PRZEZ CHWILĘ… – recenzja Waldemara Smaszcza

Szczęśliwy autor, który ma swoich czytelników, ale bodaj bardziej szczęśliwy jest czytelnik, który ma swojego autora, a zwłaszcza – poetę. Niemal wiek temu czytelnicy mogli wybierać między Julianem Tuwimem, Janem Lechoniem, Kazimierzem Wierzyńskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Antonim Słonimskim, by wymienić nazwiska najbardziej znane. Jeszcze nie tak dawno czekano na nowe wiersze Czesława Miłosza, ks. Jana Twardowskiego, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Wisławy Szymborskiej. Dzisiaj z owej „wielkiej piątki” drugiej połowy minionego stulecia pozostał jedynie Różewicz…

Ale nie tylko ci najpowszechniej znani i uznani mają swoich czytelników. Prawdziwi – powiedziałbym – koneserzy poezji znajdują autorów niejako wyłącznie dla siebie, czekają na każdą ich książkę, a choćby na publikacje prasowe, o które – przyznajmy – jest jednak coraz trudniej.

Od dawna jednym z „moich” autorów jest Jan P. Grabowski, poeta o rozpoznawalnej już po pierwszych frazach dykcji i bliskim mi świecie. Studiowaliśmy ongiś – jeszcze w epoce prof. Konrada Górskiego i prof. Artura Hutnikiewicza – na toruńskiej polonistyce, a później odnaleźliśmy się „przez odległość czasu”.

Zawsze myślałem o poezji jako szczególnym języku poznania, sięgającym w te niedostępne obszary, gdzie bezradne okazują się języki pojęciowe, a więc i potoczny, i naukowy. Nawet w moich doświadczeniach krytycznoliterackich więcej zawdzięczam samym poetom, niż uczonym. Nie znaczy to, że jestem zwolennikiem pisania o poezji jej własnym językiem. Nic bardziej błędnego! Niezmiennie natomiast szukam inspiracji w różnego rodzaju wypowiedziach poetów. Wówczas nawet twórczość autorów uchodzący za „trudnych”, „hermetycznych” czy sięgających już poza zasłonę rzeczywistości, okazuje się nie tylko czytelna, ale ogarnia nas niby blask światła.

Wiersze Jana P. Grabowskiego przywodzą mi na myśl twórczość… starożytnych Greków, gdy wszelkie piśmiennictwo stanowiło jedność, dzisiaj nie do pomyślenia. Poezja, owa – by przywołać słowa Zygmunta Krasińskiego – „pieśń odwieczna ludzkości”, mówiła o świecie w takiej właśnie perspektywie, wpisywała dziejące się zdarzenia, a więc historię, w niezmienny rytm natury, stawiając fundamentalne pytania metafizyczne i filozoficzne.

*     *     *

Gdański poeta rozpoczął swój najnowszy tom, zatytułowany Przez chwilę…, „powiastką styczniową” Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy. Przytoczę ten utwór w całości, gdyż tylko w tym kształcie owa poetycka „powiastka” nie traci nic ze swego charakteru:

 

Rankiem, kiedy na dwór drzwi otworzyłem,

na oszronionej gałęzi wróbel siedział.

Wcale – mimo tęgiego mrozu – nie był zmarznięty.

 

Przynajmniej – gdy na chwilę zatrzymałem się –

takiego nie robił wrażenia. Najwyraźniej… wesoły był.

 

Poznałem to po jego bystrym oku i pozycji,

w jakiej siedział – właściwie przycupnął –

na zmrożonej gałęzi. Zupełnie jakby na mnie czekał.

I chciał mi powiedzieć – raczej, jak to wróbel,

zaćwierkać – „Popatrz, zima i mróz wcale nie są straszne,

chociaż z wnętrza ciepłego domu takie mogłyby się wydawać”.

 

„A czy wiesz” – chciałem mu odpowiedzieć – „że zima i

mróz zatrzymały wszystkie pociągi, że gdzieś tam ktoś

w zaspach utknął, że ludzie w chłodzie muszą siedzieć?”.

 

Skąd jednak mógłby o tym wszystkim wiedzieć?

Bo czyż nie był piękna zimy… potwierdzeniem?

Tak, jak te ptaki, które zlatują się do karmnika mojego

znajomego, kiedy z przejęciem mi o nich opowiada:

 

Nigdy jeszcze nie widziałem aż tyle barwnych ptaków.

