POEZJE W TEMPIE ANDANTE – szkic Waldemara Smaszcza

Najnowszy tom Jana P. Grabowskiego nosi muzyczny tytuł Poezje. W tempie andante, i jest to – uprzedzając rzecz całą – tempo najbardziej odpowiadające autorowi, który właśnie w takim, umiarkowanym tempie przemierza świat, na własnych nogach, niespiesznie, zatrzymując się co chwila oczarowany cudem, którego nie można ominąć i – dodajmy – nie zapisać w poetyckim słowie. A cudem w tej poezji jest bodaj wszystko, co poeta spotyka na swojej drodze, unisono nie tylko tego, „co czuje i co żyje”, ale najdosłowniej  w s z y s t k i e g o: „0, witać, pogodnie witać każdy dzień – czytamy w jednym z wierszy – I wszystkie noce”.

Co w nich jest takiego, że tak właśnie mamy czynić – można by zapytać. Poeta, jak każdy  u r z e c z o n y,  nie czeka na podobne pytanie, on je uprzedza:

 

Bo wczoraj pod wieczór po deszczu,

na przechadzce byłem. Wieczorem, czy

 

za dnia? Któż to rozstrzygnąć zdoła?

Bo dzień trwał w najlepsze, podczas

gdy już cienki sierp Księżyca światło

we wszystkich kałużach porozniecał.

 

Dzień, zatem, czy wieczór: kto wie ile

światła, a ile już zmierzchu w tę porę

powinno być w przestrzeni? Ile blasku

kałuże rozniecić mogą, a ile rozwłóczyć,

rozwiać wiatr tam, gdzie dotąd nie był?

[…]

 

                       Szedłem, a w ten wieczór

Wszechświat, jakiego nie znałem, otwierał

się nade mną. […]

 

I to wszystko dzieję się – zauważmy – nie w noc świętojańską, ani w żadną inną gwieździstą noc, lecz, jak skrupulatnie autor zaznaczył, 12 stycznia 2008 roku, powtórzmy, „pod wieczór po deszczu”. Dotąd bodaj tylko w poezji ks. Jana Twardowskiego mogliśmy przeczytać: „jaka ładna brzydka pogoda”. Okazuje się, że także Jan P. Grabowski bez zastrzeżeń akceptuje podobną sytuację. Bo chociaż u nas o tej porze roku – jak pisze poeta – „kto wie: gdzie kończy się dzień a noc zaczyna?”, w niczym to mu nie przeszkadza. Jego, bowiem emocje nie są związane z jakąś konkretną porą dnia czy nocy, gotów jest zachwycać się wszystkimi chwilami, gdyż każda z nich prowadzi „do tego, co jest niewidzialne”. Nawet w taki wieczór, nie zimowy, ale też nie jesienny, jeżeli zdecydujemy się wyjść z domu i iść przed siebie, może otworzyć się nad nami Wszechświat…

     *     *     *

Czytelnicy obeznani z twórczością gdańskiego poety, choćby z jego poprzednim tomem Złoto i biel. Wybór poezji (2007), do którego dołączona była płyta z wybranymi wierszami, znakomicie czytanymi przez Piotra Adamczyka, odnajdą w najnowszym zbiorze bliski sobie świat, tym bardziej pociągający, że na wskroś odrębny, własny. Ci zaś, którzy dotąd nie zetknęli się z tymi wierszami, mogą przyjmować je wręcz z niedowierzaniem, szukać informacji o autorze, który potrafi nadać poetycki wymiar każdemu, nawet najbardziej codziennemu zdarzeniu. 

Takie właśnie są jego wiersze, od pierwszego, tytułowego począwszy:

 

Dobrze mi tu. W tempie andante idę

przez zimę. Naprzeciw czemu nie wiem sam.

Jest mi tu dobrze, wiem co mnie spotyka.

Nie wiem co się wydarzy w następny dzień.

 

Ech, zima, zima. Znikam w tumanie:

Nie wiem, gdzie góra, nie wiem, gdzie dół.

Nie wiem nawet gdzie w prawo, w lewo.

Idę czy lecę? Wszędzie wiruje śnieżny pył.

 

Nie wiem, gdzie jestem. Ach, do domu

trafić i spojrzeć na zimę zza okna już?

Ale nie czułbym wtedy dotknięcia bieli.

Dotknięcia Tego, co stamtąd, już tutaj jest.

[…]

 

Nieoczekiwanie, choć – powiedziałbym – niejako naturalnie autor, ogarnięty realnością, przekracza próg metafizyki. Przez śnieżną zamieć trudno podążać z zachwytem. Nie sposób też dostrzec cokolwiek, gdy – powtórzmy – „znika się w tumanie” i nie wie się, „gdzie góra, […] gdzie dół […] gdzie w prawo, w lewo”, czy się idzie, czy się leci. W tej sytuacji trudno się dziwić chęci powrotu do domu i oglądania zimy jedynie przez okno. Wówczas jednak – raz jeszcze przywołajmy słowa wiersza – poeta nie czułby „dotknięcia bieli”, czyli „dotknięcia Tego, co  s t a m t ą d, już tutaj jest” (podkreśl. – W. S.).

