PRZYGNĘBIENIE

Nie życzyłem nikomu w tym roku „wesołych świąt”, ponieważ nie mogę znieść tego wszechobecnego „wesołoświętowania”. Wszędzie bowiem oklepane, powtarzające się „wesołych świąt”. Gdzie w takim razie podziało się… Boże Narodzenie?

Zresztą… co „świętujemy”? Lubię oglądać fotografie Kosmosu. Szczególnie Ziemi fotografowanej z sond kosmicznych. Podoba mi się to zdjęcie z okolic Saturna: oto nasza Ziemia widnieje z saturnowej odległości, między jego pierścieniami jako… Błękitna Kropka. W takiej sytuacji można by zadać pytanie: dlaczego Bóg wybrał – z nieskończonego kosmosu – akurat tę Błękitną Kropkę? I na narodziny swojego Syna Betlejem?

Gdzie – w ogóle – jest Bóg? Ja Go na szpitalnej neurologii, w nieobecnych twarzach leżących tam ludzi po udarach, nie mogłem dostrzec. A poza tym ci ludzie przez całe życie bardzo religijni, teraz leżący z resztką świadomości, boją się umierać. Gdyby czuli, że po śmierci czeka ich jakiś raj, albo „coś” wspaniałego, śmierć byłaby tylko… przejściem na drugi, wspaniały świat i wybawieniem od doczesnych udręk.

A jeśli już jesteśmy przy temacie wiary, to na Twitterze można przeczytać, że oto „nasza czołowa reżyserka” (i nie mniej „czołowa” przyjaciółka „naszej noblistki”) postanowiła… „założyć kościół, ale nie starczyło jej czasu”.

Poziom komentarzy oraz wymiany „myśli” na tzw. portalach społecznościowych jest żenująco niski (wiele osób na mnie „się obraziło” za refleksje na temat tego „poziomu”), ale nie chce mi się wierzyć, że można aż tak jak Agnieszka Holland zgłupieć. Głupota jest epidemią XXI wieku, ale nie sądziłem, że zapadają na nią niektórzy reżyserzy filmowi.

(A swoją drogą jestem bardzo rozczarowany owymi społecznościowymi portalami. Na palcach jednej reki można policzyć sensowne wpisy i wartościowe zdjęcia. A tak dominuje chęć zaistnienia niemal za wszelką cenę i pochwalenia się: a to pieskiem, a to kotkiem, a to potomkiem, a to jakąś „egzotyczną” podróżą.

A poza tym wszyscy chcą być zauważeni i chwaleni. Wystarczy napisać coś już nie tylko krytycznego, ale „od siebie”, a już ktoś „się obraża”).

Idąc dalej tym tropem, czyli „skacząc z tematu na temat” obejrzałem ostatnio reklamowany, jako filmowe „arcydzieło” film Dwóch papieży (The Two Popes – 2019), 125 min., reż. Fernando Meirelles, gdzie Jonathan Pryce, to kardynał Jorge Bergoglio i papież Franciszek; a Anthony Hopkins to kardynał Joseph Ratzinger i papier Benedykt XVI.

Od razu powiem, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem tego rodzaju „kościelnych tematów”. Po co wymądrzać się, czy też „kombinować” na tematy „papieskie’, czy też „kościelne”. A jeżeli już to robić, to na najwyższym artystycznym poziomie.

A film Meirellesa? No cóż, już w tych zapiskach kilkakrotnie pisałem, że dyskwalifikuję filmy kręcone (bez potrzeby) „z ręki” (czyli byle jak, na chybcika). Nie znoszę także w filmach bezustannej gadaniny. A tutaj machaniny kamerą i gadaniny mamy aż w nadmiarze. W dodatku jeszcze te ni przypiął ni przyłatał retrospekcje. Słowem: nuda. I jeszcze raz: nuda!

Filmu tego nie ratują nawet dwaj bardzo dobrzy, w rolach tytułowych, aktorzy. Zapewne temat Dwóch papieży byłby dobry w przypadku sztuki teatralnej, w której aktorzy mogliby się do woli nagadać. Film to ruchomy obraz, a nie gadanina.

A jeżeli już jesteśmy przy obrazach, to nie mogę wyjść ze zdumienia, że można aż tak i na tak wielkich plakatach itd. reklamować serialu Wiedźmin. Im coś jest gorsze, tym – moim zdaniem – jest bardziej reklamowane. Wypowiadać się jednak, pisać cośkolwiek nie obejrzawszy nawet jednego odcinka? Obejrzałem zatem i zadam retoryczne pytanie: po co komu takie beznadziejne kino jest potrzebne. A także: dlaczego takie brednie uznaje się za film.

Ostatnio jeden z operatorów, z którym podpisałem, niestety, dwuletni cyrograf nachalnie reklamuje, że „rozrywkę”, czyli seriale i filmy mogę oglądać, jeżeli podpiszę kolejny cyrograf, czyli przedłużenie umowy, „aż na czterech telewizorach”.

Jeśli mój jeden ekran telewizyjny jest do granic wytrzymałości zapchany głupimi reklamami i filmowym śmieciem, w postaci m.in. seriali kręconych z ręki, to co można oglądać na… „czterech telewizorach”. (Jeszcze tylko kilka tygodni, umowa się kończy i nie dam się więcej oszukać żadnemu operatorowi oferującemu „filmową rozrywkę na czterech telewizorach”).

Podobał mi się i to bardzo, jednosezonowy serial składający się z sześciu odcinków pt. Bodyguard w reżyserii Jeda Mercuria z Richardem Maddenem jako David Budd oraz Keeley Hawes jako Julia Montague.

Doprawdy już dawno nie widziałem tak sprawnie zrealizowanego filmu. Nie chciałbym go recenzować, trzeba go zobaczyć. Wszystko: temat, w ogóle fabuła, zdjęcia, a nade wszystko gra aktorska są tu na najwyższym, jak na kryminał, poziomie. Nie ma także zadęcia jak w przypadku np. Dwóch papieży na „arcydzieło”, lecz jest to naprawdę bardzo dobry kryminał z pomysłowym i zaskakującym zakończeniem.

To wszystko jednak: „święta”, filmy, książki dzieje się na marginesie życia. Czym jest życie wystarczy wejść na neurologię jakiegokolwiek szpitala i zetknąć się z ludźmi po udarach. Lekarze „zrobiwszy swoje” są bezradni.

Dlaczego Bóg skazuje ludzi na takie udręki.

25 grudnia 2019 r.