Mam sikorki, kowaliki i dzwońce. I chyba rudziki, i

chyba gile, i nawet dzięciołek jeden, drugi przyleciał.

Zima jest piękna z tymi ptakami u mnie w ogrodzie”.

 

Ja wtedy rankiem do swoich spraw pójść musiałem.

Wróbel jeszcze czas jakiś posiedział i odleciał tam,

gdzie on sam jeden wie. Nie da się jednak ukryć:

zarówno on i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy.

 

Jan P. Grabowski jest poetą, tak jak się jest magiem, kapłanem, jeszcze do niedawna lekarzem. Nawet więc idąc „do swoich spraw”, wychodzi z domu – by powtórzyć za moim zmarłym przyjacielem, Wiesławem Kozaneckim – zawsze „gotów na przyjęcie wiersza”. Ależ – można zauważyć – gdzie tu jest miejsce na tak zwaną prozę życia? Gdyby wszak śpieszył się do pracy, na dworzec kolejowy czy „umówione spotkanie biznesowe”, czy mógłby się zatrzymać? I to jest pierwsza sytuacja, która sprawiła, że porównałem autora do greckich poetów sprzed tysiącleci, kiedy czas odmierzały pory roku, a wędrujące po nieboskłonie słońce pełniło rolę ówczesnego… sekundnika.

Taką właśnie miarą autor określa czas w cytowanym wierszu: „ranek” i „tęgi mróz”. Zatrzymajmy się wszakże na samym poecie. Człowiek skupiony na sobie, będący „w rękach tęgiej zimy”, na pewno nie dostrzegłby wróbla, siedzącego na „oszronionej gałęzi”, raczej otuliłby się szczelniej płaszczem, poprawił szalik i brnął przed siebie. Poeta, wyszedłszy z domu, nie patrzy pod nogi, ale na otaczający go świat, jak zawsze gotowy, by się dziwić. Stąd nie tylko dostrzegł „ptaszynę niewielką”, szarą, niewiele różniącą się od oszronionej gałęzi, ale nawet to, że wróbel „najwyraźniej… wesoły był”.

A że radość jest zawsze zaproszeniem, bez wahania na nią odpowiedział; dostrzegł jeszcze i to, że wróbel „jakby na niego czekał”, nawet chciał coś powiedzieć.

Rozmowa z wróblem ukazuje przepaść dzielącą naturę i człowieka, który wszak jest jej częścią. Odeszliśmy od świata przyrody bodaj równie daleko, jak od biblijnego Edenu, uzależniliśmy się od własnych wytworów cywilizacyjnych, jakże niedoskonałych, bez względu na to, czy jest to potężny „Tytanic”, czy jeden z wielu pociągów przemierzających nieogarniętą sieć żelaznych torów. Wystarczy chwila mrozu, będąca niczym dla wróbla, by zatrzymać wszystkie pociągi, utknąć w zaspach i „w chłodzie […] siedzieć”.

A wróbel? Jest jakby „był piękna zimy… potwierdzeniem”.

Nie powinniśmy też przeoczyć niezwykle istotnego, choć na pozór bardzo zwyczajnego fragmentu o ptakach zlatujących się do karmnika „znajomego” autora. Nie do końca, jak się okazuje, zostały zerwane więzi ze światem przyrody, która pięknie odwdzięcza się człowiekowi. Wystarczy nasypać ziarna do niewielkiego karmnika, by nagle wypełniło go niezwykłe bogactwo ptaków, mieniących się wszystkimi barwami, szczególnie widocznymi na tle białej zimowej przestrzeni. Proste zdanie: „Jeszcze nigdy nie widziałem aż tyle barwnych ptaków…” mówi znacznie więcej, niż wynikałoby z tych niewielu słów. Sformułowania: „jeszcze nigdy”, „aż tyle” zwielokrotniają jego semantykę. Karmnik okazał się… namiastką biblijnego raju.

W dwuczęściowym utworze Rozproszone światło pochmurnych dni nadal znajdujemy się wśród ptaków, nazywanych po imieniu: gawrony, kawki, wrony; sroki, mewy, wróble. Nie dość jednak, że „miękkie, rozproszone światło pochmurnych dni” niewiele pozwala dostrzec, to jeszcze „za pobliskim horyzontem wieżowców, śniegów i mgieł” samoloty zagłuszają nawet najgłośniejsze krakanie. Ale nawet taka sytuacja – zdaniem poety – sprzyja „bardziej medytacjom niż depresjom”. Nie możemy bowiem niczego zmienić: „Nikt […] Nie zatrzyma / odwilży. Nie przyśpieszy wiosny. Jest, jak ma być.”.

„Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach…” – zaczyna autor kolejny wiersz, jakby wyprzedzając ewentualne zastrzeżenia. Ks. Jan Twardowski cytował swojego proboszcza, który powtarzał, że nigdy zbyt wiele kazań o Matce Boskiej. Pozwólmy więc poetom na zapis ich fascynacji, nawet jeżeli nigdy nie przebrnęliśmy przez botanikę i nie udało się nam skompletować żadnego „Zielnika”. Jan P. Grabowski – by użyć tego kolokwialnego zwrotu – nie mógł inaczej. Nie mógł nie opowiedzieć o spotkaniu z kosem, ponieważ kos…

Sięgnijmy do wiersza Mistycyzm płynący z natury:

 

Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach,

nigdy zbyt dużo o kosach. Tym bardziej,

że w lutym – kosa spotkałem. Siedział

tuż obok, w krzakach, na gałęzi i gwizdał.

 

Ani na mnie, ani na nikogo nie zwracał

uwagi. To ja go podczas przechadzki

zauważyłem. Poprzez krzątaninę kukułek,

mew, gawronów, wróbli i kawek tylko

 

jego gwizd dominował. Siedział i gwizdał

tak jakby dla siebie. Albo dla wszystkich

Nie czekał aż wszyscy się nagle uciszą, jak

ja przystaną i właśnie jego słuchać zaczną.

[…]

 

W puencie zaś czytamy: „Gwiżdże swoje. Przecież jego »gwizdanie« to  »nicnierobienie«. Tak jak poety wiersze”.

To – można powiedzieć – jedynie dopowiedzenie, ale jakże istotne. Autor raz jeszcze określił swoje rozumienie twórczości poetyckiej jako zapisu podziwu dla wszystkiego, co go otacza. Nie jakieś szczególne natchnienie czy trud szlifierza brylantów, po prostu potrzeba dania świadectwa na miarę wrażliwości i talentu, jakim zostaliśmy obdarowani.

*     *     *

W najnowszym tomie raz jeszcze mogłem znaleźć się wraz z poetą nad jego ukochanym kaszubskim jeziorem. Nigdy tam nie byłem, nie widziałem, a przecież po lekturze kolejnych tomów Jana P. Grabowskiego, jest to także „moje” jezioro. Może aż tak nie czekam na spotkanie z nim, jak autor wiersza Czuję wiatr, srebrne dotknięcia wody…, ale z radością konstatuję, że oto znowu je zobaczę, o innej porze roku, o innej godzinie..

Od pierwszych więc wersów poddaję się poetyckiej wizji:

 

I ja czekałem na spotkanie z jeziorem.

Oto spotykam cię, oto cię witam nareszcie.

1.

Wokół mnie późno popołudniowa godzina.

Słońce za drzewami na brzegu powoli się kryje

i chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady

– jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie,

w karminie i w karmazynie… I we wszystkich

barwach zachodu – na wodzie zostają. W jeziorze,

Aż do późnej wciąż jednak widnej – nocy.

 

Zdumiewająca jedność, możliwa tylko w przyrodzie! Zachodzące słońce w tym cudownym miejscu – powtórzmy – „chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady / – jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie, w karminie i karmazynie… I we wszystkich / barwach zachodu – na wodzie zostają.” Jednak żeby to wszystko zobaczyć, owe mieniące się wszelkimi odcieniami barwy, które, jak pisał Miłosz, „ze słońca są”, trzeba stać, patrzeć i podziwiać. Bezinteresownie, dla czystej kontemplacji ulotnego piękna, jedynie w tym właśnie miejscu i o tej porze.

Zdarza się wprawdzie, że turyści pozostają na noc we wskazanym miejscu, by podziwiać wschód słońca, ale zazwyczaj jest to wydarzenie jednorazowe, a nawet – używając mało eleganckiego wyrażenia – „zaliczenie” miejscowej atrakcji. W poezji gdańskiego poety nie ma o tym mowy. On powraca nad „swoje jezioro”, by być bliżej siebie i Pana Boga, „światłem jak powietrzem oddychać”: 

 

Stoję w przestrzeni pomiędzy niebem,

a światłem. Bo światłem woda się zdaje.

