NOWOROCZNY, LITERACKI, REMANENT

Przeglądając teksty, które napisałem, nieoczekiwanie trafiłem na opowiadanie sprzed kilku lat. A ponieważ jego tematyka jest sylwestrowo-noworoczna, pozwalam sobie ten tekst poniżej opublikować. Niektórzy zarzucają mi, z jestem „bardzo krytyczny” wobec niektórych piszących.

Mogą zatem sobie teraz to moje opowiadanko pokrytykować.

4 stycznia 2017 r.

 

Motto:

 

„Coś jeszcze można w kinie wymyślić?

 

– Wszystko już było, ale opakowanie powinno być aktualne.

Opowiadając historię Romea i Julii czy Hamleta,

reżyser musi wytłumaczyć, dlaczego robi to dzisiaj.

Każdy czas ma swoje wyzwania”.

 

Sławomir Idziak

– wybitny operator filmowy, reżyser i scenarzysta

w rozmowie z Donatą Subbotko.

 

 

 

TOURNÉE

 

W radiu po utworze I see You w wykonaniu Leony Lewis prowadzący audycję z muzyką filmową zapowiedział utwór La Madrague, który miała zaśpiewać Brigitte Bardot.

– Za dużo słów. Zamiast puścić piosenkę znowu opowiada jej treść. Czy on w ogóle wie kto to była Brigitte Bardot? – Konstanty zadał to pytanie jakby samemu sobie, ale i prowadzącej samochód, tuż obok siedzącej żonie Jance.

– A ty mógłbyś przynajmniej w ostatni dzień roku nie narzekać – zwróciła się do niego Janka, od dwudziestu pięciu lat żona Konstantego. – Irytujesz się, a nie masz do tego żadnego powodu.

– Czy ja narzekam? Przecież prawie w ogóle się nie odzywam – Konstanty wyczuwał w głosie żony niezadowolenie. Czy dlatego, że naprawdę narzekał? A może dlatego, że zamiast w południe wyjechali z dwugodzinnym opóźnieniem? A może również dlatego, że ich plany sylwestrowe nagle uległy zmianie?

– Narzekasz. Narzekasz. Nie byłbyś sobą gdybyś nie narzekał.

– Mnie się Avatar bardzo podobał, a piosenka I see You też jest niezła. To ty nie chciałaś iść na ten film. Mówiłaś, że wyrosłaś już bajek dla dzieci.

– A czy to nie jest bajka? – Janka uśmiechnęła się patrząc na Konstantego.

– Jest, ale jak jest zrobiona. A ty patrz lepiej na drogę. Ściemnia się, uważaj, bo znowu wjedziemy w jakieś krzaki.

– Może byś ty tak poprowadził? To ty wiesz, gdzie mamy jechać? A poza tym wyszedłeś jednak zwiedziony z tego filmu. Mówiłeś, że muzyka w tym filmie to jednak wielki huk i dopiero Leona Lewis trochę poprawiła twój nastrój.

– Zwiedziony? Może dlatego, że Awatar to majstersztyk Camerona, ale jednak nie dorównuje Odysei Kosmicznej.

– A czy miał dorównać?

– W zapowiedziach krytyków filmowych tak to wyglądało. Zresztą Cameron Kubricka w efektach specjalnych na pewno przewyższył, ale Odyseja Kosmiczna to arcydzieło.

– A La Madrague ma pewno tyle samo lat co ten film Kubricka?

– Mniej więcej. To tylko dowodzi, Janeczko, że coraz częściej wracamy do wspomnień, że bardziej podoba nam się to, co było niż to, co jest.

Janka wyraźnie przyśpieszyła. Wiedziała, że Konstanty nie lubi szybkiej jazdy, zwłaszcza nieznanymi drogami. Cóż jednak mogłoby się stać? Nastawiła nieco głośniej piosenkę w wykonaniu Brigitte Bardot. Nowa, wygodna mazda 6 szła lekko w pewnych dłoniach Joanny.

Konstanty lubił jak żona prowadzi. Sam nigdy nie zrobił prawa jazdy. Miał z tego powodu kompleks – zresztą czyż tylko ten jeden? – ale gdy okazało się, że także Marek, dyrektor filharmonii nie ma samochodu, i wcale nie zamierza go mieć, że także Stanisław jeździ na wykłady wyłącznie pociągami przestał się tym przejmować.

