PLISZKA GÓRSKA (TUDZIEŻ O LEKTURACH I O TYM JAK SIĘ CZYTA NAZWISKO FLORENCE PUGH).

Zaiste, marzec to miesiąc jak najbardziej zimowy. No bo – z jednej strony – wspaniale przygrzewa Słońce i dnia już znacznie przebyło, ale – no, ba! – jest to tylko zdradliwe oblicze marca. Bo – z drugiej strony – ziąb straszliwy zewsząd skądś ciągnie. Marzec to zatem najbardziej znielubiany przez mnie miesiąc. Wyjdziesz – zdawałoby się już na wiosenny spacer – na dwór, a tu coś cię nagle ułapi za łydki i będzie, jeśliś nie wdział kalesonów, kąsać mroźnie, a mocno.

W gdańskiej dzielnicy Chełm wiosna pojawiała się tak mniej więcej w połowie kwietnia, gdy kos siadłszy gdzieś, zaczął sobie pogwizdywać. (A zdarzało się, że wcześniej i drozda-ortolana można było usłyszeć). Natomiast tutaj – Jeszcze dalej niż Północ – ptaków prawie nie uświadczysz. (Zdarzało się, że zimą trafialiśmy na padnięte łabędzie, ale to już inna historia). Aż tu nagle dzisiaj, czyli 9 marca Anno Domini 2024 idąc brzegiem Zatoki Puckiej z Mechelinek na południe, natrafiłem – nad miejscem, gdzie w duże bajoro rozlewa się źródełko… na dwie pliszki górskie, wyraźnie i raźno sobie gaworzące w pobliskich drzewach. Wątpię, żeby tu zimowały. A zatem jest to chyba pierwsza oznaka wiosny. A owo źródełko przekształca się w niewielki strumyk, który ochoczo bieży do wód zatoki. I w pierwszej chwili myślałem, że to może raniuszka, ale nie ma wątpliwości, sądząc po ubarwieniu, że to pliszka górska. Nad Zatokę Pucką zatem 9 marca Anno Domini 2024 zawitała wiosna. Nareszcie!

Jeśli zima, to w domu nade wszystko lektury i filmy. Filmów cała masa, tylko że nie ma co oglądać. Albo seriale, których akcję można by pomieścić w standardowym stuminutowym filmie fabularnym, rozciąga, rozwleka się na dziesięć odcinków, a potem jeszcze o dwadzieścia następnych tak, że od pewnego momentu nie wiadomo o co chodzi. Ludziska jednak to nie wiadomo po co oglądają. Piszę „to”, bo owe produkty nie są ani filmami, ani słuchowiskami radiowymi, ani nie widomo czym. Ot, przeważnie dwie osoby siedzą i bezustannie coś gadaj, i gadają, i gadają.

Wprawdzie Krzysztof Zanussi w jednym ze swoich wykładów powiedział, że „film, to sztuka słowa”, ale ja się z nim w tym punkcie zupełnie nie zgadzam. Film bowiem to nie tylko sztuka obrazu, ale umiejętność opowiadania jakiejś historii obrazami. Dlatego nie dałem rady oglądać jego najnowszego filmu pt. Liczba doskonała (2023, 87 min.), gdy cały ekran zaczęła wypełniać coś mamrocząca gęba Andrzeja Seweryna.   

(Natomiast zupełnie dobrze mi się oglądało aż trzydzieści odcinków serialu Wojownik [Warior – 2019-2023, trzy sezony]. Zachwycała mnie sprawność realizacji tego ogromnego przedsięwzięcia. Serial ten byłby bardzo dobry, gdyby nie zabrakło w nim… metafizyki).

Zazwyczaj bowiem współczesne utwory, czy to literackie, czy to filmowe, czy to tyczące się jakiejkolwiek tzw. twórczości metafizyki są pozbawione. Za to nastawione są na rozrywkę. Druga strona medalu, to utwory, które chcą być samą metafizyka, lecz więcej w nich nudy, zadęcia, różnych fanaberii niż śladu jakiegokolwiek sensu.

Postanowiłem cośkolwiek przeczytać Stanisławy Fleszarowej Muskat. Jakby, oczywiście, nie zacząć od miejsca, w którym aktualnie przebywam? A zatem Zatoka śpiewających traw, powieść wydana w 1967 r. Na okładce zachęta do lektury „że mamy do czynienia z piękną polszczyzną, niebanalną fabułą, po prostu z bardzo dobrą literaturą”.

