45, A MOŻE JEDNAK… 55 LAT – DZIAŁALNOŚCI LITERACKIEJ

Motto:

 

„Rokrocznie: / o tej samej porze /

 ziemia nagrzana Słońcem, /

ukołysana wiatrem i / nasycona deszczem /

 rodzi różnokolorowy plon. //

 

Ziemi / strzegą kamienie po miedzach. /  Niekiedy /

 – gdy zgubisz się w powtarzalności pór roku – /

 podejdź, / przyłóż ucho i /

 posłuchaj kamiennych szeptów o / przemijaniu. //

 

W takich chwilach kamienieje /  też czas.

Ciepłem ciała poczujesz / jego szorstki dotyk. //

Słońce, deszcze, wiatry… / będą z wolna ścierały /

 zastygły w kamieniu – czas. /

 

Ty – możesz rozbić kamień. /

Nie rozbijesz jednak – czasu, /

 który ciągle pozostaje /

 najtwardszą przeszkodą do… / Wieczności”.

 

Dotykanie czasu, 1977 r.

 

 

 Przeglądając, a nade wszystko porządkując papiery literackie (nie śmiałbym twierdzić, że jest to domowe archiwum pisarskie) natknąłem się na… tomik wierszy pt. Rzeczy liryczne wydany własnym sumptem w 1970 r., a zawierający m.in. utwory, które powstały podczas pierwszych lat studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.  

 Niektórzy moi znajomi po piórze dodają sobie lat twórczości literackiej, licząc swój debiut nawet od publikacji jakiegoś tekstu (najczęściej jest to wierszyk) w szkolnej gazetce ściennej, w szkole podstawowej.

 (Gdyby tak liczyć, to może powinien uznać za swój debiut literacki napisanie w wieku bodajże 19 lub 20 lat opowiadania pt. Odejście liczącego przeszło sześćdziesiąt stron tekstu napisanego piórem?

 Tekst ten mam w moim archiwum, tak samo zresztą jak i jeszcze inne pióropisy oraz maszynopis niewydanej minipowieści Kwiat Księżyca, na którą to książkę podpisałem, tuż przed wybuchem stanu wojennego umowę z Wydawnictwem Morskim w Gdańsku. Książka zresztą ze względu na ów stan wojenny nie została opublikowana, chociaż wydawnictwo za nią zapłaciło. A potem nie podejmowałem prób aby ją wydać).

 Snuję te wspomnienia (wszak sa to Zapiski i wspomnienia), ponieważ za swój debiut literacki uważam pierwsze publikacje w prasie, które nastąpiły akurat 45 lat temu jesienią 1977 r. tj. wiersz pt. Dotykanie czasu opublikowany w „Dzienniku Bałtyckim”, Gdańsk 1 października 1977 roku oraz opowiadanie pt. Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu, albo dróg ryby w wodzie opublikowane w tygodniku „Literatura”, Warszawa 1 grudnia 1977 r.

 (Tak na marginesie chciałbym dodać słowo o dwóch sprawach związanych z pisarstwem.

 Pierwsza, to niesamowity, wręcz lawinowy wysyp artystów, w tym pisarzy [w tym nade wszystko pisarek], którym nie wystarczy, że są właśnie pisarzami i piszą oraz wydają książkę za książką, lecz są jednocześnie i: eseistami, i dramatopisarzami, i poetami, i tłumaczami, i historykami, a nawet antropologami kultury oraz co najmniej adiunktami.

 Ciekawie o tym pisze w Fantomach Maria Kuncewiczowa, że np. artystów malarzy jest coraz więcej, a modeli coraz mniej.

 Właśnie, Maria Kuncewiczowa, chociaż pisała powieści i po angielsku, i po francusku, chociaż była tłumaczką itd. wspomina o tym tylko w Fantomach, nigdzie indziej. Nie chwali się ani swoją znajomością języków obcych, ani umiejętnościami, ani znajomościami, ani orderami tudzież nagrodami.

 Jednemu z moich znajomych po piórze, który zaczął się doceniać różnymi a to funkcjami, a to tytułami, a to zawodami powiedziałem, że wszystko to można zamknąć w jednym słowie: „poeta”. Zrozumiał.

