PASJA CZYTANIA (I… SŁUCHANIA)

Bardzo lubię czytać. Podczas pobytu w sanatorium absolutnie nie brakowało mi telewizji. Mogę także obyć się bez radia. Zresztą telewizja i radio bardzo się upodobniły w nachalności reklam, niechlujności języka polskiego, epatowaniu odbiorcy prawie wyłącznie wiadomościami typu: pożary, wypadki, zabójstwa itd. oraz nękaniu odbiorców… „gwiazdami”, które nie mają ani talentu, ani nie potrafią śpiewać. Mogę także obyć się bez Internetu. Natomiast bardzo brakowałoby mi dobrego Kina i dobrej Muzyki.

W każdej zatem niemal okoliczności wynotowuję sobie: co jeszcze powinienem przeczytać, jaką książkę kupić, a jaką tylko wypożyczyć w bibliotece.

Książki teraz piszą i wydają niemal wszyscy, więc do swoich wyborów podchodzę z ostrożnością. A i tak czasami komuś udaje się mnie nabrać na „bestseller” lub „arcydzieło”.

I tak już chyba będzie zawsze. Życie bowiem polega wyłącznie na oszukiwaniu mniej sprytniejszych i mniej zorientowanych przez tych sprytniejszych i cwańszych.

Wynotowałem sobie, że powinienem przeczytać książkę pt. Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) słowackiego pisarza Pavola Rankova. Książka ta otrzymała m.in. w 2009 r. Europejską Nagrodę Literacką (ex quo z 11 innymi autorami) oraz w  2014 r. Literacką Nagrodę Europy Środkowej „Angelus”.

Po dość długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć jeden, jedyny, jej egzemplarz w jednej z gdańskich księgarń. Koszt tej książki to, bez jednego grosza, 40 zł. Marny papier, miękkie okładki, byle jakie klejenie zamiast szycia: a więc znowu jest to książka jednorazowego użytku. Zajrzałem jednak do treści. Przejrzałem tu i owdzie, zacząłem podczytywać. Nie, nie wydam 40 zł, bez jednego grosza, na powieść, która mnie „nie bierze”.   

Postanowiłem ją zamówić w bibliotece. Żeby jednak nie wychodzić z biblioteki z pustymi rękami sięgnąłem, chyba trochę na „chybił-trafił”, na półkę filmową. Wypożyczyłem Barbary Kanold wywiad Michalski, taki jestem oraz rozmowę Waldemara Chrostowskiego i Mirosława Słowińskiego z Jerzym Kawalerowiczem pt. Nie powtarzałem siebie. Moją uwagę zwróciła także widoczna na parapecie niewielka książeczka Wojciecha Borosa pt. Pies i Pan.  W domu skonstatowałem, że jestem pierwszym czytelnikiem tych książek. Pierwsza z nich została wydana w 2005 r., druga w 2008 r., trzecia w 2014 r. Wszystkie jednak książki mają tę samą cechę co i książka Pavola Rankova. Są to bowiem wydania jednorazowego użytku, czyli: kup, przeczytaj i wyrzuć, ponieważ rozpadają się już przy pierwszej lekturze.

Książka Barbary Kanold to rozmowa ze Stanisławem Michalskim (1932–2011), wieloletnim aktorem i dyrektorem Teatru „Wybrzeże”. Byłem na wielu sztukach, w których występował ten aktor, oglądałem wiele filmów, ale w mojej pamięci nie pozostała ani jednak jego kreacja. O, co innego Henryk Bista (1934–1997). Uwielbiałem tego aktora, nawet w epizodzie był absolutnie doskonały. Ze znajomym, który jest także wielbicielem Henryka Bisty, wspominamy dość często role tego aktora. No cóż, można i o Michalskim napisać same peany i pochwały. W każdym razie Stanisław Michalski był na pewno aktorem zauważalnym.    Natomiast rozmowa z Jerzym Kawalerowiczem to, w sumie, gadanina bez ładu i składu. Wybitny reżyser, ale żaden z niego narrator, czy też orator. Filmy jednak kręcił niezapomniane. Ot, chociażby Pociąg. To, według mnie, arcydzieło. Tak samo zresztą jak Matka Joanna od Aniołów.

Trzecia z tych rozpadających się już przy pierwszej lekturze książek, to niewielki tomik utworów. Autor prezentuje swoją twórczość z wywalonym językiem na zdjęciu. Za 3000 zł z kasy Województwa Pomorskiego wydanych na realizację swojego projektu pisze m.in.”Zwalczam w sobie To, co najgorsze. / Zarówno grypa, jak i zima są przejściowe. / Za gówno powiadam Wam czasem robić trzeba.”, i dalej: „Chciałbym mieć osiemnaście lat./ wierzyć w Lechię Boga i małą / spaloną słońcem blond świnkę z dzielnicy Siedlce./ Na sobotnich grillach mawiałbym: / Kurwa, jebnij mi trochę musztardy, Kochanie.”, jeszcze dalej: „Albowiem Suczki są wówczas milutkie, / gdy robią loda z połykiem i odwiecznym smutkiem, / który dręczy ich serca oraz w oczach mieszka. / Wtedy żaden Peiper, ni Parra koleżka / nie jest mi potrzebny, a im tym bardziej. / Wolą wytrysk na piersi.”

No cóż, teraz niemal każdy może być jak nie pisarzem, to co najmniej poetą. Tak samo jak każdy może śpiewać.

Sam nie wiem po co oglądałem finał 8 konkursu „Must Be The Music”, czyli „Tylko muzyka”. Jakże się ludziska garną do tego by śpiewać, by zostać artystami, ba! marzy im się natychmiastowa sława.

W finale wystąpiły dwie prawie rówieśniczki Jackie Evancho. Marysia Markiewicz, podobnie jak Jackie Evancho, zajęła drugie miejsce w ogólnokrajowym konkursie wokalnym. Jackie wtedy, jako dziesięciolatka, po wykonaniu O Mio Babbino Caro tak zachwyciła jurorów, że z miejsca okrzyknęli ją Supergwiazdą. A jako dwunastolatka miała wspaniały, niezapomniany, koncert z Davidem Fosterem. Marysię jedna z jurorek nazwała… złotą rybką i z zatroskaniem radziła uważać na rekiny w show biznesie. Jackie, niemal rówieśniczka Marysi, ma już pięć wydanych płyt. A na najnowszej – Awakening – m.in. cudowne wykonanie Vocalise Rachmaninowa.

27 listopada 2014 r.