(A tak nawiasem, to byłem pierwszym czytelnikiem tej wydanej w 2011 r. książki, czyli że przez trzynaście (!) lat, sądząc po gładkim, nie „złamanym”, czy też „zagiętym” grzbiecie, nikt do niej nawet nie zajrzał).

Zacznijmy od fabuły. Nie dosyć, że autorka przedstawia bardzo nudną historię i przewidująca treść, to praktycznie nic w tej książce się nie dzieje. Ot, wydobywają w Zatoce Puckiej jakieś trawy na produkcję jakiegoś agar-agaru, a tuż obok toczy się wcale nie namiętny romans pani inżynier z panem rybakiem. A więc jednak.. produkcyjniak.

A zatem fabuła niemająca nic wspólnego z rzeczywistością, ponieważ wodorostów nadających się na produkcję owego agar-agaru w Zatoce Puckiej nigdy nie było i nie ma. Literatura, sztuka, może być o „niczym”, zależy jednak JAK przedstawia owo „nic”, aby chciało się je czytać. I tu także nie ma tak zachwalanej „pięknej polszczyzny”. Wręcz przeciwnie, można sądzić, że jest to kolejne dzieło napisane na chybcika, aby dalej, aby więcej, aby prędzej. Wynotowałem sobie kilkadziesiąt przykładów. Oto tylko niektóre z nich.

Już w pierwszym zdaniu autorka pisze:

„Z okien pociągu widać było zielone, skrzące się jeszcze zimną rosą wzgórza”.

Jak można zauważyć rosę na oddalonych wzgórzach? I skąd wie, że rosa była tam… „zimna”?

Dalej, na s. 6: „Młody człowiek w popelinowej kurtce nie otwierając oczu balansował wciąż długimi kończynami ku ciepłym kolanom Doroty”.

„Balansował”? „Balansować” to utrzymywać równowagę. Dlaczego zatem młody człowiek kończynami utrzymywał równowagę?

Dalej, na s. 69: „Wilga przeniosła się teraz na sosnę przed wędzarnią i gwizdała jak idący do dziewczyny żołnierz”. Od kiedy to wilga… „gwiżdże jak żołnierz”? A poza tym wilga raczej unika ludzi i bardzo trudno ją dostrzec wśród szczytów liściastych(!) drzew, gdzie lubi przebywać.

Dalej na s. 77: „Sztorm tańczył z sosnami przed wędzarnią obłąkanego kontredansa”.

Dlaczego sztorm „tańczył” tylko „przed wędzarnią”? I dlaczego akurat „obłąkanego kontredansa”? Kontredansa, czyli kadryla tańczy się w cztery pary.

Dalej, na s. 119: „Anna wyciąga sukienkę, dopiero po chwili jej włosy siwiejącego z lekka teriera ukazują się w białym obramowaniu kołnierza z angielskiego haftu”.

Dalej, na s. 125: „Ale Anna poczuwa się do obowiązku promiennego interesowania się wszystkim i wszystkimi, ogląda więc kurs wytyczony na mapie, dotyka lekko rączki telegrafu nastawionego na »cała naprzód«”.

Dalej, na s. 155: „Przy każdym mijaniu przez mostek przebiega leciutki szmerek, ni to westchnienia, nit to śmieszek – maszt »Grunwaldu« jest teraz wyzwaniem, które rzuca się każdemu, kto mija ich na kursie, jest zawadiacką dumą, tak potrzebną Polakom, choć u jej podstaw leży teraz nie czupurna zadzierzystość, lecz skrupulatna praktyka i wiedza”.

Dalej, na s. 156: „Trwa to i przy drugiej wachcie Stasia, trwa dostatecznie długo, aby coś się dokonało, coś ważnego, coś na całe życie”. Oraz: „– Nie ma – mówi Anna z leciutkim uśmiechem. Wie, że nie należy w tej chwili obarczać Stasia zdumieniem”.

Dalej, na s. 176: „ Patrzył na biały statek, którym dowodził jego wnuk, który należał do jego wnuka, gdy go prowadził wśród gór lodowych, gdy odpowiadał za niego w rejsie”.

Dalej, na s. 198: „Dorota patrzyła na niego uważnie. Nie był zły, ale nie był też szczęśliwy. Szczęśliwy nie był na pewno. Dominik stał na pokładzie, coraz bardziej wyzłocony słońcem – i nic o tym nie wiedział. Wciąż był tym, który szedł naprzód. Nigdy przed nikim nie ustępował. Nie miał pojęcia jak to boli”.

