PUSTYNIA CHEŁMSKA. I INNE KWIETNIOWE PRZYJEMNOŚCI

Kilka dni temu, podczas kwietniowego, nieoczekiwanego lata, znalazłem się któregoś poranka w Sopocie. Zebranie pewnego towarzystwa miało odbyć się o 10:00 rano. Swoim zwyczajem, ponieważ nie lubię się spóźniać, przybyłem do Sopotu dużo przed czasem i postanowiłem trochę przejść się po najbliższej okolicy. W pewnym momencie zatrzymał mnie śpiew niemal wszędobylskich ptaków.

Oto na bezlistnych jeszcze drzewach słychać zięby i jeszcze niektóre wiosenne ptaki. Świeci piękne, poranne Słońce, wieje lekki, zachodni wiatr, a nad całą okolicą rozbrzmiewa śpiew ptaków.

Po raz kolejny dotarło do mnie wtedy, że Chełm, na którym, niestety, wciąż mieszkam jest w porównaniu z tym miejscem pustynią. Tam bowiem gdzie nie ma drzew, nie ma także i ptaków. Na Chełmie, w okolicach ul. Szopińskiego, gdzieby nie spojrzeć masz tylko przed sobą mury. No i jeszcze ujadające od świtu do nocy pieski. Żadnych śpiewających ptaków.

Oto zbliża się godzina 10:00. Idę zatem na owe zebranie. Dla mnie 10:00 to jest 10:00. A tu dopiero zaczęto ustawić krzesła, rozwieszać ekran, przyciemniać salę (miała odbyć się także projekcja filmu). Ten i ów się spóźnia, chociaż mieszka w Sopocie. Nie lubię takich sytuacji. Mieszkam stosunkowo najdalej, bo na Chełmie, a tu ktoś się spóźnia, chociaż mieszka niemal po sąsiedzku.

Wreszcie zaczyna się zebranie i film. A ja widzę w szparze zasłon piękne Słońce, drzewa, a na nich ptaki. Żadna siła nie mogła mnie tam zatrzymać. Zdziwienie, że przecież ciekawy film, że dyskusja itd., a tu nagle pod jakimś pretekstem muszę wyjść. Jedynym pretekstem są te drzewa i ptaki. Wychodzę zatem czym prędzej z dusznej sali i zmierzam nad zatokę. Idę z Sopotu do Jelitkowa. Drzewa i drzewa. Ptaki i ptaki. Czyż może być piękniej?    

Przysiadam w Jelitkowskim parku. Słyszę gwiżdżącego kosa. Jakże nie chce mi się wracać na ten pustynny Chełm. Idę zatem jeszcze dalej. Do Brzeźna. Ach, zamieszkać nad zatoką, wśród drzew i ptaków.

Kos,3

Wracam do domu późnym popołudniem. Przed dwudziestu laty było na Chełmie trochę zieleni. Teraz są mury i mury. Mury i mury. I czy to zima czy lato stada kawek, gawronów i gołębi. Żadnych śpiewający ptaków. Miejsce bez drzew i śpiewających ptaków. Słowem: pustynia!

Nazajutrz wybieram się na szumnie zapowiadany wielkimi plakatami… Free Time, czyli Festiwal Turystyki i Czasu Wolnego. A nuż w końcu trafię na jakąś oazę ciszy, spokoju i bez ujadających piesków. Oferty jednak to „ośrodki wypoczynkowe” na kilkaset, na kilkadziesiąt miejsc. „W pakiecie” wszelkie możliwe „rozrywki”: od grillowania, poprzez piwkowanie i aż po dyskoteki na świeżym powietrzu. Pieski? Mile widziane. A niechże się naujadają i nawybiegają na wolnym powietrzu.

A ja szukam dla siebie miejsca w lesie, nad jeziorem, nawet na całe lato, gdzie mógłbym w spokoju i ciszy, wśród drzew i śpiewających ptaków, popisać, pospacerować i.. pospinningować? Jestli takie miejsce? Jeśli je znacie to – bardzo proszę – dajcie mi znać! Ja już mam dosyć tych murów i ujadających psów. Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mają za oknem drzewa!

W sobototę (11 kwietnia) był niemal letni upał. Tuż obok Free Time za kilka godzin miał rozegrać się hit wiosny, czyli mecz Lechia–Legia. Już kilka dni przedtem korciło mnie czy by nie kupić biletów. A tu PGE Arena niemal na wyciągnięcie ręki. Przysiadłem tuż przed stadionem by czegoś się napić. A tuż obok, w piwnym ogródku, nagle się rozległo: „rozpier… my Legię, że hej, że hej, że hej” i tym podobne przyśpiewki. Jakoś odechciało mi się kibicowania.

Przez rozgrzany Gdańsk wracam na tę swoją chełmską pustynię. Przecież mecz jest w telewizji, lecz cóż to? Co to ma być? Ta beznadziejna kopanina to ma być piłka nożna? Co to za gra: „ty do mnie, ja do ciebie” – jak mawiał Kazimierz Górski, a potem długi „wykop” na pole karne. A może „coś się trafi”? Wreszcie jest gol (mogło być dwa zero), Legia znowu pokonana. Nie, nie, panowie. Jak zaczniecie grać jak liga niemiecka, włoska lub hiszpańska, to wtedy, być może, na mecz się wybiorę.

Tymczasem po upalnej niedzieli dmuchnął lodowatym wiatrem z zachodu „Stefan”. Znowu trzeba wyciągać zimowe ubrania i buty.

Taką pogodę najlepiej przeczekać. A jeszcze lepiej – obejrzeć dobry film. Właśnie szumnie zapowiedziano wydanie na DVD Potop Redivivus, tj. „film po rekonstrukcji cyfrowej, w nowej wersji montażowej”. Pamiętam ten dwuczęściowy Potop sprzed czterdziestu lat. Ach, cóż to był za film. Wspaniale oglądało się go w kinie, na wielkim ekranie. Potem ten film pokazywano w telewizji, ale to już nie był ten sam obraz. Pięciogodzinny „stary” Potop „przystrzyżono” do wersji trzygodzinnej i, moim zdaniem, cały czar i powab tego film gdzieś prysł. Wyraźnie mi brakuje tych wyciętych scen. Można było, ewentualnie, ten film skrócić o, powiedzmy, kwadrans, no, dwadzieścia minut, ale nie aż o dwie godziny. Całe szczęście, że mam i tę „starą” wersję, także cyfrowo odnowioną.

            15 kwietnia 2015 r.