„OBŁOMKOWY PORZĄDEK OPOWIEŚCI”

Русский писатель Иван Алексеевич Бунин

Iwan (Jan) Bunin

Na s. 251 swojej najnowszej książki W lodach Prowansji (2015) Renata Lis pisze:

„Galina mogła nie wiedzieć o kawie, ale baraninę i wino od Margi musiała przecież zauważyć. Dlaczego więc o tym napisała? To jedno z pytań, na które nie ma i raczej nie będzie odpowiedzi. Mogła na przykład o czymś nie wiedzieć, albo mieć o coś żal, albo w grę wchodził jeszcze inny powód, którego nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić – ważny albo całkiem błahy, jak często w życiu bywa. W obłomkowym porządku mojej opowieści ten szczegół nie ma wielkiego znaczenia, ale dobrze pokazuje, w jaki sposób jest nam dana przeszłość i co w istocie o niej wiemy: niewiele”.

Czy Renata Lis zastosowała w swojej opowieści o Iwanie (Janie) Buninie, jego żonie Wierze Nikołajewnej i jego kochance („przybranej córce”) Galinie Nikołajewnej Kuzniecowej „obłomkowy porządek” nie wiem, ponieważ jest to – według mnie – „porządek” dość… chaotyczny.

Zaczyna się bowiem ta opowieść przedziwnie bo od „napęczniałego trupa w czarnym garniturze”, przez jakieś 30 stron nie widomo o co chodzi, już gotów byłem rzucić lekturę, a potem… uwiodła mnie jej treść. Widać, czuć, że Renata Lis zebrała bardzo dużo materiału, odwiedziła miejsca pobytu Bunina, lecz pisząc o tym gdzieś bardzo się śpieszy. Chciałaby o Buninie jak najwięcej, i najszybciej, opowiedzieć. Szybkość ta, i zapewne pisanie na laptopie, wpływa na, niestety, miejscami kiepski styl i dość liczne błędy językowe.

Oto kilka przykładów:

„Wiera Nikołajewna z Galiną siedziały w czwartym rzędzie, obok matki laureata z dziedziny fizyki, która później okazała się wielbicielką literatury rosyjskiej, i Bunin widział je ze sceny”. (s. 180). Fizyka jako wielbicielka poezji. Ciekawe.

„Z kolei »Aloszkę«, który także wszystko pamiętał i pamiętał, że Bunin pamięta, bolało to jak tkwiąca w duszy zadra i dlatego w 1941 mógł sobie wyobrazić, że jeżeli załatwi Buninowi zgodę na »powrót«, to Bunin na pewno z niej skorzysta, a skoro już »wróci« do tej wszetecznej Rosji i właśnie ta wszeteczna Rosja uratuje go od śmierci z głodu, będzie to oznaczało jego, sprzedajnego Tołstoja, ostateczne zwycięstwo moralne nad rzekomo niezłomnym Buninem”. (s. 237). W jednym zadaniu powtórzone cztery razy „Bunin”, trzy razy „pamiętał”, dwa razy „wszeteczna”.

„Wszyscy oni są jak Lenin miotający się z wywalonym językiem na tronie Romanowów, a ich Rosja – apokaliptyczna wszetecznica – tylko udaje, że jest Rosją świętego Siergieja, podczas gdy w istocie legła swym lucyferycznym cielskiem na jej trumnie”. (s. 245). Doprawdy, bardzo „barwny” styl.

„Podobnie jak Flaubert oraz inni wielcy pisarze, Bunin doskonale rozumie, że nie wszystko, co cielesne, musi być nazwane wprost, a nawet że nie powinno być wprost nazwane, i nie podziela poglądu tych współczesnych sobie (i współczesnych nam) żałosnych obrazoburców, w istocie mentalnych bolszewików, którzy sądzą, że bez wypowiedzenia słowa »pizda« nie da się odsłonić prawdy o kobiecie, oraz że niewypowiadanie tego słowa w literaturze jest równoznaczne z negacją cielesności i z »inteligenckim«, a więc wyższościowym zakłamaniem”. (s. 252) „Mentalni bolszewicy”. Ciekawe.

„Wiera Nikołajewna – prostolinijna, znużona i wierząca – nie pozwoliłaby sobie na żadne wymysły. W jej liście, który trafił do rąk Cwibaka wprost z zalewających ją odmętów życia, ani o powieści Tołstoja, ani o zdjęciu syna, ani o niczym podobnym nie ma mowy, i w tym sensie jest on bliższy prawdy niż te aspirujące literacko, a w istocie tandetne opowieści – nie tworzy znaczeń, tylko rejestruje ich rozpad; ukazuje ten bezładny strumień uczuć i rzeczy, który zawsze porywa nas i niesie gdzieś na roztrzaskanie jak po rzecznych progach razem z umierającym w pobliżu nas człowiekiem; ten przestrach i pośpiech, który rwie na strzępy myśli i za którym torturowana niepokojem świadomość nie nadąży dopóty, dopóki martwe ciało nie spocznie w swoim grobie, oddzielając na nowo życie od śmierci i przywracając zachwiany lad metafizyczny”. (s. 344–245) Uff, ale się Renata Lis zagalopowała.

