DWA (TAKIE SOBIE) FILMY I (NIEZŁA) KSIĄŻKA

Motto:

„…bo najlepszy człowieka przyjaciel to on sam”.

Andrzej Brochocki z Brochowic

do Kuno Dienheima.

Józef Ignacy Kraszewski Krzyżacy 1410

 

Zapisek ten zaczynam od powyższego motta, które oddaje wiernie stan czasów, w których przyszło mi żyć. Mój stan.

Niewiele tu jednak będzie o ostatnio przeczytanej przeze mnie książce tj. właśnie Krzyżakach 1410 Józefa Ignacego Kraszewskiego (1812-1887). Mógłby ktoś zapytać: a skąd nagle u ciebie zainteresowanie nie tylko Krzyżakami, ale nade wszystko Kraszewskim?

Otóż odpowiedź jest bardzo prosta. Bezustannie szukam książek (w tym nade wszystko beletrystyki) nadających się do czytania. Po drugie jestem ricardianem, więc nie dziwota, że interesuje mnie Średniowiecze. A poza tym od zawsze chciałbym poznać historię Krzyżaków, tym bardziej, że niemal połowę mojego dotychczasowego życia przemieszkałem w Malborku.

Bo zaiste tak jak fałszywie przedstawiali Ryszarda III (1452-1485) i Tudorowie, i William Szekspir (1564-1616), tak niewiele prawdy o Krzyżakach jest zarówno w powieści Henryka Sienkiewicza (1846-1916), jak i filmie Aleksandra Forda z 1960 r.

Krzyżaków 1410 Kraszewskiego przeczytałem i z zainteresowaniem, i z podziwem, że tak dobrze napisanych książek już się teraz nie wydaje.

Do książki, która mi się ostatnio spodobała, a której lekturę dopiero zacząłem, wrócę za chwilę.

Tymczasem chciałbym zatrzymać się nad dwoma filmami, które ostatnio obejrzałem. Pierwszy to Osiem gór (Le otto montagne – 2022), 147 min., reż. Felix van Groeningen. Film według książki Paolo Cognettiego.

W notce reklamującej ten obraz można przeczytać:

„Najnowszy film reżysera hitu Mój piękny syn. Trzydziestoletni Pietro porzuca zatłoczone miasto i rusza w podróż w dzikie niepoznane włoskie Alpy, aby odnaleźć siebie.

Trzydziestoletni Pietro decyduje się zostawić za sobą życie dużego miasta i wyjechać w góry. Nie odnajduje się w swoim dotychczasowym, pełnym zgiełku życiu, chociaż sam nie potrafi określić czego mu brakuje. Prawdziwie wolny i szczęśliwy czuł się jedynie w dzikich Alpach, gdzie spędzał w dzieciństwie każde lato. Zaszczepiona w nim miłość do gór i odkrywania nowych ścieżek każe mu wyruszyć w świat, w którym nowe znajomości i stare przyjaźnie staną się ścieżką do odnalezienia siebie.

Osiem gór, najnowszy film twórcy Mojego pięknego syna, to ekranizacja bestsellerowej powieść Paulo Cognettiego. Jednak sercem opowieści jest uchwycona z wrażliwością obrazów Terrence’a Malicka relacja człowieka z przepiękną, majestatyczną i nieposkromioną naturą. Zdjęciom inspirowanym Into the Wild udało się oddać zarówno monumentalną, magnetyczną siłę gór, jak ich intymną stronę, gdzie kolejne kroki, milczenie, czas i właściwa miara to sposób na życie. Osiem gór to wyjątkowa opowieść o odkrywaniu siebie, naturze i miłości – platonicznej, ale mocniejszej niż jakakolwiek skała, na którą można by się wspiąć”.

Mój Boże, można by sobie westchnąć, czego to nie wypisuje się aby zachęcić do lektury książki, czy też, jak powyżej, do obejrzenia filmu.

A swoją drogą bardzo lubię trzy filmy Terrence’a Malicka tj. Badlands (1973 r.), 95 min., zdj. Tak Fujimoto; Niebiańskie dni (Days of Haeven – 1978), 95 min., zdj. Néstor Almendros; Cienka czerwona linia (The Thin Red Line – 1998), 170 min., zdj. John Toll.

To moim zdaniem arcydzieła, także sztuki operatorskiej. W pozostałych filmach Malick już porzuca metafizykę, a za to filozo-fuje i jego dzieła stają się hermetyczno-manieryczne.

I tą właśnie drogą idzie w Ośmiu górach van Groeningen. Przede wszystkim jego film jest straszliwie długi i bardzo, ależ to bardzo nudny. Można by go z powodzeniem skrócić co najmniej o jedną godzinę (albo i więcej) a obyłoby się bez szwanku dla jego treści i formy.

