PIERWSZE – GRECKIE – CZEREŚNIE

Okazuje się, że nie tylko drożdżówki, nie tylko trawy, ale również i świat „wkracza”. To już przesada z tym „wkraczaniem”. Czy wszystko musi… „wkraczać”?

Dalszy ciąg owego komunikatu, który usłyszałem rano w telewizji, którą włączam na chwilę, dosłownie tylko na chwilę, brzmi następująco: „Świat wkracza w nową niebezpieczną fazę. A dostosowanie się do zasad bezpieczeństwa jest kluczowe”. Są to słowa jakiegoś „wysokiego komisarza”, na nie mniej „wysokim szczeblu”, wygłoszone w związku z powrotem epidemii koronawirusa.

A zatem „świat wkracza”. Tylko, dlaczego bezpieczeństwo musi być „kluczowe”, a nie… kłódkowe, albo zamkowe? A co do owego „kluczowego”, to niedawno w telewizji można było usłyszeć, że politycy „po kluczowym spotkaniu udali się na kluczowe śniadanie”.

(A co do głupot, które ostatnio przeczytałem w telewizji, to tak oto jest reklamowany film pt. Poszukiwana: „Wstrząsająca historia zniknięcia dziewczynki, w której pierwsze skrzypce grają nieudolność, korupcja i ambicja”. Czy ktoś pisząc taką recenzję w ogóle myślał?).

Z jednej strony „wysoki komisarz” ogłasza z nie mniej „wysokiego szczebla”, że „świat wkracza w nową niebezpieczną fazę” koronawirusa, a jakiś spec od epidemiologii z tytułem doktora twierdzi, że „tak naprawdę koronawirus dotyka tylko 1% populacji, a 5% z tych, którzy zachorowali przechodzi chorobę ciężko”. A zatem ile to tak naprawdę jest owe… 5% z 1%?

Jakby mało było „wkraczania”, to okazuje się, że także „wkraczamy w ostatni tydzień kampanii prezydenckiej, której wybory mogą być kluczowe…”

Ufff!!! Dosyć tego. Coraz częściej zastanawiam się dlaczego musi być aż tak bezmyślnie i absurdalnie? I czy moje zapiski cokolwiek zmienią? Nie mam na nic wpływu: ani na zmianę mentalności urzędnika, który według własnego widzimisię traktuje przepisy, ani tym bardziej na „wybory prezydenckie”, bo cóż znaczy mój jeden głos. Nie będę na nikogo głosował. A poza tym ileż to razy próbowałem dotrzeć czy to do radnego, czy to do posła i zawsze słyszałem to samo, „że może się zająć sprawą, ale nie musi”. I, oczywiście, się nie zajął. Ja zatem również „mogę”, ale nie muszę glosować. A to, że w Polsce „będzie lepiej, a ludziom będzie się żyć dostatniej” słyszę od czasów Edwarda Gierka, czyli od… pięćdziesięciu(!) lat.

Z wykształcenia jestem filologiem polonistą, z zawodu literatem, a więc na tyle ile będę mógł, będę reagował na absurdy m.in. językowe. W każdym razie nie mogę pozostawać obojętny. Mam także swój literacki i kinofilowy gust i mogę jeszcze raz podkreślić, że 99% współczesnej produkcji literackiej i filmowej nie nadaje się do czytania i do oglądania.

Trudno dociec dlaczego ludzie aż tyle piszą i wydają książek oraz dlaczego aż tyle produkuje się filmów. I najważniejsze: po co aż tyle zmarnowanych pieniędzy?!

Nie chciałbym tu pisać o moich rozczarowaniach, bo jest ich bez liku, lecz wolałbym podzielić się moimi zachwytami.

Dyskwalifikuję wszystkie filmy kręcone w całości „z ręki”, bo po takim „filmie” tylko bolą oczy i głowa. A poza tym: albo umiesz opowiadać obrazami, albo nie. 99% nie umie. Zamiast opowiadać obrazami, współczesne kino to bezustanna gadanina, no i, oczywiście, efekty specjalne.

Dlatego też mając dość kręconych z ręki seriali, w dodatku niemal z tą samą fabułą, odświeżyłem sobie film… Siedem lat w Tybecie (Seven Years in Tibet – 1997), 139 min., reż. Jean-Jacques Annaud, zdjęcia: Robert Fraisse, muzyka: John Williams oraz jako Heinrich Harrer – Bad Pitt, a jako Pema Lhaki – Lhakpa Tsamchoe.

Ach, cóż to za film: doskonały pod każdym względem. A po obejrzeniu raz, chce się oglądać po raz drugi i trzeci. Tak jak nie mam dość arcydzieła pt. Lawrence z Arabii (Lawrence of Arabia – 1962), 216 min., reż. David Lean (1908-1991)[1], tak również film Annaud jest jedną z moich ważniejszych pozycji w domowej filmotece.

Ktoś mógłby mi zarzucić: jak to, jak można pisać tak niehistoryczne, niepogłębione refleksje, jak można zachwycać się filmem o hitlerowcu, którym bez wątpienia był austriacki himalaista Heinrich Harrer? No a jak można zachwycać się Lawrence’m, który był… homoseksualistą?

W ten sposób można dojść do jeszcze jednego absurdu. Dajmyż zatem takim dywagacjom spokój.

Bo tymczasem, kiedy kończę ten zapisek, pojawiło się kalendarzowe lato. Trwają jednakże tzw. świętojańskie deszcze, lecz burze jakoś Gdańsk omijają.

Moimi najbardziej ulubionymi owocami są czereśnie. Polskie, spod Ciechocinka, są… kłaśne, czyli bardzo bardzo mocno kwaśne. Skusiłem się zatem na… greckie. Miały być – według opinii sprzedawcy… słodziuśkie. Z wyglądu, owszem: jędrne i okazałe, ale w smaku… zaledwie kwaskowata woda. I czas takiż sam… kwaskowaty.

20-21 czerwca 2020 r.

[1] David Lean, twórca takich niezapomnianych filmów jak m.in. Most na rzece Kawai (The Bridge on the River Kwai – 1957), 161 min.; Córka Ryana (Ryan’s Daughter – 1970), 195 min.; Podróż do Indii (A Passage to India – 1984), 163 min.