NARESZCIE NAD JEZIOREM

Wykorzystując słoneczny czas pojechałem na kilka dni nad jezioro. Jadąc do nadjeziornej miejscowości, w której już niegdyś byłem, obawiałem się powakacyjnych, grillujących i piwkujących, przy tej okazji, osobników oraz hauhauhauhaukających, bez ustanku, piesków.

Trafiłem na ostatni weekend wakacji, więc – jak można się domyślać – pierwszą noc spędziłem bezsennie, ponieważ grillująco-piwkujący zaczęli swoją „zabawę” wtedy, gdy przeważnie prawie wszyscy kładą się spać. Co tam regulaminy, co tam cisza nocna: monotonny łomot „muzyki”  rozlegał się do późna w noc. Przewracając się z boku na bok pomyślałem sobie: „nie przyjechałem nad jezioro, aby słuchać łomotu” i… „wkroczyłem”, tzn. „podjąłem odpowiednie działania”. Uspokoiło się z łomotem, ale i tak prawie całą noc miałem nie przespaną.

Raniusieńko od razu pobiegłem nad jezioro. Nikogusieńko, tylko: jezioro, powietrze, Słońce i… ja. I jakaż cisza, jakiż spokój. Takie chwile, takie godziny lubię najbardziej. Niebawem jednak, w okolicach śniadania, znowu ptaki przygłuszy „muzyka”, czyli postękująco-dusząco-charczące „gwiazdy” i rozlegnie się na całą okolicę bezustanne hau hau hau hau hau hau… Po śniadaniu, zatem trzeba uciekać na odległą „dziką plażę” lub głęboko w las. Tam dopiero ze spinningiem w dłoni albo „idąc na skroś las” można spędzić najpiękniejsze, bo w ciszy i spokoju, godziny.

Jakże natura w swojej tajemniczości, niepojętności… i czego by tu jeszcze nie napisać – jest nieogarniona i nigdy do końca nie będzie poznana. Ileż zatem jest jeszcze do odkrycia, do odszukania, do poznania. Napisano, zresztą o tym wiele bardzo mądrych książek, ale i tak nic „nie przebije” natury „w samej jej rzeczy”. Wolę zatem wielokrotnie, stokrotnie, tysiąckrotnie bardziej obserwować, poznawać, „czytać” naturę niż książki, a zwłaszcza „współczesne powieści”.

Jechałem nad jezioro obarczony kilkoma takimi właśnie „powieściami”. Kiedyż miałem je czytać, gdy wolałem brodzić ze spinningiem albo najzwyczajniej, i bez znudzenia a za to z największym zaciekawieniem, wpatrywać się w jezioro? Proszono mnie jednak: „Jasiu, przeczytaj, wyraź opinię, napisz coś”. Oznacza to ni mniej ni więcej jak tylko „napisz pozytywną recenzję”. A ja napisałbym z największą przyjemnością, ale nie ma o czym. (I tym oto sposobem nie stanę się np. recenzentem „znanych i poczytnych” literackich miesięczników, kwartalników itd. Jestem, bowiem za bardzo, jak słyszałem… „krytyczny”. A „szklić”, czyli chwalić „zapełniaczy papieru” nie mam zamiaru). Najpierw nalegano na mnie abym „coś” napisał o bardzo wychwalanym ostatnio w środkach masowego przekazu „prozatorskim majstersztyku”. Zraził mnie jednak ów „majstersztyk” już od pierwszych zdań tym, że jest utrzymany „w kolorach rozwolnienia i rzygowin”. A poza tym ileż można czytać o „popierdywaniu”, „gównach” i „gnoju” odmienianych na wszystkie przypadki?

No a o przeczytanie drugiej „powieści” prosił mnie także, bardzo nią zachwycony, mój znajomy J. „Przeczytaj, koniecznie przeczytaj. Jest jeszcze lepsza niż pierwsza powieść tej poetki. Zdania w tej książce są wierszami, poezjami”. Uległem, w końcu, no bo czego nie robi się dla przyjaciół, dla znajomych. Kilkaset stron tekstu dosłownie o niczym, chociaż czytałem z największą uwagą i, jak to jest w moim zwyczaju, podkreślając co ważniejsze (w tym przypadku należałoby napisać: co komiczniejsze lub co dziwaczniejsze) fragmenty. Nie chciałbym jednak „zdradzić się” nawet jednym zdaniem, nawet słowem, co to za „powieść”. Widząc moje zmagania, to znowu irytacje, to wybuchy śmiechu, sięgały po tę książkę także i inne osoby, którym właśnie lektury, ponieważ bardzo szybko czytają, „wyszły”. Oddawały mi jednak po kilkudziesięciu stronach. Ja brnąłem dalej wypisując coraz bardziej ołówek uwagami na marginesach. Dobrnąłem do s. 182. Wybacz J., być może ta książka cię zachwyca, w końcu mamy różne wrażliwości, ale albo powieść jest literaturą albo nią nie jest, albo powieść jest sztuką albo nią nie jest. Pomijając problemy z językiem polskim, ze stylem: ach te zdania zaczynające się od „Ale” i „Gdy”, ach te problemy z „który”, ach te „się” i „powoduje”, to jest ta książka egzaltacją potwornej nudy, jaka męczy autorkę. Ma rodzinę, kilkoro dzieci, męża, jest także poetką, ale to jej nie wystarczy. Zatraca się w… miłości, czyli w nieposkromionym popędzie seksualnym, albowiem w ten sposób pojmuje, i opisuje (i zamęcza czytelnika) to uczucie. Nie, nie będę robił reklamy ani tej „powieści”, ani tej „poetce”.

Bo dla mnie Poetką jest np. Emily Dickinson. (I nawet nie zraża mnie do niej jej egzoforia, która tak nawiasem jest także i moim przypadkiem). Albowiem Poezje Emily Dickinson są „wieczne”, są „święte” – tak rozmyślałem brodząc ze spinningiem w dłoni brzegiem jeziora. Cóż jednak znaczy literatura, cóż znaczy sztuka, cóż znaczą Poezje nawet takiej Poetki jak Emily Dickinson wobec… jeziora? Wszystko przeminie tzn. i ja, i ci grillująco–piwkujący osobnicy ze swoimi hauhauhauhaukającymi pieskami, i „powieści” owej „poetki”, i ona sama. Któż poza tym sięga po Poezje Emilu Dickinson? A do jeziora przyjeżdża jednak więcej osób. Niektórzy tylko siedzą i obserwują. Inni staraliby się wyrwać spod jego skóry, z jego głębi jak najwięcej ryb (ja i tym razem nic nie złowiłem), jeszcze innych na sam widok „stojącej i nieruchomej wody” od razu ogarnia niepowstrzymana Nuda.

Ja Widzę, czego inni nie widzą, ja Czuję, czego inni nie czują… Bo dla mnie te dni nad jeziorem były niemal jak Święto.

10 września 2012 r.