Mimo tych „fajerwerków” językowych i stylistycznych, świadczących o tym, że autorka W lodach Prowansji gna za swoimi myślami nie nadążając za nimi, czyta się tę „oblomkową” opowieść dość dobrze, chociaż czasami potrafi Pani Renata i nieźle przynudzić.

O urodzie jednak tej książki stanowią – paradoksalnie – takie oto „obłomki” jak ten poniższy ze s. 284–286. Według mnie jest to czysta… poezja. I odtąd będę odsyłał niektórych współczesnych poetów do owego „obłomka”. Zobaczcie – Panie Poetki i Panowie Poeci – to jest właśnie poezja, tak właśnie wygląda poezja:

 „Jeziora Litwy czym są? Są wodą otoczoną lasem lub łąką. Najprędzej należą do ryb, ptaków i węży, o ile w ogóle do kogokolwiek należą. Nie mają narodowości ani historii, mimo że kiedyś coś się tutaj działo, a nad ich brzegami śpią otulone dymem i ciszą chatki. To nieprawda, że jeziora te pamiętają coś z ludzkich dziejów – niczego nie pamiętają: ani imion władców i poetów, ani zgiełku bitew, ani moich odjeżdżających na Ural pradziadków, ani ich powrotu, ani tiepłuszek sunących później na Wschód z przerażonym ludzkim ładunkiem w środku, ani żydowskich modlitw nad jeziorem w Ignalinie, które wznosiły się na próżno, zanim padły strzały. Niczego nie pamiętają – odbijają tylko niebo i chmury; to cała ich aktywność. Są pejzażem naturalnym, który sam w sobie nie znaczy nic.

Jeziora Litwy są krystaliczne, o gładkiej toni, niekiedy marszczonej wiatrem. Dno piaszczyste, muliste lub liściasto-olchowe; przy toni pomarszczonej widoczne niewyraźnie. W Auksztocie są ich setki, choć może to tylko jedne przeglądają się w drugich wraz z obłokami i niebem i w nieskończoność mnożą odbicia, tak że zupełnie już nie wiadomo, gdzie jest jezioro, gdzie niebo, a gdzie lustrzany sobowtór. We wrześniu ich brzegi stają się zupełnie bezludne; zostaje tylko woda, niebo i las. Ziemia bez ludzi. Są wtedy dostępne jeszcze bardziej niż latem – można przeskakiwać z jednego w drugie jak z odbicia w odbicie, wzlatywać z nieba w wodę i z wody spadać w niebo, ni to płynąc, ni to lecąc, nie czując swojego ciężaru. Nie czując ciężaru.

Doznanie jezior Litwy jest doznaniem skóry. Woda w nich jest zawsze chłodna, tak samo w lipcu, jak we wrześniu. We wrześniu ochładza się z każdym dniem nawet przy pięknej pogodzie i tę różnicę skóra czuje, cała skala zimna w niej się zapisuje: od chłodu na powierzchni ciała, poprzez igiełki lodu krążące w nim razem z krwią, po zimno już nieustępliwe i przenikające, które wywołuje dygot. Jakby to ziemia stygła w moim ciele.

Niektóre z jezior są zawsze zimniejsze niż inne, takie jest Łusze w Połuszach, cudowne także przez to, że słońce kładzie się na nim aż do samego zachodu, a nie chowa się wcześniej za lasem, jak dzieje się gdzie indziej. Dzięki temu można tu pływać w bladozłotych promieniach wrześniowego słońca, które łamią się na powierzchni lodowatej wody, zanim znikną. Woda w jeziorach Litwy jest miękka – wygładza skórę muśnięciami przezroczystego wężowego cielska. Dusza – podobnie jak skóra – wychodzi z tych wód obmyta, rześka i spokojna jak litewska toń. I sama zaczyna odbijać niebo i chmury”.

Przepiękny „obłomek”, a właściwie najładniejszy, jedyny, wiersz jaki znalazłem w dziesiątkach i setkach czytanych, przeglądanych, wertowanych tomików poetyckich bez poezji. Nie bez znaczenia jest tu, oczywiście, fakt, że jestem zagorzałym „lakistą”. Współczesna poezja nie uznaje „myślenia oczami” i „wejścia do środka pejzażu” o czym tak również pięknie Renata List pisze na s. 179. Celowo nie przytaczam tego fragmentu, ponieważ… zachęcam do lektury tej książki.

Wszystkie trzy książki: i Ręka Flauberta (2011), i Późna godzina (2012) i właśnie W lodach Prowansji to są, niestety, książki jednorazowego użytku: sklejone, w miękkich okładkach fatalnie prezentują się półce. I o tę edytorską doraźność, a także o ten pośpieszny styl w najnowszej książce, mam największą „pretensję” do Renaty Lis. A poza tym mam te książki ciągle pod ręką, pilnuję żeby mi ich nikt nie podkradł. A pożyczam je niechętnie.

9 maja 2015 r.