Jechali, jak warunki zimowe, dosyć szybko.

– Wystarczy? – zwróciła się do niego Janka.

Wiedział, że jeżeli tak pyta, to nie jadą szybciej niż setką.

– Raz, dwa i przejedziemy przez ten las – odparł.

Zachwycali się piękną także o tej porze roku Puszczą Romincką. Wybrali tę drogę nie bez obaw, ale była najkrótsza do miejsca przeznaczenia. Kiedy wracali z Wigier letnią porą okazało się, podczas krótkiego postoju, że komórki nie mają tu żadnego zasięgu.

– Trzeba by było czekać na jakiś szczęśliwy traf gdyby po drodze coś się zdarzyło – powiedział Konstanty.

– Co mówisz? – ocknęła się jakby z zasłuchania piosenką Brigitte Bardot Janka.

– Nie, nic. Chciałbym tę drogę mieć już za sobą – odparł Konstanty.

*

– No i co? Zdecydowałeś się? – powtarzał pytanie, zwracając się do Konstantego podczas przerwy próby koncertu w filharmonii, Marek.

– Sam nie wiem. Janka chciała iść na tego Sylwestra. Wiesz to pierwszy od dawna Sylwester, kiedy nie gram koncertu.

– Zdążycie. Koncert mamy w południe. Wyjedziesz najpóźniej o drugiej. W sześć godzin z Wigier do Trójmiasta nie zdążycie?

– Jest zima, kto wie co nas spotka po drodze – wahał się Konstanty. – Sześć godzin to Janeczka z Wigier jechała latem.

– Ale pewnie po drodze zatrzymywaliście się na jakiś obiad? Zaglądaliście także do katedry w Świętej Lipce?

– No tak – zgadzał się Konstanty. – Frak?

– Oczywiście, gramy dla ministrów. Trzy koncerty, dwa w Wigrach: po jednym na początek i na zakończenie konferencji. No, i jeszcze ten jeden w Wilnie. Za każdy masz na rękę twoje podwójne wynagrodzenie miesięczne w filharmonii. Do tego organizatorzy pokrywają koszty paliwa. A co zjesz i wypijesz to twoje. Nieprędko taka okazja znowu może się trafić. Zmienią ministra i wtedy skończą się takie koncerty. Ja jadę wcześniej. Wiesz, muszę wszystkiego sam dopilnować na miejscu.

– Janka byłaby zadowolona z tego Wilna, chociaż to tylko jeden dzień. Jak byliśmy latem dwa tygodnie w Wigrach jakoś nie starczyło nam czasu.

– No widzisz, dobrze się składa. Ona pozwiedza sobie Wilno, a my w tym czasie zagramy.

– Co mamy grać?

– Ty zagrasz swoje. No, wiesz klasyków: Mozarta, Haydna no i tego, jak mu tam… Karla Dittersa von Dittersdorfa i Johanna Baptistę Vanhala. Poza tym ze trzy te twoje barokowe kawałki Häendla: Amabile beltrà, Voli per l’ aria i Piagge serene.

*

Konstanty stał na szosie czekając jakiejś okazji. Tak jak się obawiał Janka pojechała jednak nieco szybciej niż setką i na prostej, wydawało się, drodze wpadała w poślizg. Zjechała jednak w porę, szczęśliwie, do lasu i zatrzymała się w zaspie.

– Prędzej, czy później i tak to musiało się zdarzyć – machnął zrezygnowany ręką, gdy już ochłonął po pierwszym przerażeniu. – To dziwne, że nie wpadliśmy na te dwa drzewa – powiedział, gdy już wygramolił się z samochodu przez wąską szparę, jaka dzieliła otwarte drzwi od najbliższych sosen.

– Widocznie nie jestem aż tak złym kierowcą – powiedziała, jakby usprawiedliwiając się, Janka.

– Dobrze, że to tylko zaspa – powtórzył, ale niebawem pożałował tych słów, gdy okazało się, że żadnym sposobem Janka nie może ze śniegu wyjechać. Nie pomogło także popychanie i podkładanie gałęzi pod koła. Śnieg był zbyt wysoki.

– Uważaj abyś nie zamoczył swoich lakierków – usłyszał od żony. – I nie rozdarł fraka – chciała jeszcze dodać. Jak będziesz wyglądać na tym swoim sylwestrowym występie – podkreśliła nie bez złośliwości.