A jeśli jeszcze dodam niezliczona ilość „Ale…” na początku zdań, to gdzież ta… „piękna polszczyzna”?

Nie, nie będę więcej czytał powieści Stanisławy Fleszarowej Muskat. Wprawdzie zamierzałem jeszcze sięgnąć po np. Lato nagich dziewcząt, ale postanowiłem sobie odpuścić.

W tamtych czasach powstała także Wyspa (1961) Róży Ostrowskiej (1926-1975). Jest to jedyna powieść, którą Ostrowska napisała. Powieść ta już podczas pierwszej lektury mnie zachwyciła.

(A przeczytałem ją… na stojąco w ciągu kilku godzin jednego popołudnia. Nie wiem skąd tę książkę miałem. Może wypożyczyłem, może kupiłem. Dość tego, że kiedy wróciłem z miasta i po obiedzie wszedłem na strych, stanąłem przy oknie i tak się zaczytałem, że zapomniałem usiąść).

To świadczy o tym, że zamiast tłuc książka za książką, wystarczy napisać jedną, ale dobrą. Wprawdzie w Wyspie metafizyki także nie ma, ale za to powieść ma wspaniały klimat. Bardzo lubię sięgać od czasu do czasu do tej książki.

Rozpisałem się o pliszce górskiej jako wieszczącej nad Zatoką Pucką wiosnę oraz na temat Zatoki śpiewających traw, gdzie Zatoki Puckiej nie uświadczysz, a tymczasem rozdano Oscary. Od razu nastąpił w telewizji wysyp filmoznawczyń i filmoloszek, które zaczęły opowiadać o nagrodzonych filmach, chociaż… jaki jest koń, każdy widzi.

Bywały czasy, że potrafiłem jechać na film (przeznaczając w sumie na to cały dzień) nawet po kilkadziesiąt kilometrów. No tak, ale wtedy to były filmy i kina. Teraz praktycznie kin nie ma. A oglądanie filmów w multipleksach usytuowanych wyłącznie w galeriach handlowych jest ponad moją wytrzymałość. Nie dosyć, że jest potwornie głośno i duszno, to przez pół godziny trzeba oglądać ogłupiające reklamy.

Dlatego jak na razie obejrzałem film pt. Maestro, który nominowany zaledwie w dwóch kategoriach obył się bez ani jednej statuetki Oscara. Obejrzałem także Śnieżne bractwo, w którym, jako że więcej w nim efektów specjalnych niż plenerów, jakoś mnie nie zachwycił. „Przepadł” także film Martina Scorsese Czas krwawego księżyca.  Tak wychwalane Przesilenie zimowe otrzymało Oscara tylko dla najlepszej aktorki drugoplanowej (Da’Vine Joy Randolph). Biedne istoty film Yorgosa Lanthimosa, otrzymał cztery Oscary: za najlepszą scenografię, najlepszą charakteryzację, najlepsze kostiumy oraz… dla Emmy Stone dla najlepszej aktorki w roli głównej.

(A tak nawiasem, to nie rozumiem zachwytu Emmą Stone, która otrzymała już drugiego Oscara. A ma dopiero 35 lat. Znacznie ciekawsze aktorsko są, moim zdaniem, Carey Mulligan i Florence Pugh[*]).

Wyszukałem w bibliotece i wypożyczyłem powieść Biedne istoty Alasdaira Graya i natychmiast zabrałem się do czytania.

Natomiast siedem Oscarów otrzymał Oppenheimer (2023), 180 min. reż. Christopher Nolan tzn. jako najlepszy film, za reżyserię, dla najlepszego aktora w roli głównej (Cillian Murphy), dla najlepszego aktora w roli drugoplanowej (Robert Downey jr), za najlepszą muzykę w filmie (Ludwig Göransson), za najlepsze zdjęcia (Hoyte van Hoytema) oraz za najlepszy montaż (Jennifer Lame).

9-14 marca 2024 r.

PS. W tym zapisku wykorzystałem zdjęcie pliszki górskiej z Internetu.

PPS. Załączyłem także kadr z filmu Lady M. (Lady Macbeth – 2017), 89 min., reż. William OldRoyd z Florence Pugh w roli Katherine.

PPPS. Przemogłem się i obejrzałem w końcu film Zanussiego Liczna doskonała. Przemogłem się, ponieważ nie mogę patrzeć na nieogolone gęby mężczyzn. Być może owo nie ogolenie pasuje, jako „moda”, niektórym młodym mężczyznom. Natomiast przeważająca większość mężczyzn wygląda okropnie, wręcz niechlujnie. (Słyszałem takie powiedzenie, że „mężczyzna nieogolony, to mężczyzna brudny”). A nieogolony mężczyzna w starszym wieku wygląda jakby go… „mech obrósł”.

