JACQUES AUDIARD

W sobotę coś mnie podkusiło aby po wczesnoporannym spacerze po sopockim molo, i okolicach, pójść na przedpołudniowy seans Les Misérables Nędznicy (Les Misérables – 2012) 157 min., reż. Tom Hooper, prod. Wielka Brytania.

Już dawno żaden film tak mnie nie umęczył. I już dawno tak się nie wynudziłem na filmie jak na tym. Bardzo lubię operę, lubię także musicale, również i te przeniesione na ekran, ale Les Misérables nie są, w moim przekonaniu, ani filmem, ani musicalem. Niemal same zbliżenia (nieba ani Słońca w tym filmie nie uświadczysz), ciemny, buro-szary, obraz, kilkusekundowe ujęcia kręcone z ręki, nerwowy „montaż” no i jeszcze te piskliwe głosy „śpiewających” aktorek. (Niech zasłona milczenia spadnie nad „śpiewem” Russella Crowe jako Javerta). Film bez oddechu, bez powietrza. Sam nie wiem jak wytrzymałem te dwie i pół godziny. Jeśli i pozostałe tegoroczne oscarowe filmy są na tym poziomie co Django Les Misérables to zadam pytanie, na które chyba nikt mi nie odpowie: co stało się z filmem jako Sztuką?

Jest wprawdzie w Les Misérables, jako musicalu, jedna piękna rzecz, a mianowicie piosenka I Dreamed a Dream bardzo melodyjna, śpiewana szeroko, przeważnie „dużym głosem”. W filmie Toma Hoopera śpiewa ją, bardzo biadoląc nad swoim losem jako Fantine, Anne Hathaway (nominowana zresztą za tę rolę do Oscara. Złoty Glob już otrzymała). Nie, nie stękania, biadolenia ja mam dosyć na co dzień choćby w środkach masowego przekazu. Sztuka powinna działać odświeżająco, oczyszczająco, a nie nudzić, przytłumiać, męczyć i zniechęcać. Ot, co! A poza tym co z tego, że aktorzy na ekranie (lub na scenie) biadolą, przeżywają, płaczą itd. kiedy to na widza w ogóle nie działa. (Podobnie jest z komedią: co z tego, że aktorzy na ekranie świetnie się bawią, kiedy widzowie siedzą znudzeni). Porwać widza, zachwycić, unieść… to jest Sztuka.

Za to w piątkowy wieczór znalazłem w telewizji i oglądałem z coraz większym zachwytem film Jacques’a Audiarda (rocznik 1952) pt. Na moich ustach (Sur mes lèvres – 2001) 125 min., z Emmanuele Devos jako Carlą i Vincent’em Casselem jako Paulem. Tak, tak to ten sam Audiard, który wyreżyserował również znakomitego Proroka. Mogę więc powiedzieć, że nareszcie mam „mojego” reżysera. Na moich ustach to na pozór „film o gangsterach”, o jakichś tam między nimi porachunkach, ale dla mnie jest on nade wszystko o uczuciach. Jestem już znudzony wciąż takimi samymi „komediami romantycznymi” oraz „thrillerami”, gdy niemal już w pierwszej scenie główni bohaterowie lądują w łóżku. Od jakiegoś czasu powtarzałem, że chciałbym nareszcie zobaczyć współczesny film, w którym scena łóżkowa będzie ostatnią. Jako „mocno starszy widz” (Zdzisław Pietrasik tak nazywa widzów w moim wieku) nie zaliczam do tej kategorii filmów typu „szczęśliwie się skończyło”. W ogóle filmy Audiarda to zupełnie inna kategoria sztuki filmowej. Nie są to arcydzieła, ale kiedy je oglądam to zapominam o całym świecie. I jeszcze mają tę Magię, której tak bardzo brakuje wielu współczesnym filmom. (Przy czym owa Magia nie ma nic wspólnego z oszałamiającymi, czy raczej oślepiającymi i ogłuszającymi efektami specjalnymi, czy też elektronicznymi, wykreowanymi w komputerach).

Mam takich znajomych, którzy w ogóle nie chodzą do kina. Ba! Kino to dla nich żadna Sztuka. Po prostu nie brakuje im Kina jako Sztuki. Po Django Les Misérables próbowałbym ich jakoś zrozumieć. Nie wiedzą jednak ile tracą nie oglądając filmów chociażby Jacquesa Audiarda.

Trzeba poza tym mieć jakieś rozeznanie w tym co się wokół (także w Kinie, w Sztuce) dzieje, mieć skalę porównawczą.

Ot, ostatnio namówiono mnie abym „koniecznie obejrzał” emitowany w TVP Kultura spektakl teatralny wg Guntera Grassa pt. Idąc rakiem. Po pół godzinie miałem dosyć, ale męczyłem się, coraz bardziej znudzony, bo obiecałem, że dotrwam do końca. A potem jeszcze próbowałem oglądać dyskusję po (czy raczej: do) spektaklu. W tej dyskusji inscenizatorzy starali się wytłumaczyć widzom zarówno sens swojego przedsięwzięcia jak i treść samej książki.

Zawsze byłem przeciwnikiem wszelkich dyskusji po wieczorze poetyckim, promocji książki o tym „co też autor chciał w swojej twórczości powiedzieć”. Albo bowiem poezja „trafia” do odbiorcy albo nie. O czym tu jeszcze dyskutować? Po co więc dyskutowano po spektaklu Idąc rakiem? Dla popisów retorycznych kilku zgromadzonych panów?

Wyposzczony na dobry spektakl teatralny odnalazłem na You Toube Ryszarda III w reżyserii Laurence’a Oliviera i z nim samym w roli głównej. Tak, to dla mnie jest Teatr, to dla mnie jest Sztuka. Wprawdzie Olivier przeniósł wiele scen w plener, czyli zadbał o to aby do filmu „wpuścić trochę powietrza”, ale dla mnie Ryszard III jest genialnym przedstawieniem teatralnym, które oglądałem po wielokroć i nigdy, jak dotąd, jeszcze nim się nie znudziłem.

To tak jakby po projekcji Na moich ustach dyskutować o tym: co też Audiard chciał widzom powiedzieć? Zrobić film tak aby widza zachwyciło, aby zapomniał o całym świecie to dopiero jest Sztuka. Jeśli mam na projekcji albo na spektaklu przeżywać katusze nudy i wychodzić wymęczony z kina lub z teatru to dla jest żadna sztuka. Tak samo jest z literaturą i z poezją.

10 lutego 2013 r.