FELIETON PANI ELŻBIETY NOWAK

Rankiem 1 stycznia Anno Domini 2014 mój znajomy L. tuż przed „pójściem do kościółka” przysłał  mi esemesa, że usłyszał w programie pierwszym Polskiego Radia mój wiersz pt. Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy (Czyli opowiastka styczniowa). Okazało się, że to Pani Elżbieta Nowak w ramach audycji „Kochane życie” wygłosiła felieton pt. Tapeta z rodziną w tle. W tym felietonie wykorzystała także fragment mojego wiersza.

A oto i cały felieton:

 

„Nie jest łatwo podsumować miniony rok. Gdybym chciała opowiadać o naszych Korespondentach to po pierwsze – zabrakło by mi czasu. Gdybym chciała ich wyliczać na pewno bym kogoś pominęła i wszystkim mogłoby się zrobić przykro. Pozostanę więc tym razem przy temacie – rodzina. Będzie więc nietypowo – nie o listach, ale cytat z książki, z książki z wierszami pana Jana P. Grabowskiego, poety z Wybrzeża Gdańskiego,  a przysłanej mi przez pana Marcina z Torunia.

Nie wiem czym się kierował Pan Marcin, że przysłał mi akurat tę książkę. Bo przecież nie mógł wiedzieć, że właśnie w Trójmieście jest obecnie pewna młoda rodzina, która tam wyjechała „za chlebem” ze stolicy. A historia  tej młodej rodziny – zaczęła się właśnie w Sylwestra, cztery lata temu, i na Helu, a nawet jeszcze dokładniej  – w mieście Helu. Młodzi,  jako ludzie wolni, pojechali tam na kilka dni właśnie w środku zimy. Kto jedzie w zimie nad morze? Byłam kiedyś z grupą młodzieży w Stegnie Gdańskiej podczas zimowych ferii i zapewniam że wrażenia zostały mi do końca życia, bo do tego była wtedy u nas ta sławna zima stulecia. Cudo!

W Sylwestra, cztery lata temu, on oświadczył się jej tam na tym helskim cyplu, na samym krańcu Polski. A mnie przesłał foto z tego historycznego  momentu. W mojej komórce mam teraz tapetę z tamtego wydarzenia. To widok na zachód słońca nad  zimową zatoką.

Potem był ślub i wesele. Niecały rok temu urodziła im się córka. Jako dziecko pierwszego kwartału. A teraz, od kilku miesięcy, oni wszyscy są znowu nad morzem, w Gdyni.

A ja czytam wiersze pana Grabowskiego i dzięki nim jestem czasami z nimi – na Molo w Orłowie, albo spaceruję po Sopocie, albo wpatruję się w zatokę…

Oto poetycki obrazek pt. Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy (Czyli opowiastka styczniowa), z której trzy fragmenty pozwoliłam sobie wybrać i zestawić dla Państwa:

 

Rankiem, kiedy na dwór drzwi otworzyłem

na oszronionej gałęzi wróbel siedział.

Wcale – mimo tęgiego mrozu – nie był zmarznięty. (…)

 

„A czy wiesz” – chciałem mu powiedzieć – „że zima i

mróz zatrzymały wszystkie pociągi, że gdzieś tam ktoś

w zaspach utknął, że ludzie w chłodzie muszą siedzieć?”

Skąd jednak mógłby o tym wszystkim wiedzieć? (…)

 

Ja wtedy rankiem do swoich spraw pójść musiałem .

Wróbel jeszcze czas jakiś posiedział i odleciał tam,

gdzie on sam jeden wie. Nie da się jednak ukryć:

zarówno on i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy.”

 

Przyznam, że jest to dla mnie miła niespodzianka i traktuję ją jako zapowiedź dobrego roku w sprawach literacko-wydawniczych. Nie wierzę bowiem ani w układy planet, ani w czarnego kota, ani w magię liczb itd. Natomiast wierzę w tego rodzaju znaki. Wierzę ponadto, że jako coś ma się udać, to się uda. A jak ma się nie udać, to się nie uda. A zacytowanie fragmentów mojego wiersza w Nowy Rok traktuję jako dobry znak.

Fakt, że ktoś dostrzegł mój wiersz, a ktoś inny wysłuchał felietonu Pani Elżbiety nastroił mnie zatem optymistycznie.

A oto wiersz w pełnej wersji. Zapisałem go dokładnie 16 stycznia 2010 r. Otwiera (s. 9–10) moją niedawno wydaną (2012) książkę pt. Przez chwilę…

Jakaż wtedy było zima. A gdy piszę te słowa jest… piękny, ciepły przedwiosenny dzień.

Do siego 2014 r. Życzę dużo zdrowia wszystkim czytelnikom tych zapisków. I zapraszam do lektury.

 

WRÓBEL I JA BYLIŚMY W RĘKACH TĘGIEJ ZIMY

(Czyli powiastka styczniowa)

 

Rankiem, kiedy na dwór drzwi otworzyłem,

na oszronionej gałęzi wróbel siedział.

Wcale – mimo tęgiego mrozu – nie był zmarznięty.

 

Przynajmniej – gdy na chwilę się zatrzymałem –

takiego nie robił wrażenia. Najwyraźniej… wesoły był.

 

Poznałem to po jego bystrym oku i pozycji

w jakiej siedział – właściwie przycupnął –

na zmrożonej gałęzi. Zupełnie jakby na mnie czekał.

I chciał mi powiedzieć – raczej, jak to wróbel,

zaćwierkać – „Popatrz, zima i mróz wcale nie są straszne,

chociaż z wnętrza ciepłego domu takie mogłyby się wydawać.

 

„A czy wiesz” – chciałem mu odpowiedzieć – „że zima i

mróz zatrzymały wszystkie pociągi, że gdzieś tam ktoś

w zaspach utknął, że ludzie w chłodzie muszą siedzieć?”.

 

Skąd jednak mógłby o tym wszystkim wiedzieć?

Bo czyż nie był piękna zimy… potwierdzeniem?

Tak, jak te ptaki, które zlatują do karmnika mojego

znajomego, kiedy z przejęciem mi o nich opowiada:

 

„Nigdy jeszcze nie widziałem aż tyle barwnych ptaków.

Mam sikorki, kowaliki i dzwońce. I chyba rudziki, i

chyba gile, i nawet dzięciołek jeden, drugi przyleciał.

Zima jest piękna z tymi ptakami u mnie w ogrodzie”.

 

Ja wtedy rankiem do swoich spraw pójść musiałem.

Wróbel jeszcze czas jakiś posiedział i odleciał tam,

gdzie on sam jeden wie. Nie da się jednak ukryć:

zarówno on i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy.

 

3 stycznia 2014 r.