*

Stał teraz na skraju szosy w zimowych butach. Czuł się trochę dziwnie w tych butach i fraku pod eleganckim, choć cienkim, bo jesienno-wiosennym, płaszczykiem. Zaczynał marznąć. Nic nie nadjeżdżało. Telefon komórkowy? Sprawdził: zero zasięgu. Czuł, że Janka była na niego zła, bo zgodził się jeszcze na ten występ i na Sylwestra w niewiadomym miejscu.

– Tysiąc. Jeden tysiąc euro – uśmiechał się do niego zachęcająco Marek, gdy po koncercie w Wigrach Konstanty pakował instrumenty do walizek.

– O czym ty mówisz? – Marek nie byłby dyrektorem organizacyjnym filharmonii, gdyby nie szykował jakiejś niespodzianki.

– O jednym tysiącu euro – Marek uśmiechał się szeroko. –  Mamy występ na Sylwestra…

– Jeden tysiąc na cały zespół? – uśmiechnął się w odpowiedzi Konstanty.

– Po tysiączku dla każdego z zespołu. Na rękę, bez podatku.

– Znowu mam grać Häendla? Nie powiesz mi, że nagle wszyscy rozkochali się tutaj w koncertach obojowych.

– Ty zagrasz na klarnecie i na tym twoim, no, saksofonie tenorowym. Nie powiesz mi, że nie sprawi ci to przyjemności.

Konstanty był zaskoczony. Granie przez całą noc, zwłaszcza na Sylwestra i do tańca? Co powie na to Janka? Mieli przecież być na Sylwestra w Trójmieście.

– My jutro rano będziemy ledwie żywi, a pieniądze…

W odpowiedzi Marek wyciągnął z kieszeni fraka blik banknotów.

– Płatne z góry – oświadczył, po czym położył zaskoczonemu Konstantemu tysiąc euro na jego otwartej dłoni.

– Nie powiesz mi, że taki szczodrobliwy jest minister?

Marek w odpowiedzi roześmiał się na cały głos.

– Minister? Jego kolega. Ma tu na skraju Puszczy Rominckiej dwa pensjonaty i swój domek. Poza tym oficjalnie jest właścicielem elektrowni wiatrowych.

– Tu, na skraju Puszczy Rominckiej? Elektrowni wiatrowych?

– Nie, tam, gdzie wieją wiatry.

– I to one przywiewają mu to euro.

– Właśnie one. Czuję, że masz wątpliwości. No dobrze, poradzimy sobie jakoś bez ciebie, chociaż kiedy zaswingujesz na tym swoim oboe d’amore albo na tym saksofoniku tenorowym…

– Pogram. Za taki pieniądz pogram – odparł Konstanty. – A gdzie to ma być?

– Niedaleko za Puszczą Romincką, właściwie w puszczy. Zaraz za Zalesiem jest dobra droga w lewo. Pojedziesz jakiś kilometr i zobaczysz jeden pensjonat, potem drugi, to tam mamy nocleg, a pod samym lasem domek, jak mu tam, Leszka. To u niego zagramy. Kolację mamy o siódmej. Od ósmej zaczynamy grać. Mamy dwie półgodzinne przerwy: pierwsza zaraz po północy i po toastach, i druga o trzeciej nad ranem.

*

Zaczynało się ściemniać. Wpół do trzeciej. Gdyby pojechali inną, bardziej uczęszczaną, drogą już dawno by kogoś spotkali. Pół godziny i żadnego samochodu. Dobrze, że zegarki nie tracą zasięgu.

Na niebie zaczynały zapalać się pierwsze gwiazdy, gdy nagle na drodze zabłysło jakieś światełko. Motocyklista nie zwrócił jednak na niego żadnej uwagi. Przemknął na swoim wehikule pozostawiając za sobą śnieżny pył. Nie zatrzymał się także jadący ostrożnie samochód osobowy. Jego właściciel powoli minął Konstantego jakby zdziwiony, że o tej porze i w tym miejscu ktoś może spacerować i to w dodatku w płaszczu..

– No ten to się na pewno nie zatrzyma – pomyślał Konstanty widząc z daleka rozświetlonego światłami jeepa.

– A pan to pewnie się zgubił – patrzyła na niego przez uchylone okna smuto uśmiechająca się dziewczyna.

