„POŻAR NA PLEBANII W NOWYM STAWIE” ALBO TRZY TEMATY

Skończyły się Letnie Igrzyska Olimpijskie Tokyo 2020. Przeszło dwustu polskich sportowców przywiozło tylko cztery złote medale. Mało. Stanowczo za mało. Powinno być z dziesięć. To wyglądałoby przyzwoicie.

(Ja nie liczę tych kilku srebrnych i brązowych „krążków”, które nie mają żadnego, moim zdaniem, sportowego znaczenia. Są to bowiem „krążki” przegranych, czego dowodem może być polska „srebrna” sztafeta 4 x 400 metrów pań, które przybiegły cztery(!) sekundy za zwycięskimi Amerykankami.

A poza tym od kiedy oglądam Igrzyska Olimpijskie nie spotkałem aż tylu płaczących, po przegranych konkurencjach, polskich zawodniczek i  zawodników.

A już zupełnie żenujące wydało mi się tłumaczenie jednej z bardzo sympatycznych zawodniczek, która po zdobyciu „srebrnego krążka” tłumaczyła się, to śmiejąc się, to płacząc na przemian, że „stać ją było tylko na srebro”, bo… „kontuzje, operacje, choroby…”

To tak jakby autor książki tłumaczył się np. na spotkaniu autorskim, że nie napisał arcydzieła, bo… „kontuzje, operacje choroby…”

Przepraszam bardzo – można by powiedzieć – a kogo to obchodzi. W literaturze – przykładowo – liczy się książka, czyli tekst i nikogo nie interesuje, czy pisał ją autor cierpiący na… „kontuzje, operacje choroby…”, czy też zdrowy.

Podobnie sportowiec. Albo startuje i nic nie mówi o swoich m.in. zdrowotnych problemach, albo nie startuje).

Dajmy spokój Igrzyskom Olimpijskim. Przeszły. Minęły. Może za trzy lata więcej będzie zwycięstw, a mniej łez.

Bo piszę te słowa rozgoryczony nie tylko występami polskich sportowców (najbardziej zawiodłem się na siatkarzach), ale także i tym, że znowu dałem się nabrać na… „arcydzieło”.

Przeczytałem bowiem entuzjastyczną recenzję książki Alfreda Hayesa pt. Zakochany w tłumaczeniu Anny Arno. Autorka recenzji tak wychwalała tę książkę, tak dosłownie piała na jej temat, że postanowiłem to dzieło natychmiast wypożyczyć albo kupić.

Przekonałem się po wielokroć, że powinienem bardzo uważać z kupowaniem książek, bo po pierwsze są bardzo drogie, a po drugie zawsze okazuje się, że owe wychwalane pod niebiosa arcydzieła nie nadają się do czytania.

Tak jest i tym razem. Powieści Hayesa w bibliotekach jeszcze nie ma. W empiku na pytanie czy otrzymam tę książkę, spotkałem się tylko z burknięciem w odpowiedzi. Zaszedłem tedy do małej księgarenki z nowościami, gdzie za tę oto maleńką książczynę zapłaciłem aż… czterdzieści pięć złotych (!!!).

Od razu po przyjściu do domu zabrałem się do czytania, ale lektura od pierwszych zdań jakoś mi nie szła. Z miejsca także dostrzegłem „Ale…” na początku zdań. A nade wszystko nie dosyć, że treść jest kompletnie o niczym i nieporadnie podana, to zaczęło mnie… „coś” drażnić. Żadnej bowiem precyzji w stylu tylko „coś”, i „coś”, i „coś”. Ileż można „coś”-ać?

Bo:

„… i mieliśmy w sobie coś, co pozwalało choćby na chwilę zaufać losowi”.

„Wszystko na swoim miejscu, wrażenie ładu, naprawdę albo pozornie jest nam dobrze, popołudniem, w którym coś się wydarza”.

„Dopiero po opłaceniu rachunku, po napiwku coś jeszcze zostaje, niewliczone, i tu dochodzimy do winy, prawda?”.

„A może, powiedział mężczyzna do ładnej dziewczyny, marszcząc przy tym brwi, właśnie to jest ze mną nie w porządku, o ile coś jest; nie wiem już co rzeczy znaczą; nie umiem ich rozpoznać. Jakbym zdrewniał”.

Rzeczywiście można „zdrewnieć” czytając, ponieważ:

„coś się wydarza”, „coś jeszcze zostaje”, „coś, co przypominało wieczne pióro”, „coś złowróżbnego”, „mieli coś, czego jej brakowało”, „mają coś do czego mogłaby wrócić”, „musiała poczuć coś pięknego, coś co w cichej bieli i sennym cieple taksówki wydało jej się piękne”, „coś pozornego” itd.

A poza tym:

„Tak piękna, młoda, w miarę wierna, w miarę dobra i w miarę namiętna, dlaczego tak trudno było jej z wielkiej opornej góry wydobyć małą grudkę własnego szczęścia?”. (s. 17).

Czyżby szczęście wydobywało się w „małych grudkach”?

