BRAWO SORRENTINO

Nie podobało mi się Wielkie piękno Sorrentino. Nie podoba mi się nagrodzony Złotymi Lwami film Body/Ciało. Nie podobała mi się także Ida.

Pisałem już o swoich odczuciach na temat tych filmów. Napisałem jednak wiersz… Wielkie piękno opublikowany na s. 65-66 mojej najnowszej książki pt. W czerni. I w bieli.

Oglądam filmy od kilkudziesięciu lat, jestem kinofilem, i przez te wszystkie lata doznałem zmysłu… „kinoczułości”, dzięki któremu potrafię odróżnić (tak właśnie czuję, tak mi się właśnie wydaje) już od pierwszej sceny, od pierwszej sekwencji: czy film jest wart oglądania, czy też nie. Czuję także, kiedy mam do czynienia z arcydziełem.

Arcydzieła czy to filmowe, czy to literackie, czy to malarskie, czy to wokalne zdarzają się teraz bardzo rzadko, coraz rzadziej.

Gdybym może oglądał Wielkie piękno Sorrentino w sali kinowej moja ocena byłaby inna. Film ten jednak był grany gdzieś na peryferiach, na nie mniej peryferyjnych seansach. Nie chciało mi się zatem jechać gdzieś aż do np. Nowego Portu albo aż do Gdyni, a potem wracać po ciemku późnym tramwajem albo kolejką z tajemniczymi osobnikami w dresach i kapturach.

Oglądanie filmu z DVD, to jednak nie to samo, co atmosfera, nastrój sali kinowej (ale, oczywiście, bez chrupków, popcornu itd.). Przekonałem się jednak na m.in. Złotej damie (o czym za chwilę), że jak film jest naprawdę dobry to i widać to na DVD.

Nie czytałem ani recenzji ani omówień na temat Młodości (La Giovinezza – 2015), 118 min., Paolo Sorrentino. Recenzje bowiem filmowe, omówienia itd. mają się nijak do tego, co można zobaczyć na ekranie. Przekonałem się o tym nie raz. A poza tym im więcej się na temat filmu „trąbi”, im chętniej oceniany on jest jako „arcydzieło”, „megahit”, im więcej podkreśla się ile to zdobył nagród itd., tym bardziej wiem, że mam do czynienia z dziełem, na które nie warto tracić czasu i pieniędzy.

Tym razem o Młodości było umiarkowanie głośno. Już także przywykłem do tego, że dobre filmy grane są w jakichś odległych miejscach i o godzinach, które mi nie odpowiadają.

(Dlaczego – niech mi ktoś poda racjonalne przyczyny – Młodość nie może być wyświetlana w centrum Gdańska o godz. 10.00?

Przez wiele lat chodziłem na seanse do kina „Leningrad”, a później „Neptun” o tej godzinie (Ba, nawet dojeżdżałem z Malborka) i bardzo mi to, i wielu innym widzom, odpowiadało).

Rozumiem, że „kasa, panie, kasa” decyduje o tym, że w śródmieściu Gdańska nie ma kina z prawdziwego zdarzenia, gdzie można by oglądać takie filmy jak m.in. Młodość, czyli niekasowe filmy artystyczne.

Bo rzeczywiście Wielkie piękno jest niekasowe i artystyczne. Na film ten musiałem jechać aż do Sopotu.

(Raczej jednak chyba dojść, bo dojechawszy do Brzeźna tramwajem puściłem się stamtąd spacerkiem aż do Sopotu.

Zazwyczaj, gdy o tej porze roku szedłem brzegiem zatoki woda była krystalicznie czysta, było w niej mnóstwo chełbi i unosił się zapach września. Tym razem woda miała ciemno-brunatną konsystencję o niezbyt przyjemnej woni ni to wodorostów, ni to czegoś jakby skisłego).

Na seans o 14.50 przyszli nade wszystko rówieśnicy głównych bohaterów tj. kompozytora Freda Ballinger’a (tj. 82-letniego Michael’a Caine’a) i reżysera Micka Boyle (76-letniego Harvey’a Keitel’a). Przybłąkało się jednak trochę osób młodszych oraz zapewne podobnych do mnie kinofilów.

2015_Młodość,1

Zaczyna się seans. Pierwsza scena i… ileż można śpiewać? Kamera krąży wraz z wokalistką o takim sobie głosie, krąży i krąży. A potem cóż to: jakby Fellini, niby sprytnie podejrzany Kubrick? Znaczy się dla „wytrawnego widza”, który będzie siedział i „wyłapywał” „cytaty” z innych filmów?

