ALISON BALSOM

Standardowy listopadowy poranek: zimno, wilgotno i pochmurno.(Za jednym wyjątkiem: 19, w poniedziałek, zdarzył się prześliczny, naprawdę prześliczny, słoneczny dzień. Było tak ciepło, że widziałem młode osoby chodzące „na krótki rękaw”).

W telewizji (konkretnie np. w TVN) od samego rana w kółko powtarzane wiadomości tzn. wszelkie możliwe wypadki i nieszczęścia: a to, że „urodziła się dziewczynka z sercem na wierzchu”, a to że „Kubica wypadł z trasy, uderzył w drzewo, ale nic mu się nie stało” itd. Słowem; w telewizji informacja to: wszelkie możliwe wypadki i nieszczęścia. No i, oczywiście, „polityka”, a nade wszystko „dyskusje polityków”, czyli napuszczanie jeden na drugiego jakichś nieszczęśników, którzy „dla Polski”, czyli dla tego czyje „na wierzchu” gotowi zagryźć z nienawiści, na wizji, jeden drugiego. A w ogóle telewizja powinna zmienić nazwę na… reklamowizja.

Unikam jak tylko mogę oglądania telewizji, a tu, tymczasem, jestem niemal dzień w dzień zamęczany ofertami jakichś „konsultantów”, którzy proponują mi „za dodatkową opłatą dostęp do drugiego telewizora”. „Panie – mówię – na tych prawie ośmiuset programach, do których mam „dostęp” nie ma co oglądać, więc po co mi jeszcze drugi telewizor”. „Konsultant” pozostaje jednak nachalnie nieugięty i wymienia mi „nowe programy w rozdzielczości HD”. „Panie – dodaję – na programach HD także nic nie ma godnego uwagi. Czy ta beznadziejna „rozrywka”, czy te w kółko powtarzane stare filmy albo współczesne polskie filmy, w których nie wiadomo o co chodzi to ma być ta „atrakcyjna oferta”? – wyprzedzam jego „argumenty”. W końcu wyłącza się, ponieważ nie ma nic do powiedzenia. I tak jest do następnego razu.

Niekiedy jednak, wbrew zasadzie, że polskich współczesnych filmów nie oglądam, odżałowuję sto minut na różne Wymyki albo Krety z nadzieją, że a nuż, że może tym razem?. Poprzez bełkot aktorów trzeba domyślać się sensu wypowiadanych kwestii. Dlaczego na polskich współczesnych filmach aktorzy bełkocą, a nie mówią? No i dlaczego świat przedstawiony tych filmów jest tak straszliwie ponury i beznadziejny?

Czasami w repertuarze filmowym telewizji udaje mi się „coś” jednak wypatrzeć: a to całkiem niezły duński film pt. Zwyciężymy (Drømmen – 2006 r.) 105 min., reż. Niels Ardenoplev, a to zupełnie przyzwoity, francuski „film przygodowy” sprzed… pięćdziesięciu lat, czyli 100 tysięcy dolarów w słońcu (Cent mille dollars au soleil – 1964 r.) 130 min., reż. Henri Verneuil, a to dobry współczesny amerykański film pt. Wyrok skazujący (Conviction – 2010 r.) 110 min., reż. Tony Goldwyn. Za to zupełnie mi „nie leżą” „artystyczne”, szczególnie irańskie, „arcydzieła” w stylu nagrodzonego Srebrnym Lwem w Wenecji filmu pt. Kobiety beż mężczyzn.

Zresztą filmy to zawsze tylko uzupełnienie dnia. Dzień zaczynam od włączenia radia. I nie znoszę już od świtu „plumskających” „chopinów”. Za to uwielbiam, gdy od rana słyszę… barokową trąbkę. (Ostatnio w kółko słucham płyty: Alison Balsom, Sound the Trumpet, Royal Music of Purcel & Handel, The English Concert Trevor Pinnock).

Alison-Balsom-recordings (1)

Pozostaje czytanie, chociaż nie przebrnąłem nawet przez kilkanaście stron ani nagrodzonej Silesiusem olbrzymiej powieści Miljenko Jergovicia pt. Srda śpiewa o zmierzchu w zielone świątki, ani przez, jeszcze bardziej obszerną, noblisty Mo Yan’a Obfite piersi, pełne biodra. Być może wina jest w tłumaczeniach, a zapewne w tym, że nawet w krótkim wierszu można powiedzieć więcej niż w obszernej powieści. Za to nie mogę naczytać się Poezji Williama Blake’a (1757–1827), Richard’a Crashaw’a (1613–1649), Emily Dickinson (1830–1886), John’a Donne’a (1572–1631), Roberta Frosta (1974–1963), Thomasa Hardy (1840–1928), Johna Keatsa (1795–1821), Johna Miltona (1608–1674), Williama Shakespeare’a (1564–1616), Williama Wordsworth’a (1770–1850).

A poza tym te współczesne „powieści” najzwyczajniej są nudne. No bo ileż potrzeba słów by cokolwiek sensownego powiedzieć. Dla mnie najważniejszą ze Sztuk jest Poezja. Podobnie, ale tylko podobnie, jest w fotografii i malarstwie. Tam również od razu widać kto potrafi myśleć. Ileż bezmyślnych okropieństw uznawanych jest za sztukę w fotografice, ileż potwornych bohomazów uznawanych jest za malarstwo. Jakim wspaniałym wynalazkiem jest Internet. Ileż bowiem można odkryć i obejrzeć wspaniałych malarzy i ich dzieł. Dlaczego uwielbiam m.in. barokowe trąbki, Poezje Dickinson i amerykańskich impresjonistów? Ponieważ współczesna sztuka nie ma nic do zaoferowania.

Niedawno pewien miłośnik sztuki usilnie zaczął mnie zapraszać do swojego domu. „Mam dla ciebie niespodziankę. Mam dla ciebie niespodziankę” – powtarzał za każdym razem, gdy się spotkaliśmy. W końcu dałem „się zaprosić” „na kawę”, chociaż mieszkał w podgdańskiej miejscowości.  Zajechaliśmy więc któregoś dnia do jego domu. Tam od razu powiódł mnie „na pokoje” i z triumfem zaprezentował wiszący nad kominkiem obraz, który znajduje się na okładce mojej najnowszej książki pt. Przez chwilę… Ów miłośnik sztuki powiedział, że jest tak zachwycony obrazem Autumn. Reflections Williama Masona Browna, że kazał go namalować jakiemuś malarzowi. Tylko dlaczego ów malarz podpisał obraz Browna swoim nazwiskiem?

25 listopada 2012 r.