„Ale też byłem zakochany albo tak mi się wydawało. I podobnie jak większość mężczyzn, to znaczy mężczyzn, którzy interesują się kobietami, spędziłem niezliczone godziny swojego życia, kochając je, starając im się przypochlebić albo namawiając, żeby poszły ze mną do łóżka. Zresztą, co to jest miłość: jest tyle innych uczuć, które nie są miłością, ale ją udają albo występują pod tym sztandarem. Chyba się ze mną zgodzi? A szczęście: gniazdko na przedmieściu i sypialnia z kretonowymi zasłonami. Czy nie można dążyć do czegoś innego, wyobrazić sobie, że szczęście nie musi być celem życia”

Ale w takim razie na czym mi zależało?”. (s. 28-29).

„Ale…”, „Ale…” i jeszcze te uczucia pod „sztandarem”.

„Żeby sprawdzić moją szczerość, spytała: obeszłoby cię, gdybym cię zostawiła? (Miałem uśmiech przyklejony do twarzy. Gdy mnie spytała, dlaczego się uśmiecham, uprzytomniłem sobie, że to przyklejony uśmiech)”. (s. 30).

O tym „przyklejonym uśmiechu” niedługo potem znowu jest na tej samej stronie.

I wreszcie:

„…powoli wysychają seksualne poty i serce, które rozszalało się jak alarm przeciwwłamaniowy, powoli się uspokaja”. (s.31).

Po tych bezustannych „coś”-ach, „Ale…”-ach, „grudkach szczęścia”, uczuć pod „sztandarem”, wielokrotnie powtarzanym „przyklejonym uśmiechu” oraz sercu jak „alarm przeciwwłamaniowy” postanowiłem tę lekturę o niczym, czyli Zakochanego Alfreda Hayesa na stronie 34 zakończyć.

Na Netflixie również niewiele intersującego. Lubię japońskie kino, ale ileż można oglądać chlastania mieczem, fruwania w powietrzu „samurajów” i bezustannych „walk” wszystkich ze wszystkimi jak to jest w wieloczęściowym „dziele” pt. Rourouni Kenshin?

Ja bowiem wychowałem się – jako kinofil – na takich m.in. arcydziełach kina japońskiego jak m.in.: Rashōmon (1950 r., 88 min.), reż. Akira Kurosawa;  Tokijka opowieść (1953 r., 133 min.), reż. Yasujirô Ozu; Opowieści księżycowe (1953 r., 97 min.), reż. Kenji Mizoguchi; Samuraj (1954 r., 93 min.), reż. Hiroshi Inagaki; Tron we krwi (1957 r., 105 min.), reż. Akira Kurosawa; Straż przyboczna (1961 r., 110 min.), reż. Akira Kurosawa; Harakiri (1962 r., 135 min.), reż. Masaki Kobayashi; Kobieta z wydm (1964 r., 143 min.), reż. Hiroshi Teshigahara; Kwaidan, czyli opowieści niesamowite (1964 r., 183 min.), reż. Masaki Kobayashi;  Bunt (1967 r., 128 min.), reż. Masaki Kobayashi.   

Trafiłem, jakby na osłodę, na serial pt. Hit & Run (2021) z Liorem Razem jako Segev Azulay.

Dobry serial, chociaż od pierwszych scen zaczął mnie razić… mrok tego filmu. To teraz bowiem jest bardzo „modne” aby wszelkie tzw. dreszczowce, kryminały itd. działy się tylko i wyłącznie w ciemnościach. Im bowiem ciemniej, tym lepiej, a film im ciemniejszy tym bardziej „tajemniczy”, a jeszcze lepiej jak prawie nic nie widać.

Główny bohater to także tajemnicza postać grana przez kostropatego i oczywiście łysego gościa. (Nieogolony znaczy się „mocny”). Tyle jednak przytyków, bo ów mrok jest jednak wykoncypowany artystycznie (na to przynajmniej wygląda), chociaż najbardziej rozsłonecznione kadry są jednak szarawe. To i tak ciekawiej niż gdyby były niebieskawo-skisło-zielonkawe jak to ciągle jeszcze można spotykać w niemal wszystkich produktach filmowych.

Mimo wszystko podoba mi się niemal elegancka szarawość kadrów. Żadnego poza tym kręcenia z ręki i modnego machania kamerą. No i główna postać czyli Segev Azulay nie gada, lecz działa.

Jak to jednak w serialu ciągnie się to wszystko i ciągnie, ale jednak można oglądać.

8-10 sierpnia 2021 r.

Ps. Dzisiaj rano, kiedy włączyłem telewizor by zapoznać się  prognozą pogody nie natrafiłem, o dziwo, na reklamę, lecz na wybijaną jako pierwszorzędna, informację następującej treści: „Pomorskie: pożar na plebanii w Nowym Stawie”.

Luuudzieee!!! – chciałoby się wykrzyknąć pod adresem autorów takiej informacji. Czyście doszczętnie powariowali? W Pomorskiem 10 sierpnia 2021 roku dzieje się ogromna ilość zjawisk. A ponadto: są przecież wakacje, są przepiękne Jeziora Kaszubskie, zakwitają kwiaty, jest tyle wspaniałych drzew, o których istnieniu można by poopowiadać… a wy jako wiadomość dnia z powagą informujecie o pożarze na plebanii w Nowym Stawie. I jak tu wierzyć takiej telewizji?!