Bo co do treści, to – gdyby przed projekcją nie przeczytać reklamowej notatki – nie wiadomo o co w nim chodzi. Natomiast co do formy to jest ona co najmniej dziwaczna. Bo – przykładowo – jest scena, gdy Giovanni z synem Pietro idą w góry. Ledwie wychodzą i już  jest nagle cięcie i syn leży w łóżku coś tam czytając przy naftowej lampie, a ojciec coś tam kreśli na mapie.

Albo Pietro przebywa w Grana w Piemoncie i nagle jest już w Nepalu. I – po telefonie Bruno – nagle porzuca Nepal i jest we włoskich górach.

Zaiste, dziwaczna forma. No i niestety, o ile Malick opowiada swoje historie obrazami, to o tyle u van Groeningena dominuje słowo, czyli gadanina. I owych Ośmiu gór i główni bohaterowie doznają (czy doznają?) gadając, a widz zamiast pięknych widoków słucha gadaniny.

Film van Groeningena nieco przypomina mi… Strukturę kryształu (1969 r.), 74 min., reż. Krzysztof Zanussi.

Podobna bowiem tematyka. W Strukturze kryształu też są dwaj przyjaciele: Jan i Marek. I też przeważnie dyskutują o życiu. Film jednak Zanussiego formalnie jest klarowny i działał – przynajmniej wtedy, w 1969 r., i później – odświeżająco. Natomiast dzieło van Groeningena jest ciężkawe, nudne, męczące. I gdybym miał ocenić Osiem gór dałbym – w skali od 1 do 6 –  najwyżej trójczynę. Bo ani metafizyki, ani tego, co można przeczytać w reklamowej ulotce, w tym filmie nie ma.

A drugi film, który zdarzyło mi się obejrzeć to… Dziewczyny z Dubaju (2021), 150 min., reż. Maria Sadowska. Cóż, jeszcze jeden bardzo długi film, który można by skrócić, bez uszczerbku dla treści, co najmniej o jedną godzinę. No bo ileż można oglądać, w kółko, to samo: dyskoteki (znowu dyskoteki), zażywanie narkotyków, tzw. laski (niestety, chude i mało atrakcyjne), pseudoorgie, niby kopulacje oraz rozdziawioną gębę Katarzyny Figury?

Nie można jednak tego filmu potępiać – jak to się mówi – w czambuł. Atrakcją bowiem mogą być plenery, scenografia, nienachalne zdjęcia, w ogóle tzw. produkcja. Wyobrażam sobie ile wysiłku zostało włożone by ten film zorganizować i sfinansować. W sumie mimo rozbuchanej radości jest to film bardzo smutny. I także dałbym mu co najwyżej trójczynę. Uważam bowiem, że Maria Sadowska… ma potencjał. Bo jej poprzedni film tj. Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2017), był całkiem dobry.

A teraz kilka słów o książce, o której wspomniałem na początku tego zapisku. Od jakiegoś czasu zdumiewa mnie popularność pewnej pisarki, mieszkającej na stałe w Dąbrówce Malborskiej, czyli dosłownie rzut beretem od Malborka, czyli miejsca, gdzie przemieszkałem niemal pół mojego dotychczasowego życia. Nie, nie, to nie jest lektura dla mnie. Może ktoś się nasładza, może ktoś się zachwyca powieściami Sylwii Kubik, ale wolę inne lektury.

Właśnie na półce bibliotecznej moją uwagę zwróciła wyjątkowo brzydka okładka dość „wypasionej” książki pt. Rodziewiczówna. Gorąca dusza napisanej przez Emilię Padoł.

Mam taki zwyczaj, że książkę jeszcze przed wypożyczeniem próbuję czytać. No cóż, może to jest tzw. „skrzywienie zawodowe” albo tzw. rutyna, ale od razu widzę wszystkie błędy. I jeżeli tekst zaczyna mi i językowo, i stylistycznie zgrzytać, nie ma mowy o lekturze. A tu musiałem aż przysiąść z wrażenia.

Książka Emilii Padoł jest napisana z polotem, świetnie się ją czyta. Przymykam oko na „Ale…” pojawiające się wielokrotnie na początku zdań i myśli. Niech tam, bo Padoł ma lekkie pióro, a poza tym jest bardzo skrupulatna, dokładna. Brawo! O takie książki i właśnie idzie.

A poza tym… zainteresowałem się samą Marią Rodziewiczówną (1864-1944), której książek dotychczas nie brałem do ręki. Postaram się poczytać w najbliższej przyszłości: Klejnot (1897 r.); Macierz (1903 r.); Czahary (1905 r.), czyli arcydzieła według Ireny Krzywickiej.

18-20 czerwca 2023 r.