Warto tutaj podkreślić, że gdański poeta dołączył tu do takich znakomitych liryków, jak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – „Śniegu. / Baranku Boży! / Gładzisz grzechy świata…”, czy zwłaszcza przywołany już ks. Jan Twardowski, który tak mówił o śniegu: „Jak niezwykły jest śnieg […]. Wszystko przykrywa, wybiela zło. Dla mnie śnieg ma metafizyczny charakter. Przychodzi jakby z innego świata. Deszcz jest z naszego świata. Śnieg jest zupełnie inny, ma w sobie jakąś duchowość, jest jak łaska.”. Ale tym, co można by określić jako copyright Jana P. Grabowskiego, jest potrzeba, a nawet konieczność nieustannego d o ś w i a d c z a n i a  realności. Skoro, albo powiedzmy nawet:  d o p ó k i  poeta żyje i może „w tempie andante […] przez zimę iść”, nie zrezygnuje z niczego, ponieważ:

 

                     […] Kto wie, czy Tam

zimę napotkam i znowu powiem: „dobrze mi tu”.

 

Ta  g o t o w o ś ć  do zdumienia i zachwytu, której – jak widzieliśmy – nic nie może przekreślić, wypełnia się, ogromnieje zwłaszcza na wiosnę, gdy każdy dzień tyle przynosi, że aż pojawia się niepokój czy sprostamy budzącej się naturze. Nawet poeta, w sposób szczególny predysponowany do nazywania, świadomy niepowtarzalności każdej chwili, budzący się przed świtem, o tej porze roku jak nigdy odczuwa własną ograniczoność.

W wierszu Przystając w wiosenny dzień na chełmskim wzgórzu (Notatka pierwsza, z 25 kwietnia 2007 r.) czytamy:  

 

Dla kogo, po co to wszystko: wiatr biegnący

po trawach, skąd: stamtąd, gdzie jeszcze nigdy nie byłem?

I dokąd, Tam, gdzie nigdy nie będę? […]

 

O trawy jakże wysokie już, jakie zielone.

Przeoczyłem, przespałem nadejście wasze.

Czyżbym miał stać i czekać? I nie spać by

dostrzec – niezauważalne – nadejście wasze?

O hortensje, jakże was przeoczyć, nie zauważyć,

kiedy i tu, i pewnie Tam, i wszędzie jesteście.

[…]

 

Ach, kiedy przystaję pośród traw, w hortensjach,

czując wiatr na sobie niczego – w takiej chwili – mi nie trzeba.

 

Taka postawa, dominująca w dotychczasowej twórczości Jana P. Grabowskiego, w jakiejś mierze wyłączała poetę z otaczającej go rzeczywistości społecznej. Wychodząc na spotkanie śniegu, deszczu, wiosny, jesieni, zdumiony konstatował, że wobec takich cudów ludzie pozostają najzupełniej obojętni. Nieustannie gdzieś pędzą; zamknięci w swoich samochodach nie tylko niewiele widzą, ale nie mogą poczuć ani deszczu, ani wiatru, ani śniegu, ani słońca; ogłuszeni byle jaką muzyką nie słyszą śpiewu ptaków ani głosu morza; przebywając w rozświetlonym latarniami i neonami mieście, nie widzą rozgwieżdżonego nieba. 

Czytając podobne zdania prawie nietaktem byłoby zauważyć, że świat nie składa się jednak wyłącznie artystów, którzy w znacznie większej mierze niż inni ludzie są panami swojego czasu. Oczywiście, nie znaczy to, że nawet w największym zabieganiu nie moglibyśmy zatrzymać się choćby na chwilę refleksji, modlitwy, zachwytu wreszcie. W końcu – przyznajmy – nie zawsze tak było… Kiedyś potrafiliśmy wszak znaleźć czas na wpatrywanie się w gwiazdy, zabawę z dmuchawcami, poszukiwania czterolistnej koniczynki, a także na dobre uczynki, bezinteresowną przyjaźń, miłość, spacer z dziećmi.

Dobrze więc, że są ci, którzy nam o tym wszystkim przypominają, czy to najbliżsi, czy może kapłani, albo… lekarze; ale też poeci, jak choćby ks. Jan Twardowski, powtarzający: Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą, i Jan P. Grabowski właśnie, niemal wołający:

 

                                                                              …jechać

autobusem, w taki czas, gdy wokół październik?

Idąc na wskroś sennego Przymorza naoglądałem

się października, nawdychałem – jego – powietrza:

 

rześkiego, o złotawym smaku i zabarwieniu.

Bo na Przymorzu im bliżej zatoki tym bardziej

miasto z… miasta wychodzi by w końcu tłem

pozostać, oddaleniem dla pogody października.

