KOŁOBRZEG

W dniach od 27 października br. do 17 listopada br. włącznie, przebywałem w sanatorium w Kołobrzegu. To już kolejny wyjazd do sanatorium jesienią.

Dwa lata temu bowiem spędziłem niemal cały październik w Busku Zdroju. Trafiłem wtedy na najwspanialszą „złotą, polską, jesień”, jaka tylko może się zdarzyć.

Rok temu niemal miesiąc na przełomie października i listopada spędziłem w Ciechocinku. Wracałem w polowie listopada i był to najwyższy czas powrotu, ponieważ już zaczynały się chłody. Księżyc jednakże nad ciechocińskim parkiem był przepiękny, czemu dałem wyraz w wierszu Ciechocińskie, który znajduje się na s. 70 w mojej najnowszej książce pt. W czerni. I w bieli.

Kiedy w tym roku znowu miałem wyjechać późną jesienią przyznam, że chciałem zrezygnować, no bo cóż to za wyjazd znad morza nad morze.

Moja niechęć do Kołobrzegu prysła jednak w jednej chwili, gdy wszedłem do pokoju na szóstym piętrze sanatorium. Oto z dwóch wielkich, panoramicznych okien otworzył się niczym nieograniczony widok na morze. Prawdę mówiąc takiego właśnie pokoju sobie zażyczyłem mając dość codziennych, nieustannych, pozaokiennych i podokiennych murów za oknem mojego chełmskiego mieszkania. Nie trzeba więzienia. Wystarczy zamurować przestrzeń za oknem i ograniczyć dostęp do powietrza i światła.

To było coś cudownego: codziennie, mimo coraz krótszych dni, widzieć, doznawać wspanialej otwartej przestrzeni morza za oknem. 

W Kołobrzegu trwała właśnie bardzo ciepła, słoneczna „złota, polska jesień”. Nie ma piękniejszej pory roku niż właśnie październikowa „złota, polska jesień”. Mogłem zatem swobodnie spacerować w letnich półbutach i uszytych mi przez Wiśniewskiego na taką właśnie pogodę: tweedowej marynarce i granatowych, sztruksowych spodniach.

2015_1-listopada,5a

Nie jestem śpiochem, lecz musiałem dostosować się do śniadań o 7.30, bardzo wczesnych obiadów już o 12.30 i kolacji o 17.00. Tuż po śniadaniu, niemal półtorej godziny spędzałem na basenie i kąpielach. Najpierw były ćwiczenia w basenie, potem pływanie i jeszcze jacuzzi z gorącą, solankową wodą.

Najbardziej cieszyła mnie możliwość pływania. Dawno, oj dawno nie pływałem, więc w pierwszy dzień przepłynąłem zaledwie… pól basenu. A potem z dnia na dzień było coraz lepiej i coraz dalej. Uwielbiam styl grzbietowy. Czy jest coś przyjemniejszego niż ot tak „na wejście”, jeszcze przed ćwiczeniami, zrobić z dziesięć długości basenu?

Po obiedzie były także różne zabiegi, potem obowiązkowy kilkukilometrowy nadmorski spacer tak, że na początku już około dwudziestej morzył nas sen. A przecież non stop trwały różne atrakcje, koncerty w m.in. kawiarniach i sali kinowo-teatralnej.

W końcu przyszła zmiana pogody, pojawiły się listopadowe sztormy. Kto żyw szedł w największy sztorm nad morze by podziwiać jego piękno i grozę. Niemal wszyscy szli „z wiatrem”, chociaż zdarzali się śmiałkowie, którzy próbowali… „sztormować”.

2015_8-listopada,14a

W ramach imprez kulturalnych miałem także i ja spotkanie autorskie w sali kinowej połączone z promocją mojej najnowszej książki pt. W czerni. I w bieli. Przyszły moje dwie panie od stolika, tj. pani Ola i Danusia a również całkiem sporo osób tak, że asystujący mi w sprawach organizacyjno-technicznych pan Jakub był zaskoczony frekwencją publiczności.

2015_12-listopada_Spotkanie-autorskie-w-Kołobrzegu,a

Byłem zatem zajęty od wczesnego, ciemnego, świtu i aż po bardzo wczesny zmierzch, ponieważ „robiło się ciemno” już około 15.00 Przyrzekłem jednak sobie, że jeszcze kiedyś do Kołobrzegu, nad otwarte morze, przyjadę, ale kiedy będą „białe noce”, tj. w czerwcu lub późnym latem  tj. we wrześniu.

Zastanawiałem się co wziąć z sobą do czytania na tak długi czas. (W sanatorium ani księgarni, ani biblioteki nie było). Mój wybór padł na olbrzymią księgę nagrodzoną na ostatnim konkursie literackim Miasta Gdańska autorstwa Marka Szalszy pt. Schyłek szatrangu. Zabrałem się ochoczo do czytania, ponieważ wstęp okazał się obiecujący. W miarę jednak z rozdziału na rozdział książka zaczęła stawać się coraz nudniejsza. Dotrwałem do końca rozdziału V, tj. s. 47 i bez żalu i tę księgę odłożyłem. Może kogoś innego ona uwiedzie?

Mam taką czytelniczą zasadę, że jeżeli książka „cienka„ tzn. do, powiedzmy, 200 s. mnie „nie weźmie”, a „gruba” (czy jak się teraz mówi „wypasiona”) do, powiedzmy 500 s. – to ją bez żalu odkładam.

Wynudziłem się zatem i przy Schyłku szatrangu i, niestety, przy Bez skazy Jonathana Franzena. Zaczytałem się dopiero nowym wydaniem, w tłumaczeniu Anny Wasilewskiej, Rękopisu znalezionego w Saragossie.

W ten oto sposób wracałem z Kołobrzegu z trzema olbrzymimi, objętościowo, księgami: Schyłkiem szatrangu liczącym 580 s, powieścią Bez skazy liczącą 664 s. i Rękopisem znaleziony w Saragossie liczącym 783 s. Całe szczęście zwolniło mi się miejsce w torbie, po sprzedaniu W czerni. I w bieli.

A w domu czekały na mnie nadesłane przez autorów jeszcze dwie inne książki: wielki i ciężki, bo wydany na kredowym papierze, tom wierszy pewnego poety oraz… Filozofia na co dzień. 365 dni z filozofią, czyli swoisty „filozoficzny” dziennik.

Z przyjemnością jednak pochyliłem się nad tomem poezji Edwarda Hirscha Pieśń trubadura. Niewiele ponad sto stron tekstu. A ileż jednak jest do czytania.

To już prawie tydzień jak wróciłem z sanatorium w Kołobrzegu. Jakże ten czas pobytu w sanatorium szybko minął.

23 listopada 2015 r.