 Bo ta mnogość uprawianych zawodów, czy też czynności świadczy nie o wszechstronności, lecz o tym, że wykonuje się je „po łebkach”, czyli na chybcika, słowem byle jak, co widać m.in. w zawalonych „powieściami” księgarniach.

 Ja mimo tego, że napisałem przeszło dwadzieścia książek, coraz bardziej skłaniam się ku temu, że mój wyuczony i uprawiany zawód, to nie literat, nie poeta, nie pisarz, nie nawet autor, lecz… polonista.

 Tym bardziej śmieszy mnie zadowolenie jednego z poetów – a to jest ta druga sprawa – że ogłosił wszem i wobec, iż po kilku wydawanych tomikach został pisarzem, ponieważ  przyjęto go do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

 Mój Boże – chciałoby się powiedzieć – ma człowiek piękny zawód,  nie mniej piękne zainteresowania, ma i ciekawe hobby, lecz jest dumny, bo został członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

 A czyż kiedyś zrozumie, że książki, to nade wszystko tekst, czyli m.in. uczucia i myśli, które potrafi narracyjnie, w sposób intersujący czytelnika, przekazać, a nie stowarzyszenia, czy też związki?)

 Wracając jednak do mojego 45- (czy też… 55-) lecia działalności literackiej, to na literata, ba! pisarza „pasował” mnie Profesor Artur Hutnikiewicz (1916-2005).

 Bo działo się to w 1969 r., kiedy zadano nam po drugim semestrze polonistyki prace zaliczeniowe z poetyki u dr Krystyny Jakowskiej. Bardzo chciałem pisać na temat Soli ziemi Józefa Wittlina (1896-1976), ale pani doktor nie chciała się zgodzić, ponieważ właśnie z tej książki niedawno obroniła doktorat. – No bo cóż student pierwszego roku – pięknie uśmiechała się do mnie, była wtedy ładną kobietą – mógłby jeszcze dodać na temat Soli ziemi?

 Zadała mi pracę na temat Filozofii czynu Stanisława Brzozowskiego (1878-1911). Jakże ja się tym Brzozowskim męczyłem. Siedziałem w każdą wolną chwilę w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Chopina 12/18 i czytałem, czytałem, czytałem usiłując cokolwiek zrozumiec, ponieważ Brzozowski kompletnie, ależ to kompletnie mnie nie interesował.

 I pisałem. Pisałem od razu na czysto. I nie tyle na temat Brzozowskiego, co na temat mojego zmagania z taką lekturą. Wyszło tego przeszło sześćdziesiąt stron tekstu pisanego piórem i w dodatku tzw. „maczkiem”. (Tak, bowiem wówczas pisałem).    

 Prace zaliczeniowe liczyły wówczas dwanaście, no – jak się ktoś rozpisał – piętnaście stron rękopisu pisanego raczej nonszalancko, czyli swobodnie, szeroko.

 Pani doktor w dniu zaliczenia rozdała ocenione prace, skąpo dała dwie „czwórczyny”, raczej były to trójki i „słabe trójki”, po czym wspominała: – „A pana Grabowskiego proszę do mnie, po zajęciach”. 

 Siedziała w swoim gabinecie tyłem do okna. Ja musiałem zająć miejsce tak, że byłem przez pozaokienne światło dokładnie oświetlony. Właściwie ten blask zza okien trochę mnie raził. Pani doktor usiadła bardzo blisko mnie, niemal twarz przy twarzy. Onieśmielało mnie i to bijące zza okna światło, a peszyła bliskość pani doktor.

 – Nie mogę zaliczyć panu tej pracy – mówiła ładna, uśmiechnięta twarz pani doktor. – Jest nie na temat, a poza tym… – tu zawiesiła głos – pan się za bardzo rozpisał. Decyzję w sprawie zaliczenia podejmie Profesor Hutnikiewicz. Proszę zorientować się, kiedy Profesor ma seminaria magisterskie i wejść.

 – Jak to wejść? – zapytałem. – Bez uprzedzenia? Bez umawiania się? – coś tam mówiłem – coraz bardziej onieśmielony bliskością ładnej twarzy doktor Jakowskiej.