 

     *     *    *

Jan P. Grabowski nie zamyka się we własnym świecie. Czym, bowiem byłby zachwyt, gdybyśmy nie mogli się nim dzielić. Unika bezpośredniej perswazji, ale nie kryje, jak bardzo ważny jest choćby jeden rozmówca:

 

                        […]

Na przystanku coraz więcej osób się nazbierało.

Czy o czymś myśleli? – próbowałem z ich twarzy

odgadnąć. Dokąd jechali w ten złoty październik?

Czy spotkamy się jeszcze gdzieś i kiedykolwiek?

 

W końcu autobus nadjechał: jeden przystanek

zabrałem się nim do Jelitkowa. Wysiadłem ja,

jeden, jedyny. Autobus przed siebie pojechał.

A w nim i ci, z którymi na przystanku czekałem.

 

Lecz ani przez chwilę sam nie zostałem. To On

– prawie dotykalny – na powitanie otworzył mi

szum Zatoki, szelest piasku… A poza tym jeszcze

śpiew liści w wietrze łagodnie roztrzepotanych.

 

Przełamywanie samotności dokonuje się – jak wszystko w tej poezji – bardzo naturalnie. Już w poprzednim tomie pojawiły się wiersze adresowane do żony. Ich tonacja przypomina najpiękniejsze liryki tego nurtu w naszej literaturze, jak choćby wzruszające wyznanie Kazimierza Wierzyńskiego Nie daj się smucić – „Boże, Boże, / Nie daj się smucić mojej żonie, / Ona jest wszystkim, co mi zostało…”.

W omawianym zbiorze od razu po otwierającym całość tytułowym wierszu zamieścił autor trzyczęściowy utwór Bo ona jest Słońcem – ja, zapewne, Księżycem? – w naszym planetarno-rodzinnym układzie (Czyli notatka na marginesie pewnego lutowego dnia Anno Domini 2007). „A żona i ja w dzień taki obok siebie jesteśmy” – czytamy w pierwszej części, wypełnionej, jak to zazwyczaj bywa w wierszach Jana P. Grabowskiego, codziennymi realiami. Motyw ten w pełni rozwinie autor w części środkowej:

 

Najważniejsze jest to, że obok siebie jesteśmy.

Jej obecność – jej bliskość – sprawia, że nieważna

jest pogoda, że mróz, że wiatr, że ziąb i brak Słońca.

Bo to ona jest Słońcem w naszym rodzinnym układzie.

 

Bo najważniejsze, że jesteśmy – tu, ze sobą – razem.

Teraz i przez te wszystkie dni, co są nam zapisane.

Co będzie „po” – nie wiemy, bo czyż jesteśmy wieczni?

I czyż warto – teraz, tutaj – o tym rozpamiętywać?

 

Bo najważniejsze są chwile, które właśnie… „są”.

Nawet nie te „przedtem”, również nieistotne – „potem”.

[…]

 

Kilka wierszy, o charakterze epitafium, poświęcił autor bliskim sobie ludziom kina: Bergmanowi, Antonioniemu, Witoldowi Leszczyńskiemu, którego arcydziełem, Żywotem Mateusza, nie przestaje się zachwycać. Nie powinny też ujść naszej uwadze liryczne powroty do lat młodości, zwłaszcza studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W wierszu Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej byłem poeta, przeżywający swoją „smugę cienia”, ulega „posłusznej pamięci” i przywołuje „poranny egzamin u dr Marii Szupryczyńskiej”. Po latach, a nawet dziesiątkach już lat, przemienia wszystko, co się kiedyś zdarzyło, w najczystszą lirykę, w której zacierają się zupełnie granice między sacrum profanum:

 

Wychodzę przed Collegium Maius. Pierwsze swoje

kroki kieruję – i zachodzę na krótka modlitwę – do

Najświętszej Marii Panny. A potem przez Rynek idę

ulicami – tymi samymi co zawsze – do kina „Orzeł”

 

na pierwszy poranny seans. Nie pamiętam, co to był

za film. Pamiętam poranek: tę świeżość i lekkość.

I jeszcze te światła jak gdyby rozproszone. I jeszcze

to poczucie zupełnej, absolutnej wolności. I radość,

że w Toruniu, nie gdzie indziej, jestem. Pamiętam

ten epizod i tych kilka innych, podobnych poranków.

[…]

 

Dodam – najzupełniej prywatnie – że podobnie jak poeta, mój studencki jeszcze kolega, wciąż „bardziej za Toruniem […] tęsknię”: „Szczególnie – pod jesień, najczęściej w październiku. / O, właśnie wtedy, kiedy rok akademicki się zaczyna.”. Życzę więc autorowi, by, zachowując zachwyt dla wszystkiego, co go otacza, sięgał też pamięcią do tego, co bezpowrotnie minęło, a co może powróci – dzięki sile słowa poetyckiego – piękniejsze jeszcze, bo przeniesione w zupełnie inny już wymiar.

 

Waldemar Smaszcz, ten dzień i te chwile…. Szkic o nowych wierszach Jana P. Grabowskiego z tomu Poezje. W tempie andante. Białystok, 1 czerwca 2009 r.