BEZ TELEWIZJI

Słyszałem powiedzenie, że jeśli o czymś bardzo marzyć, to może to się zrealizować w jakiś przedziwny sposób.

Oto bowiem jeszcze niedawno, niemal w każdym zapisku, pomstowałem na beznadziejnie niski poziom telewizji okraszanej nieustannie głupimi reklamami. Przemyśliwałem nawet nad tym: czy aby z oglądania telewizji w ogóle zrezygnować? Szkoda mi jednak było niektórych fabularnych filmów, które od czasu do czasu jednak można znaleźć w repertuarze telewizyjnym oraz filmów dokumentalnych. No i któregoś razu (dokładnie 4 czerwca br.) moje marzenie zostało spełnione. Na ściany budynku, który zamieszkuję „wkroczyła” brygada remontowa i nie patyczkując się z antenami satelitarnymi moją „zruciła” na balkon. Nie pomogły rozmowy, negocjacje, próby porozumienia, że może by jednak antenę jakoś zamontować na rusztowaniu. Zaczęto mnie odsyłać od „majstra” do „kierownika budowy”, od „kierownika budowy” do „działu technicznego”, od „działu technicznego” do „inspektora nadzoru” itd. Zdenerwowany „wkroczyłem” do wiceprezesa spółdzielni, który impertynencko oświadczył… „nie chcę z panem rozmawiać”, po czym opuścił swój gabinet. Zadzwoniłem jeszcze do właściciela firmy, która „ociepla” mój budynek. Nic to nie dało. Dowiedziałem się tylko, że „ocieplanie” będzie trwać „od sześciu do ośmiu tygodni”, czyli do końca wakacji. Co innego gdybym sam zrezygnował z oglądania telewizji. To byłby mój wybór. A tak postawiono mnie przed faktem dokonanym w imię „dobra ogółu”. (W ten sam sposób „w imię dobra ogółu” pobudowano dwie „nitki” drogi, wystawiono olbrzymi blaszany hipersam, a teraz na ostatnim skrawku zieleni powstanie jeszcze pięć budynków mieszkalnych). Jednostka, mój głos, ba! nawet mój protest w ogóle się nie liczą. Kogo obchodzi, że przez czas „ocieplania” będę musiał opłacać abonament telewizyjny nie oglądając telewizji (chociaż w tym przypadku może operator „pójdzie na rękę”), kogo obchodzi, że będę musiał zapłacić za instalację anteny i ustawienie sygnału? Nie mam „pretensji” o „ocieplanie” mojego budynku. W końcu, po prawie już dwudziestu latach, nareszcie i on zostanie odświeżony. Mam jednak żal o… „procedurę”. Dobrze, niech mój budynek zostanie „ocieplony” i odświeżony. Byle prace nie ślimaczyły się przez kilka miesięcy. W piątek (7 czerwca) zaczęto pracę na rusztowaniach mojego bloku około dziewiątej. O dziesiątej trzydzieści już była przerwa na drugie śniadanie. A o wpół do drugiej cała ekipa budowlana „zwinęła manatki”. Jeśli „panom ocieplaczom” śpieszy się aby „robotę wykonać jak najszybciej” to korzystając ze sprzyjającej pogody mogliby popracować do piątku wieczorem a także całą sobotę. Na razie czerwiec jest piękny, ale co będzie jak „panie, zacznie lać”? A przecież deszcze świętojańskie są tuż tuż. A jeśli zdarzy się „deszczowy lipiec”. No cóż: „nie moja broszka”. Ja bez telewizji jakoś wytrzymam. Tylko jaką wartość będzie miało „ocieplanie”, przyklejanie styropianu, malowanie w wilgoci i deszczu?

Prawie zatem bezboleśnie przerzuciłem się na czytanie oraz prawie niewyczerpany, zdaje się, repertuar… „szalonego kinomana” w Internecie. Książki, ach książki. Czy jest coś wspanialszego niż czytanie książek. Zauważyłem jednak, że wielu osobom książki są w ogóle niepotrzebne. W sanatorium bowiem, do którego wyjechałem na kilka dni (24 maja – 1 czerwca br.) na trasie do części zabiegowej i basenu trzeba był minąć kilka bibliotecznych szaf. A przecież w takich szafach można natrafić naprawdę na bibliofilskie „białe kruki”. Jakaś żwawa staruszeczka znalazła, gdy przypadkiem przechodząc zajrzałem jej przez ramię, książki Kazimierza Truchanowskiego (1904–1994). „Chapeau bas” – rzuciłem żartem. A na to ona: –„Jak się wie co czytać, to trzeba umieć to wybierać, hm! hm!! hm!!!” – fuknęła na mnie i tyle ją widziałem. A książek Truchanowskiego w szafie bibliotecznej już nie odnalazłem. Trafiłem za to na poezje Tuwima z 1955 r. i zupełnie „się zaczytałem”. Te wszystkie bowiem współczesne wiersze, w których nie ma nawet cienia poezji nie są warte nawet przysłowiowego „funta kłaków” w porównaniu z Poezjami Tuwima. No tak – ktoś mógłby powiedzieć – za czasów Mickiewicza też prawie wszyscy pisali wiersze. Tak, ale wtedy był jednak Mickiewicz, Antoni Edward Odyniec, Stefan Florian Garczyński i jeszcze inni.