– Zaniosło mnie w zaspę. Może pani zawiadomi kogoś aby mnie stąd wyciągnął.

– Może ja coś poradzę? Już kiedyś wyciągałam mojego ojca z pobocza. Proszę, niech pan wsiada. Podjedziemy.

Konstanty wszedł do ciepłego wnętrza samochodu. Zapachniało wonią, którą zazwyczaj pachną młode kobiety. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś widział tę młodą kobietę. Tylko gdzie?

– Pięknie gra pan na oboju – zaczęła dziewczyna – byłam na obydwu pana koncertach.

– Pani wybaczy – nie pamiętam pani, chociaż teraz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już gdzieś panią widziałem.

– Tak mi mówi wielu  panów.

– Pani wybaczy, ale rzeczywiście kogoś mi pani przypomina.

– No tak, przypomina. A przecież ja, to jestem ja.

– A Ingrid Boulting, to jest Ingrid Boulting.

– Ma pan u mnie duży plus – spojrzała na niego nie bez podziwu dziewczyna.

– No cóż, bardzo interesuję się muzyką filmową. A poza tym niedawno wznawiali w telewizji Ostatniego z wielkich Kazana. Wie pani kino dla mnie, tak samo jak muzyka, to nade wszystko sztuka, a nie rozrywka.

ingrid-boulting

*

Bez trudu, chociaż nie bez komplikacji wyciągnęli samochód z zaspy. Janka nieco przemarzła, ale przy nieznajomej, która zażyczyła sobie, aby mówić jej po imieniu „Kasia”, nie zamierzała czynić wymówek mężowi, tym bardziej, że sama przecież zawiniła wjeżdżając w zaspę.

– Możecie państwo jechać za mną – zaproponowała Kasia. – Jedziecie przecież w tym samym kierunku.

Okazało się, że było to już niedaleko, bo zaledwie po kwadransie byli już na miejscu. Zatrzymali się w pensjonacie „Pod Świerkiem” tak jak i pozostali członkowie zespołu, którzy już byli na miejscu. Janka i Konstanty otrzymali pokój z widokiem, tak jak chcieli, na las, który otwierał się tuż za oknami.

O siódmej wieczorem poszli na kolację. Janka razem z nimi. Otrzymała wprawdzie zaproszenie do stolika Leszka, dla którego mieli grać, ale tymczasem siedziała przy zespole.

– Co gramy? – zapytał Radosław grający w zespole na altówce.

– Rozpoczynamy, według życzenia gospodarza od włoskich przebojów, a potem zobaczymy.

– Czyli gramy te stare kawałki?

– Dokładnie to, czyli te różne Volare; Marina; Buona sera signorina; Ciao Italia; Tornerò; Quando, quando, quando; Come prima; Ciao ciao bambina, ale zaczynamy od Qunado calienta el sol.

 

Cuando calienta el sol aquí en la playa / siento tu cuerpo vibrar cerca de mí  / es tu palpitar, es tu cara, es tu pelo, son tus besos, me estremezco oooh…

 

– Czy to o to chodzi? – zanucił Radosław. – To jest dobre akurat na tę porę roku.

– Dokładnie o to – potwierdził Marek. – Panowie, trochę popróbujemy.

Niebawem zaczęli występ. Janka została zaproszona do stołu Leszka. Doskonale się bawiła. Konstanty zaczął być o nią zazdrosny, kiedy widział, że nie opuszcza prawie żadnego tańca.

W pewnym momencie, gdy Konstanty po długiej, nastrojowej solówce siedział opierając obój na kolanie podeszła do niego Kasia i poprosiła do tańca. Zazwyczaj członkowie zespołu nie tańczą, tym razem Marek skinął przyzwalająco.

– Pan przynajmniej nie uwiesza się na mnie jak inni mężczyźni. A poza tym prawie wszyscy ode mnie są niżsi, oprócz pana.

– Słyszałem, że została pani miss uczelni. Na pewno wzrost i uroda pomogły pani.

– Nie miss, a wicemiss i był to konkurs na sobowtóry gwiazd filmowych.

– I co? Jest pani sobowtórem Ingrid Boulting?

– A gdzie tam. Zupełnie innego doszukano się podobieństwa. Kto, poza tym, pamięta filmy i gwiazdy z tamtych lat? Mówiłam już panu: ja to jestem ja i nie czuję się do kogokolwiek podobna.

