KOSZYCZEK

Lubię codzienne, „szare” dni: w ciszy i spokoju czytanie, pracę przy komputerze, pisanie. Lubię także obowiązki domowe: zakupy, pranie, prasowanie. Nie lubię sprzątać. Ilebym bowiem nie sprzątał to i tak gdzieś zawsze znajdzie się jakiś kurz.

Po czym poznać, że zbliżają się jakieś święta albo dłuższy weekend? Po amoku kierowców, którzy pędzą gdzieś i zganiają z przejść dla pieszych przechodniów.

(Podobno na Zachodzie, w  ogóle w Unii Europejskiej, jest tak, że jak kierowca widzi pieszego stojącego przed przejściem dla pieszych to zwalnia. A u nas dodaje gazu. Trzeba zatem czym prędzej zmykać z pasa dla pieszych, bo jadą „panowie”. Rzadko, bardzo rzadko doświadczam, jako piechur, że kierowca przepuszcza mnie na pasach).

Kierowcy najchętniej zajechaliby do samego wnętrza sklepu lub wprost do środka kościoła. W Wielką Sobotę kluczyłem w ten sposób między samochodami idąc ze Święconką. A w samym kościele odbywała się nie uroczystość poświęcenia pokarmów, lecz jakiś jarmark: głośne rozmowy, wizg dzieci, popychanki i przepychanki przy stole, na którym stały koszyczki. Brakowało tylko dzwoniących telefonów komórkowych oraz kręcących się i poszczekujących psów. Obok mnie stanął jakiś jegomość okrutnie cuchnący papierochami. Nie wiedział co ma zrobić ze swoim koszyczkiem: czy trzymać go przed sobą, czy trzymać go przy sobie, czy też go opuścić. Wybrał wreszcie trzecią opcję: odwinął serwetkę, zaczął wyjmować i obracać jajka w koszyczku, jeszcze chwila – miałem takie wrażenie – iż wyciągnie swoje…. Wreszcie wszedł ksiądz. Nieco ucichło podczas modlitw. Nie na długo jednak, bo tym, którym wydało się, że ich koszyczek jest niedoświęcony jęli podtykać księdzu swoje koszyczki. Ruszył i mój sąsiad z jajkami na wierzchu. Ksiądz jednak zachował się tak jak trzeba, bo machając obficie kropidłem wodą święconą jakby zarazem i poświęcił, i pogodził i rozgonił niedoświęconych.

Dla mnie Wielkanoc to szczególne Święta. Zaczynają się bowiem poświęceniem Palmy, a kończą Rezurekcją. Najważniejsze jest jednak Triduum Paschalne. Kiedy zatem widzę, te porządki, te zakupy, ten pośpiech, ten amok kierowców w Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę, to smutnieję. „Poświęcone? Więc już w Wielką Sobotę można »się napić«”. Cóż, zmieniają się obyczaje. Dawniej aż do śniadania po Rezurekcji obowiązywał ścisły post. A teraz?

A poza tym Wielkanoc zawsze kojarzyła mi się z wiosną. W tym roku już sobie „odpuściłem” zimę. Niech trwa ile chce. Niechby to jednak była zima, a nie ten nieustanny ziąb, chłód, no i jeszcze ten zdradliwy, mroźny „wiaterek” z północy. Gdziebyś bowiem się nie odwrócił, gdziebyś nie szedł to i tak zawsze masz go wprost w twarz.

Pamiętam Wielkanoc z ubiegłego roku, kiedy to po Rezurekcji, przed śniadaniem zaszedłem po drodze do mini parczku, który jeszcze ocalał na Chełmie. Na jednym z drzew przepięknie gwizdał wiosennie, ach jakże wiosennie, kos. Czy w tym roku doczekam się wreszcie takiego świtu z gwiżdżącym kosem? No cóż, kiedy piszę te słowa jest 4 kwietnia, za oknem sypie mokry śnieg. Za chwilę będę musiał wyjść do Gdańska, więc ineksprymable oraz moje słynne człapaki, czyli alpinistyczne buty z goretexem będą w sam raz.

A wracając jeszcze na chwilę do świąt to, oczywiście, spędziłem je przy wyłączonym telewizorze. Nie byłbym jednak kinofilem gdym nie wypatrzył w beznadziejno–rozrywkowym repertuarze z niemal samymi „megahitami” dwóch ciekawych filmów. Pierwszy to „staroć”, czyli Dzień szakala (The Day of the Jackal – 1973), 137 min. reż. Fred Zinnemann, prod. Francja, Wielka Brytania. Co tu dużo pisać: mimo czterdziestu lat, które upłynęły od premiery film ten nic się nie zestarzał. Jest, w moim przekonaniu, perfekcyjny. Zresztą nakręcił go nie byle kto bo sam Mistrz Zinnemann (1907–1997).

Dzień-szakala

Dlaczego kiedyś kręcono tak znakomite filmy? No tak, bo wtedy ważne były: aktor, zdjęcia, reżyser, interesująca intryga. „A teraz panie akcja, akcja, akcja” z „efektami specjalnymi” tj. nieustannie wybuchającymi samochodami i „strzelankami” z coraz większych „gunów”.

Natomiast drugi film do hiszpańska Pałacowa intryga (La Conjura El Escorial – 2008) 128 min. reż. Antonio Del Real wyświetlana również pod tytułem… Spisek. Film ten obejrzałem z wielką przyjemnością. Oto bowiem Hiszpanom „się chce” kręcić historyczne, kostiumowe filmy, które takiemu kinofilowi jak ja sprawiają dużą radość.

Odświeżyłem sobie także Solaris (1972) 165 min. Andrieja Tarkowskiego. (To w związku z audiobookiem, który słucham). No nie: Solaris Lema jest arcydziełem, natomiast film Tarkowskiego jest, niestety coraz bardziej nie do oglądania (Chyba, że dla samej Natalii Bondarczuk w roli Hari. Naprawdę warto). Solaris Tarkowskiego nie ma nic wspólnego z Solaris Lema. Nie na próżno więc Lem nazwał Tarkowskiego „durakiem”.

Czeka mnie jeszcze Atlas chmur (Cloud Atlas – 2012) 172 min. reż. Tom Tykwer, Andy Wachowski i Lana Wachowski. Film ten był zapowiadany jako arcydzieło. Zobaczymy. Ani Tykwer, ani Wachowscy dotąd mnie nie zachwycili. Może tym razem? Wybierałem się na ten film do kina, ale gdzieś mi „umknął”. Obejrzę go więc na DVD.

Tak to z koszyczka świątecznego „zrobił mi się” poświąteczny koszyczek filmów.

4 kwietnia 2013 r.