Oprócz Tuwima rarytasem okazały się także felietony z lat 1973 – 1976 Antoniego Słonimskiego opublikowane w tomie Ciekawość (Czytelnik 1988). Niestety, książki wydawane w tamtych czasach są wyłącznie jednorazowego użytku. Ze smutkiem dostrzegłem, że Ciekawość zupełnie rozpadła mi się już podczas pierwszej lektury. W jednym z felietonów Słonimski chwali „świetny kryminał” Córka czasu napisany przez Josephine Tey (1896–1952). Czym prędzej wypożyczyłem sobie tę książkę wydaną w 1974 r. w Czytelniku w serii „z jamnikiem”. Powieść jest o Ryszardzie III, jednej z moich ulubionych historycznych postaci. Przeczytałem cztery rozdziały, do s. 61, i chyba odłożę ten „świetny kryminał”, ponieważ… nic się w nim nie dzieje i jest najzwyczajniej nudny. No a poza tym ta mania zaczynia przez tłumacza zdań od „Ale…”.

Jestem także po błyskawicznej lekturze 264 stronicowej książki Stanisława Janickiego pt. Odeon felietony filmowe (BOSZ 2013). Stanisław Janicki to legenda Kina. Jakże wspaniale Pan Stanisław potrafi opowiadać o Kinie. Książka jednak bardzo mnie rozczarowała. Pomijając owo nieszczęsne „Ale…”, od którego Pan Stanisław także, niestety, rozpoczyna wiele zdań, to nie ma w niej niczego takiego czego bym już na temat Kina nie wiedział. Rozumiem, że w m.in. felietonach pisze się tylko o wybranych przez siebie filmach, ale żeby zabrakło w tak „wypasionej” książce chociażby zdania o Stanleyu Kubricku, o Dawidzie Leanie, o francuskiej „Nowej Fali”, prawie nic o kinie japońskim itd.

Nie ma dnia by w programie telewizyjnym „Kino Polska” nie wyświetlano przynajmniej raz dziennie Krzyżaków, Czterech pancernych i psa oraz Wyjścia awaryjnego itd. A jest przecież tyle polskich filmów do oglądania zwłaszcza z lat 50 i 60 XX wieku. Zupełnie przypadkowo trafiłem w Internecie na… „szalonego kinomana” i teraz w nienadzwyczajnej wprawdzie jakości oglądam filmy, których dotąd nie widziałem lub odświeżam sobie dawno nie widziane. Na pierwszy ogień poszedł zupełnie przyzwoity film z 1961 r. w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego pt. Dwaj panowie „N”. W sumie niewiele się ten film zestarzał, bo oglądało mi się zupełnie dobrze. Natomiast nie do oglądania okazały się m.in. Południk zero Waldemara Podgórskiego z 1970 r. oraz nieudany, niestety, film pt. Uciec jak najbliżej Janusza Zaorskiego z 1972 r. Natomiast z przyjemnością obejrzałem staroć z zamierzchłej przeszłości tj. film Niedaleko Warszawy Marii Kaniewskiej z 1954 r. z plejadą znakomitych aktorów tamtych czasów tzn. Urszulą Modrzyńską (1928–2010), Ludwikiem Benoit (1920–1992), Feliksem Żukowskim (1904–1976), Zdzisławem Mrożewskim (1909–2002), Igorem Śmiałowskim (1917–2006) i Wiktorem Gratowiczem (1919–1965). Gdzież są dzisiaj tacy aktorzy? (Na marginesie warto chyba przypomnieć, że Urszula Modrzyńska grała w Krzyżakach (1960) kilkunastoletnią Jagienkę jako już 32 letnia pani. To może tylko dowodzić jak świeżo i ponętnie wyglądały wtedy polskie aktorki, które potrafiły zagrać niemal wszystko).

Okazuje się więc, że bez telewizji można żyć. Najgorsze były pierwsze dwa, trzy dni no i trochę żalu, że chyba nie obejrzę kilku najbliższych odcinków mojego ulubionego serialu Downton Abbey. Mógłbym wprawdzie pójść do znajomych „na telewizję”, ale jego projekcja zaczyna się zbyt późno.

10 czerwca 2013 r.

Ps.

2 czerwca br. obejrzałem w Operze Bałtyckiej spektakl Carmen Bizeta. Operę tę zapamiętałem jeszcze z czasów licealnych jako wielkie, barwne, wspaniale śpiewane widowisko. A co mam sądzić o operze, gdy już w pierwszym akcie na scenę wjeżdżają motocykle a primadonna w roli Carmen niczym nie zachwyca?