Konstanty jednak był pewien, że Kasia zdaje sobie sprawę ze swojego podobieństwa do Ingrid Boulting. Trochę, wprawdzie wyższa od oryginału, ale niemal ta sam figura, kolor włosów i, nade wszystko, jakby trochę zamyślona lub raczej nieobecna twarz, jaką zazwyczaj mają modelki.

– Co ty w niej widzisz? – szepnął mu w pewnym momencie Marek. – Wysoka jak tyczka, zero biustu, biodra jak dwie pięści, lalkowata twarz… My, zdaje się gustujemy w nieco bardziej kobiecych kształtach?

*

Po północy, i po noworocznych toastach, Konstanty postanowił wyjść na chwilę na dwór aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Był lekki mróz, zarzucił więc na ramiona swój płaszczyk.

Kiedy stał na oświetlonej werandzie poczuł woń palącego się papierosa.

– Pan także wyszedł zapalić? – usłyszał za sobą czyjś głos. W jasnej ciemności ujrzał za sobą sylwetkę Kasi.

– Nie, ja nie palę – odparł. – Wyszedłem zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. – A pani się przeziębi – dodał czując ją niemal dygocącą od zimna.

– Niechże, więc mnie pan przytuli do siebie. Nie powie mi pan, że nie ma pan na to ochoty.

– A pani?

– Ja przecież jestem Ingrid Boulting.

– Jeszcze kilka godzin temu mówiła pani coś innego.

– To było kilka godzin temu – w odpowiedzi Konstanty poczuł jej ciepłe usta.

Konstanty zdjął płaszczyk i założył go na ramionach Kasi. Ogarnął go chłód grudniowo-styczniowej nocy. W ramionach czuł jednak szczupłe ciało dziewczyny.

– Co ty w niej widzisz? – powtórzył pytanie Marek, gdy po jakimś czasie Konstanty uwolnił się z objęć i towarzystwa Kasi. – Nie mniej to młoda dziewczyna. Gratuluję. One wszystkie tak reagują na muzykę obojową?

*

Położyli się spać o siódmej rano, ale o wpół do dziesiątej Konstanty już czuł się wyspany i wcale nie był zmęczony. Obok niego spała żona. „Trochę wypiła, pośpi zapewne do południa, a na pewno i dłużej” – pomyślał.

Postanowił trochę się przejść. Na dworze spotkał spacerującego z psami Leszka.

– Musiałem z nimi wyjść, nie dały mi pospać. Kiedy jestem w domu z nikim innym nie chcą wychodzić na spacer. – Bardzo dobrze panowie graliście. Chciałbym jeszcze kiedyś znowu panów do siebie zaprosić.

– Te sprawy to proszę uzgadniać z panem Markiem. On jest naszym impresario.

– Zapraszam na kawę. Zajdzie pan? Są zdjęcia z Sylwestra, może coś pan wybierze.

Na jednym ze stołów leżały sylwestrowe zdjęcia. Konstanty zauważył także kilka zdjęć kiedy tańczył z Kasią. Wybrał również zdjęcia, na których była jego żona.

– Ma pan piękną i uroczą żonę – powiedział Leszek.

– Tak, tak – potwierdził Konstanty wpatrując się w twarz Kasi-Ingrid.

*

Sur la plage abandonnée / Coquillage et crustacés / Qui l’eût cru déplorent la perte de l’été / Qui depuis s’en est allé / On a rangé les vacances / Dans des valises en carton / Et c’est triste quand on pense à la / saison / Du soleil et des chansons…

 

– śpiewała Brigitte Bardot, gdy ośnieżoną, rozsłonecznioną drogą wracali do Trójmiasta.

– A wiesz, dobrze, w sumie, że mogłeś pojechać na to tournée. Przynajmniej nareszcie się przewietrzyłeś.

– A ty mogłaś zobaczyłaś Wilno.

– A teraz, dzięki temu twemu tournée będziemy mogli pojechać na południe Francji – Janka uśmiechając się pokazała na radio i słuchaną piosenkę.

– Wiesz, chciałem ci coś powiedzieć.

– Nie musisz. Znam twoje filmowe zainteresowania. Pewnie znowu ktoś ci kogoś przypominał.