Od pierwszych kadrów Liczbę doskonałą wypełnia nieogolona gęba Joachima (Andrzej Seweryn), który się przechwala, że jest bardzo bogaty itd. Potem „ni w kijki, ni w drewka” ów Joachim siedzi gdzieś w Izraelu i rozmawiając przez telefon ze swoim kuzynem Davidem (Jan Marczewski) „cudem” unika jakiegoś wybuchu. Następnie Zanussi pokazuje jak ów David rezygnuje z pracy w korporacji, ponieważ… ma wystarczającą ilość pieniędzy. Potem obydwaj panowie się spotykają i popijając – a jakże – koniaczek dywagują, już jako kuzyni, a to o Bogu, czy jest, czy też go nie ma, a to o sprawach, które przeciętnego Kowalskiego, a nawet kinofila niewiele, albo wcale obchodzą. Jedyne, co mi się w tych dywagacjach odbywanych podczas nieśpiesznych spacerów podobało, to rozwiany szal Joachima.

Dobrze jest sobie gadać o „niebieskich migdałach” i popijać koniaczki jak się jest bogatym.

W tym miejscu przypomina mi się taka oto reklama chyba karty kredytowej: „Kiedy nie masz pieniędzy (w domyśle – karty kredytowej), to na nic cię nie stać. A gdy już masz pieniądze…” I tu jest pokazane, jak to ów młody człowiek kupuje samochód, wyjeżdża na wycieczkę zagraniczną itd.

No właśnie ileż to już było filmów, a zwłaszcza seriali, o majętnych ludziach, którym „odbija”, albo o dzieleniu pieniędzy itd. Ja wreszcie chciałbym obejrzeć film o tym jak się do tych pieniędzy dochodzi (ale nie gangsterką, czy też produkcją narkotyków itd.).

Jeszcze inna kwestia. David jest egoistą, nie nadaje się do związków z kobietą, ale kiedy jednak… „wkracza” (jak pisze pewien filmoznawca) w jego życie Ola (Julia Lotosińska), to jedyne co może powiedzieć, że… „ma na nią ochotę”.

O, to byłby ciekawy film, jak egoista i człowiek stroniący od bliższych związków, jednak bez owego bliższego związku – w tym przypadku z kobietą – nie może się obyć. No ba! ale w tym cała rzecz polega, że bardzo trudno jest nakręcić film (napisać powieść) o uczuciach. Powstaje teraz cała masa filmów o miłości, która sprowadza się jedynie do tego, że już w pierwszej scenie dochodzi do mocnego spółkowania na stojąco przeważnie w kuchni lub w ustępie.

Bardzo mnie dziwi, że Krzysztof Zanussi (rocznik 1939) reżyseruje jeszcze filmy. (Roman Polański, który ma lat dziewięćdziesiąt, także jeszcze „kręci”). Roman Polański „skończył się” – moim zdaniem – z chwilą, gdy jako prawie siedemdziesięciolatek otrzymał Oscara za reżyserię Pianisty. Dawno już pora – panowie reżyserzy – przejść na emeryturę i dać szansę młodym ludziom. (Sęk jednak w tym, że owi młodzi reżyserzy nie mają nic istotnego do powiedzenia). 

Wracając jednak do Liczby doskonałej to wcale się tego filmu nie „czepiam”, lecz – takie małe pytanie – czy reżyser zastanowił się kto ma być odbiorą jego dzieła? Bo młodzi ludzie, którym Diuny w głowach, na pewno nie. Naukowcy – również. Kinomani – wątpię. Po co zatem kręcić takie niby paradokumentalne filmy przeznaczone dla nie wiadomo kogo? No chyba, że reżyser nakręcił Liczbę doskonałą dla samego siebie? Tylko dlaczego takie fanaberie są finansowane i  z państwowej kiesy?

I gdybyż ten film, który przedstawia „ważkie” problemy był atrakcyjny wizualnie. Oglądanie jednak wypełniającej cały ekran nieogolonej gęby Joachima, i słuchanie jaki to on jest bogaty, wcale atrakcyjne nie jest. Dlatego daję temu filmowi (w skali od jednego do sześciu) co najwyżej słabiutką dwójeczkę.

            15 marca 2024 r.

[*] Pugh = Pew.