„OBDZIERAĆ ZE SKÓRY… …JĘZYKIEM NAJWYŻSZEJ PRÓBY”

Zaopatrzyłem się w – mam nadzieję – rarytas w postaci… audiobooków zrealizowanych według Arthura C. Clarke’a. Jeden to jest 2001: Odyseja Kosmiczna, a drugi 2010: Odyseja Kosmiczna. W obydwu narratorem jest Krystyna Czubówna. Już się nie mogę doczekać aż któregoś dnia zacznę słuchać tych książek.

Latające-pióro 

Na pewno rarytasem, dla takiego czytelnika jak ja, nie jest powieść z 1974 r. pt. Wakacje Stanleya Middletona (1919-2009), która, wyróżniona Nagrodą Bookera, wcale nie jest ani takim bestsellerem jak jest reklamowana na okładce książki.

Bardzo często zastanawiam się, w związku z moimi lekturami, z których jestem raczej niezadowolony, że albo mam zbyt duże oczekiwania, albo poziom piśmiennictwa tak się obniżył, mimo że prawie wszystkie powieści są bestsellerami, co właśnie nietrudno stwierdzić po reklamach na okładkach. Również nagrody, różne Bookery, a u nas Nike, także nie robią już na mnie żadnego wrażenia. Po pierwsze nagrody są prawie wyłącznie wynikiem widzimisię kilku osób, a po drugie nagrody te nie „przekładają się” na zawartość treściową nagrodzonych książek.

Stanisław Lem – przykładowo – nie potrzebuje żadnej reklamy. Prawie wszystko, co napisał w dalszym ciągu nadaje się do czytania. Ba! do jego twórczości wracam po wielokroć. Tak samo jest z Poezją: nie mogę „się naczytać”: Stanisława Balińskiego, Kazimierza Wierzyńskiego. Chętnie także ostatnio sięgam po Stanisława Grochowiaka.

Na okładce Wakacji książka ta jest porównywana pod względem poziomu narracji do literatury dziewiętnastowiecznej, a sam Stanley Middleton w Wielkiej Brytanii został okrzyknięty „Czechowem przedmieść”. Ten kto wypisuje takie androny zapewne nie czytał Czechowa nie mówiąc już o znajomości poziomu narracji w dziewiętnastowiecznej powieści.

Spodziewałem się zatem po Wakacjach pasjonującej lektury. Tymczasem czytając tę powieść wielokrotnie zastanawiałem się – zaznaczając ołówkiem – „po co?” te częste, absolutnie nic nie wnoszące ani do treści, ani do „poziomu narracji”, jakieś opisy, jak chociażby ten oto ze strony 65:

„Dziś wieczór, gdy rodziny zabrały się do jedzenia, w stołówce zaległa cisza. Fisher delektował się poczynaniami współbiesiadników: zakładaniem śliniaków, wycieraniem buź, przechylaniem talerzy, by zaczerpnąć ostatnią łyżkę, tudzież – w przerwie między daniami – urządzaniem pokazów dla innych stolików albo wyławianiem właściwych fragmentów rozmowy w celu pobudzenia innych gości do paplaniny lub śmiechu. Towarzystwo bardzo się starało nie plamić obrusów i trzymać sztućce jak należy, ciesząc oczy Fishera ową ceremonialnością. W tym pomieszczeniu, udekorowanym lalkami i papierowymi kwiatami, stosownym było pozować na dżentelmena, zgrywać damę. Rozluźnienie nastąpi dopiero, gdy wyrok w sprawie standardu już zapadnie (najpóźniej w poniedziałek wieczorem); znikną gdzieś wtedy wszelkie „ą” i „ę”, dozwolone będę sprośne dygresje, pojawia się zwierzenia…” itd.

Nie mniejszą konsternację budzi we mnie taki oto fragment ze strony 37:

„Gdy tak przemawiał, wykładał, atakował, ona słuchała najzupełniej uprzejmie, wykazując nawet oznaki zainteresowania, aczkolwiek wyraźnie zdeterminowana, by nie dać na siebie wpłynąć. Zdanie już sobie wyrobiła, sama. Ibsen, Szekspir i Sofokles mogli obdzierać ze skóry dzielnych mężów i szlachetne niewiasty językiem najwyższej próby, a ona przyglądałaby się temu tak, jak gdyby patrzyła na wędkarza zarzucającego przynętę albo na buldożer zrównujący budynek z ziemią, albo choćby na wyścigi konne w telewizji”.

A także i to zdanie ze strony 120:

„Niemniej świat wydawał się zmęczony, co uwydatniał szamocący się płomień na zapałce starszego mężczyzny, który pod jedną z wiat ustawionych frontem do morza próbował rozpalić fajkę: wypełniony energią szczegół pośród ogólnego wyczerpania”.

A poza tym okazuje się, że można „uraczyć się” nie tylko jajkami (s.58), ale także i… wodą, jak to jest na stronie 59:

„Zaczęli się gwałtowanie całować, ale po chwili przerwała im gospodyni, która, kaszląc wymownie, uraczyła ich gorącą wodą i homilią na temat picia herbaty”.

Rozumiem, że można „uraczyć się” jajkami, ale… „gorącą wodą”? Czy ten, kto to pisał (lub tłumaczył) zastanawiał się, co pisze?

To może być jeszcze jeden przykład na to jak bardzo pisarstwo jest odpowiedzialnym, skomplikowanym i trudnym zajęciem. Pisać tj. stukać na laptopie każdy potrafi. Myśleć i umieć „przelewać” na papier: myśli, uczucia, refleksje itd. za pomocą umiejętnie dobranych słów, to dopiero jest sztuka (i Sztuka). Potrafi to naprawdę niewielu. Natomiast „pisarzy” i „poetów” – nagradzanych, wyróżnianych, odznaczanych itd., a piszących wyłącznie „bestsellery” – są całe zastępy.

Całe szczęście, co i rusz natrafiam na książki, których lektury nie mogę się doczekać. Taką książką są… Działa wybrane Johanna Wolfganga Goethe, tom 1, zawierający Poezje, pisma estetyczne i autobiograficzne. Szczególnie nie mogę doczekać się Fragmentów autobiograficznych, czyli Z mojego życia: zmyślenie i prawda. Bardziej mi odpowiada jednak tytuł z 1895 r., kiedy to, w tłumaczeniu Ludwika Jenike, brzmi: Z mojego życia. Prawda i fantazya. Byłby to bardzo dobry tytuł na blog, który właśnie prowadzę.

17 lipca 2017 r.