Czy zatem na wodzie stoję, czy także

– jak jezioro – światłem się staję? Ach

już stąd nigdzie nie wracać. Wiem, prawie

nikt mnie tu nie dostrzega? A czy On wie,

gdzie jestem? A czyż to nie On dał mi tu

widzenia i stwarzania możliwość? A to,

że światłem jak powietrzem oddycham?

 

Kontemplacji – na wskroś mistycznej – sprzyjają wszechobecne, łączące niebo i ziemię, ptaki, jak zawsze nazywane po imieniu, nawet gdy są niewidoczne. Poeta rozpoznaje je bez trudu jedynie słuchając:

 

A od wschodniego brzegu trzciniaki słychać.

Chciałbym trzciniaka zobaczyć. Trudno go

dostrzec w trzcinach jak wilgę pośród liści.

Do trzciniaka łódką mógłbym popłynąć,

ale jak wypatrzeć wilgę wśród gąszczu i liści?

Trzciniakom kukułka wtóruje. Ktoś liczy?

Komu lata wyznacza? Ja gwizdu kosa słucham.

Tym bardziej, że kos mi jest bardziej bliski.

 

Kolejna część tego rozbudowanego, niczym Kronika olsztyńska Gałczyńskiego, utworu, zamieszczonego w zbiorze jedynie we fragmentach, przywodzi na myśl świat poetycki „srebrno-zielonego” Konstantego. Obu poetów różni jednak zdecydowanie poetyka: 

 

A wieczorem Księżyc zagościł na niebie.

(Jak się okazało na tę jedną, majową noc).

 

Już wyjść, już się z nim przywitać chciałem,

srebrem fal, oddalą przestrzeni pooddychać,

gdy powstrzymał mnie nagły, z wieczora ziąb.

Tymczasem zza sosen się z nim przywitałem.

Widziałem, jak pełnią ogromnieje na wschodzie.

I blednąc, od chłodu, znika. Pogasły i srebra

w jeziorze. […]

 

A rankiem? Rankiem znów kosa słychać.

Biegnę czym prędzej nad wodę,

aby się z jeziorem przywitać.

[…]

 

Także obecne w zbiorze wiersze do żony mogą nasuwać skojarzenia z autorem nieśmiertelnych strof do ukochanej Natalii:

 

Noc cię październikowa odprowadza,

gdy przed świtem do pracy idziesz.

Gwiezdna i zimna noc. I wydaje się,

że znikasz w tej nocy. Lecz masz

nad czołem światło porannych gwiazd.

[…]

 

Ileż takich poranków, ile świtów,

gdy nie wiadomo: czy to noc już

odstępuje, czy nowy bieżący dzień?

 

*     *     *

Podążając za autorem, możemy doznać prawdziwego zawrotu głowy. Ile wrażeń – można zapytać, parafrazując cytowane pytanie poety – człowiek jest w stanie wchłonąć? I nie jest to pytanie bezzasadne. Bo oto po zachłyśnięciu się wszystkimi kolorami mieniącego się w wodzie światła zachodzącego słońca, w innym wierszu, już październikowym, czytamy:

 

Nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik,

jeśli codziennie pogoda rześka i słoneczna się zdarza.

I kiedy wyż uralski albo syberyjski trwa wiele tygodni.

Wtedy powinieneś jak najczęściej na dworze przebywać.

[…]

 

W doświadczeniu autora minęło pół roku od zachwytu nad wiosennym jeziorem, w książce zaś jest to zaledwie kilka kartek. Nieco dalej znajdziemy wiersze czerwcowe, lipcowe, sierpniowe… A w Wierszach nowych ponownie docieramy nad „chryzoprazowe jezioro” i spotykamy kosa, tym razem w Parku Oliwskim.

To jedynie potwierdza, że nie zawsze tom poetycki należy czytać jak ekscytującą powieść, niemal ścigając się z autorem. Wiersz – by tak powiedzieć – wystarcza na dłużej. A też na dłużej możemy z nim zostać”.

 

Waldemar Smaszcz, …nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach, nigdy zbyt dużo o kosach. Recenzja tomu wierszy Jana P. Grabowskiego Przez chwilę… Wiersze z lat 2010–2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r. Białystok, 5 listopada 2012 r.