„OTO MASZ MIASTO” ALBO: CHWILA ODDECHU NAD ZATOKĄ

Spośród setek, a nawet chyba tysięcy filmów oferowanych w repertuarze filmowym ja aktualnie znajduję zaledwie kilka obrazów, które można wyliczyć na palcach jednej ręki, jako zasługujące na uwagę oraz zapamiętanie.

Takim filmem według mnie, czyli kinofila z długim – i jeszcze dłuższym stażem – jest wart najwyższych pochwał obraz wyprodukowany i wyreżyserowany przez Clinta Eastwooda (który 31 maja br. ukończył 90 lat) pt. Oszukana (Changeling – 2008), 142 min., z Angeliną Jolie, jako Christine Collins. (A swoją drogą, co za dziwny polski tytuł Oszukana, który ma się nijak do Changeling).

Nie będę przedstawiał treści tego filmu, powiem tylko, że został zrealizowany według prawdziwej historii, która rozegrała się w 1928 r. Dla mnie bowiem znacznie istotniejsze jest „jak” ten obraz został zrealizowany. I tu mogę wyrazić swoje najwyższe zachwyty.           

Wprawdzie różnej maści „krytycy” i „recenzenci” starają się nie wiadomo po co wyszukiwać słabych stron tego filmu i przyszywać mu łatki, słowem czepiać się, ale dla mnie są to żadne autorytety, a poza tym wierzę swojemu instynktowi kinofila, bo im więcej oglądam filmów, tym mniej mnie ów instynkt zawodzi.

Wszystko bowiem w Changeling jest na najwyższym poziomie: i rola Angeliny Jolie, która aż dziw, że otrzymała za Christine Collins tylko nominację do Oscara, i scenografia, i kostiumy, i muzyka (Clint Eastwood), i wszystkie role drugoplanowe i epizodyczne, i nade wszystko arcydzielna reżyseria. Z zachwytem patrzyłem także jak ten film jest fotografowany. Wspaniałe światło, mistrzowskie prowadzenie kamery, ani jednego zdjęcia z ręki, żadnego machania, czy też potrząsania kamerą, jak to jest teraz bardzo modne, a rezultatem czego jest ból oczu i głowy widza. Przepiękny film.

Changeling oglądałem późnym wieczorem 1 czerwca (w poniedziałek) i tak się przejąłem, że nie mogłem zasnąć. A chciałem być wyspany, bo oto L. zaproponował na wtorek… wycieczkę do Górek Zachodnich i kilkukilometrowy spacer brzegiem zatoki do Stogów.

Autobus odchodzi sprzed dworca głównego o 9.40. Czekaliśmy i czekaliśmy. Wciąż nadjeżdżały autobusy innych linii, a obok nas przewalała się ze straszliwym hukiem i smrodem inwazja samochodów. „Oto masz miasto” – w pewnej chwili powiedział do siebie albo może do mnie L.

Maseczki, które mają chronić przed koronawirusem, zapewne przydają się w mieście w ochronie przed kurzem i smrodem. Wreszcie autobus przyjeżdża. Od razu uderza nas zaduch. Nie ma klimatyzacji. Jedziemy i jedziemy. Niektórzy mają maseczki, niektórzy – „w ramach luzowania” – nie. Ci, którzy nie mają, patrzą na nas: w maseczkach i nitrylowych rękawiczkach (to w obronie przed m.in. lepiącymi się uchwytami) jak na dziwaków. W maseczkach jest duszno, w autobusie nie ma czym oddychać. Jedyna nadzieja na łyk świeżego powietrza, że co i raz zdarzają się przystanki, a wówczas na moment są otwierane drzwi. Na którymś z przystanków, na wpół uduszony, zlany potem, postanawiam wysiąść. Patrzę: na świetlnej autobusowej mapce jesteśmy jednak w połowie trasy, jeszcze tylko kilkanaście przystanków. Może jakoś wytrzymam. W końcu po 36 minutach jesteśmy na miejscu: Górki Zachodnie. Pierwsze, co robimy to wyrzucamy do kosza rękawiczki i maseczki. Koronawirus to dzieło człowieka nie: drzew, otwartej przestrzeni, zatoki, nieba…

Idziemy wzdłuż Wisły Śmiałej do zatoki. To będzie ze dwa kilometry po leśnej, piaszczystej drodze. Ileż powietrza, jakiż zapach. I najważniejsze: cisza i spokój, słychać tylko lekki, ożywczy wiatr ciągnący gdzieś znad zatoki i żadnych ludzi. Nie ma ludzi, a więc nie ma koronawirusa. Co chwilę przystajemy by napawać się ciszą i śpiewem nadwodnych ptaków oraz… rechotem żab. Wśród wysokich trzcin widać gdzieniegdzie niezłe stanowiska wędkarskie.

Wreszcie jaśnieje i… morze (Bałtyckie), czyli, tak naprawdę zatoka (Gdańska) i najważniejsze: otwarta, przesłoneczniona przestrzeń, gdzie jak okiem sięgnąć w jedną i w drugą stronę nie ma ani jednego ludzia. A ponad plażą ze śpiewającym pod stopami piaskiem, ponad wodami zatoki najwspanialszy, niczym ani przez nikogo nieograniczony błękit nieba. L. patrzy na mnie, ja na niego i czytamy niemal w swych myślach. W końcu L. mówi: „Mieszkamy w mieście nad zatoką, dlaczego tak rzadko tu bywamy” – bardziej stwierdza niż pyta. Właśnie, dlaczego tak rzadko? Najlepiej byłoby mieszkać gdzieś nad zatoką i – jeszcze lepiej – mieć widok na otwartą przestrzeń, a nie na ścianę sąsiedniego bloku.

Cóż z tego, że wybierzesz sobie miejsce z otwartym widokiem, z kilkoma drzewami za oknem, kiedy prędzej czy później, nie pytając cię o zdanie, nie licząc z się z ustawą, która zapewnia ci dostęp do powietrza itd., zamurują cię ze wszystkich stron tak, że będziesz widział za oknami tylko mury i skrawek nieba. „Oto masz miasto”.

Te kilka godzin spaceru wzdłuż zatoki jawi mi się, jako sen albo raczej piękny film. Już nie pamiętam powrotnej mozolnej drogi: autobusem, tramwajem i znowu, po przesiadce, tramwajem.

Na koniec L. jeszcze proponuje abyśmy przeszli się Długą. I tu zaskoczenie: pustawo, a wręcz pusto. Koronawirus skutecznie wymiótł wszystkich turystów. Kiedyś Długa tętniła życiem: było tu kilka kin, księgarnie… teraz nie ma nic. Straszą tylko puste miejsca przed kawiarniami i restauracjami.

W najbliższym czasie musimy powtórzyć powrót nad zatokę – mówi L. – Tym razem do Górek Wschodnich, albo do Brzeźna i stamtąd piechotą, brzegiem zatoki, do Sopotu.

3 czerwca 2020 r.