KILKA SŁÓW NA KONIEC LATA A.D. 2014

ajwazowski_rozbitkowie 

 Iwan Ajwazowski (1817-1900) – Rozbitkowie

 

 Jestem gotów każdemu roześmiać się w nos, kto twierdzi, ze lato się skończyło z końcem wakacji. Tak jednak u nas jest, że z dniem 31 sierpnia każdego roku ogłasza się, wszem i wobec, koniec lata. Co za absurd? Jeśli już się skończyło lato, to w takim razie jak nazwać te wspaniałe, pełne słonecznego blasku, gorące od wschodu do zachodu Słońca dni?  A przecież to dopiero połowa września. A jakiż piękny jeszcze może być październik. Czy pamiętacie ubiegłoroczny październik? Nie było przecież piękniejszego miesiąca.

Pogoda przypomina mi obrazy Ormianina Iwana Ajwazowskiego (1817–1900) nie wiedzieć czemu uznawanego za Rosjanina. To, że studiował w Sankt Petersburgu, a potem przez część życia mieszkał na Krymie wcale nie czyni z niego Rosjanina. Obrazy Ajwazowskiego oglądałem w wielkim zachwycie na wystawie w Sopocie. Dosłownie nie można od nich oderwać oczu. Co za wizualne mistrzostwo, co za genialna technika. Kiedy patrzę na obrazy współczesnych marynistów, to można na ich „malarstwo” tylko w zniechęceniu machnąć ręką.

Od połowy lipca nie napisałem żadnego wiersza. Może to i dobrze, sam nie wiem. To znaczy coś tam pozaczynałem, ale z różnych przyczyn nie kontynuowałem. Tymczasem wokół nieustanie trwa… wierszopisanie. Niektórzy wręcz uważają, że wszystko co zapiszą jest poezją lub, co najmniej, literaturą. Jako czytelnik literatury z długim, i jeszcze dłuższym, stażem mogę powiedzieć, że na pewno to nie jest ani poezja, ani literatura.

Bardzo wiele ostatnio czytam, ale ani m.in. pisanie Jerzego Pilcha, ani nawet Księga twarzy Marka Bieńczyka nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Wszystko to jest albo nudzenie albo… popisywanie się pisaniem dla samego pisania. Przecież wodzenie ołówkiem po papierze nie czyni nikogo pisarzem. Zresztą, co tam ołówek. Teraz niemal wszyscy piszą na laptopie. I od razu widać to laptopowe, bardzo pośpieszne, pisanie.

Ostatnio znajomy podsunął mi kilka powieści Borysa Akunina (Gruzina, nie Rosjanina). Wybrałem Azazela. Bardzo dobrze mi się czytało, chociaż „Ale…” na początku zdań pojawiało się równie gęsto jak… skwarki w dobrze okraszonej (omaszczonej) kaszy. (Skąd mi się wzięło to porównanie do skwarek i kaszy sam nie wiem).  Po jednak jakieś trzy czwarte lektury i ta książka stawała się coraz bardziej banalna, a Akunin zaczął coraz bardziej przynudzać. Dotrwałem jednak do końca i przyznam, że równie głupiego zakończenia się nie spodziewałem. Słowem: strata czasu.

Za to wieczorami odkładałem wszystko na bok oglądając mundialowi mecze siatkówki. Powiem nawet, że przekonałem się do siatkówki, chociaż drażni mnie w dalszym ciągu to… obejmowanie się i poklepywanie po każdym zdobytym punkcie.

15–22 września 2014 r.