W pewnym jednak momencie, i ten moment jest chyba najciekawszy (ale nieuchwytny) Sorrentino stwarza własny, zachwycający wizualnie, świat. Bo film jest piękny i, w sumie, o tytułowej „młodości” w nim niewiele, ale jest to doskonały, znakomicie przemyślany, ciut nudny obraz. Filmy jednak bardzo dobre muszą być odrobinę nudne. Za to zupełnie rozbroił mnie Sorrentino ostatnią sceną z sopranistką Sumi Jo. Jej ciemny sopran brzmi zachwycająco.

(W Sankt Petersburgu Sumi Jo przedstawiła tamtejszej publiczności na plenerowym koncercie przed Pałacem Zimowym Jackie Evancho.

Dlaczego Jackie nie przyjechała jeszcze z koncertem do Polski tego zupełnie nie rozumiem!).

W końcowych napisach jest informacja, że Paolo Sorrentino zadedykował ten film Francesco Rosiemu (1922-2015). Pamiętam niektóre filmy tego reżysera np.: Salvatore Giuliano z 1962 r., Ręce nad miastem z 1963 r., Szacownych nieboszczyków z 1976 r., a zwłaszcza Carmen z 1984 r.

2015_Młodość,2

Uczeń godny mistrza. Zresztą i Sorrentino ma także u mnie po Młodości… „papiery mistrzowskie”. Zastanawiam się, dlaczego u nas, w naszej kinematografii, tak nie jest. Nie słyszałem aby któryś z reżyserów młodszego lub młodego pokolenia zadedykował swój film Wajdzie albo Zanussiemu lub Polańskiemu.

A wieczorem obejrzałem jeszcze z DVD Złotą damę (Woman in Gold – 2015) 109 min., reż. Simon Curtis z Helen Mirren jako Maria Altman i Ryanem Reynoldsem jako Randol Schoenberg.

Widać, że także i Simon Curtis zna się na reżyserskiej robocie. Po niedawnym Moim tygodniu z Marilyn (My Week with Marilyn – 2011), 99 min. z Michelle Williams jako Marilyn – teraz wyreżyserował bardzo, moim zdaniem, udany film o dziele Adele Bloch-Bauer (1907) Gustava Klimta (1862-1918).

23 września, 2015 r.

 

Ps.

Wypożyczyłem z biblioteki dwie książki o filmie. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, i łatwiejszego, niż pisać na temat obejrzanych filmów. To jest tak, jak z pisaniem wierszy. Każdy pisać może.

Pierwsza książka to Zygmunta Kałużyńskiego Kanon królewski z podtytułem Jego 50 ulubionych filmów. Pomijając wybór, który nie wymienia bardzo wielu arcydzieł, książka Kałużyńskiego jest nie do czytania. Jeśli ktoś pamięta tego krytyka to wie, że był to bardzo oryginalny człowiek i niesamowity przy tym orator. Niestety, owe oracje zupełnie znikają w stylu pisanym, który roi się nie tylko od „Ale…”, i „Gdy…” na początku zdań, ale także od… „wypadków”. U Kałużyńskiego wiele rzeczy i zjawisk uległo jakby jakiemuś „wypadkowi”, bo bardzo często pisze „w wypadku”. Natomiast jeśli chodzi o treść jego recenzji to, niestety, najczęściej, są to jakieś brednie lub bzdury jak np. ta, że Matis w Żywocie Mateusza Witolda Leszczyńskiego jest… debilem.

O ile książkę Kałużyńskiego podczytałem i przekartkowałem, to drugą książkę rzuciłem już po kilku kartkach. Może Mojeprojekcje Wojciecha Kuczoka znajdą jakichś czytelników, ale według mnie, jako kinofila z długim, i jeszcze dłuższym stażem, pozycja ta jeszcze bardziej niż książka Kałużyńskiego nie nadaje się do czytania.

Po piewrsze dlatego, że nie znoszę ostentacyjnego dyletantyzmu, a po drugie dlatego, że drażni mnie laptopowy, szybki styl pędzący nie wiadomo dokąd. A poza tym po co mi książka, z której niczego nowego na temat filmu się nie dowiem?

No tak, ale teraz przecież każdy (również o filmie) pisać może.

23 września 2015 r.