecie Gdańskim, autorka i współredaktorka książek naukowych i Władysław Zawistowski – pisarz, dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego.

A zatem pięć(!) osób decyduje o nagrodzie literackiej w Województwie Pomorskim. Z tego dwie osoby z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego.

Nie mam nic przeciwko przyznawaniu nagród. Wręcz przeciwnie, nagrody są jak najbardziej pisarzom potrzebne, powtórzę także za moim znajomym W., że „nagroda, zwłaszcza pieniężna, przydałaby się nawet, co roku”. Jest tylko jedno małe „ale”: „ale za co Jurewicz otrzymał tę nagrodę (i kilkadziesiąt tysięcy złotych)?”. Gdyby pisał rzeczy wybitne, to rozumiem. Ba! nadające się w ogóle do czytania, to i ja przyklasnąłbym takiej nagrodzie. Czy te dwanaście, w sumie, książeczek, w tym kilka „nudnych jak flaki z olejem” „powieści”, to ma być… „całokształt twórczości” 67 letniego pisarza?

 

Postscriptum,2.

Zapisek ten postanowiłem okrasić dwoma obrazami Georga Innessa (1825-1894): October Noon, z 1891 r. oraz Sunny Autumn, z 1892 r.