 – No, proszę już iść. Tak, jak mówiłam – proszę się zorientować i wejść.

 Wyszedłem zatem, a na pytające spojrzenia kolegów odrzekłem, że o wszystkim zadecyduje „Hutnik”.

 Był to czas „dzieci kwiatów”, czas hippisów, więc nosiło się bardzo długie włosy, brody, ubierało kolorowo (panie chodziły bez staników). Ja też miałem dość długie włosy, ale starłem się co jakiś czas je ogarniać chodząc do fryzjera, a poza tym tzw. „grecką” brodę. Do „Hutnika” zatem należało pójść ogolonym (szyja, policzki, pod nosem, jak to przy „greckiej” brodzie), a poza tym wykąpanym i pod krawatem.

 Profesor Hutnikiewicz bowiem wręcz onieśmielał elegancją, wytwornością nie tylko w ubiorze, ale także w zachowaniu. To była wielka przyjemność widzieć go jak idzie w ciemnozielonym garniturze, w szarym kapeluszu i z laseczką. (Tej laseczki to jednak nie jestem pewien. Zapewne był to parasol. W 1969 r. Profesor miał dopiero 53 lata).

 Nie wypadało zatem iść do niego na egzamin lub zaliczenie w dżinsach. Któregoś więc dnia zapukałem, pod krawatem, do gabinetu Profesora Hutnikiewicza. Usłyszałem – proszę i oto ujrzałem w dość ciemnym pokoju, trwał wtedy pochmurny czerwiec, Profesora i chyba z pięć magistrantek.

 – A, pan Grabowski, proszę usiąść – Profesor wyciągnął mój rękopis i położył go przede mną. – Co to ma być? – pytał poważnie. – Autotematyczna powieść? Zmagania studenta z niechcianą lekturą? A może… praca magisterska? Czy aby nie za wcześnie? – pytał z uśmiechem, a ze strony pań seminarzystek usłyszałem lekki chichot. – Proszę, panie magistrantki też napisały prace o takiej objętości. – Zastanawiam się, czy nie zarekomendować pana do koła młodych Związku Literatów Polskich – mówił całkiem poważnie, a panie seminarzystki popatrzyły na mnie z ciekawością – bo to jest, moim zdaniem, bardziej utwór literacki niż praca zaliczeniowa studenta pierwszego roku polonistyki – podkreślił. – No więc jak na debiut literacki, to jest całkiem nieźle. Zaliczam zatem panu ten – tu się zawahał – tekst na… dobry z minusem („–4”).

Złożył swój charakterystyczny podpis i datę: „4.06.69” wiecznym piórem z jakby zbyt szeroką końcówką stalówki.  – I niech się pan nie zmienia. A prace zaliczeniowe proszę pisać o połowę krótsze i chociaż w jakimś sensie uwzględniające zadany temat.

Tak, niemal słowo w słowo, zapamiętałem pierwsze spotkanie z Profesorem. Potem było jeszcze drugie i następne. Drugie, podczas egzaminu z Dwudziestolecia Międzywojennego.

Doktor Jakowska pracowała już wtedy na Uniwersytecie Warszawskim.  Można było pojechać do niej i zdawać w Warszawie. Można było i u Profesora Hutnikiewicza na UMK w Toruniu. Wszyscy, którzy pojechali do Warszawy – oblali. Ci, którzy zdawali u Profesora, prawie wszyscy zaliczyli, w tym i piszący te słowa.

Potem spotkałem Profesora ze dwa razy w Gdańsku. Raz w Bazylice Mariackiej. A potem któregoś razu koło klubu Rudy Kot, na ulicy Garncarskiej. Szedł naprzeciw mnie od strony teatru. Poznał mnie.

Pamiętał także moje nazwisko. Zapytał co u mnie słychać. Powiedziałem, że jestem członkiem Związku Literatów Polskich[*] i wydałem kilka książek. – A, to miałem wtedy dobrą rękę, bo debiut literacki miał pan u mnie – dodał i pożegnał mnie z uśmiechem.

4 czerwca 1969 roku. I podpis Profesora Artura Hutnikiewicza. Czyż mógłbym sobie życzyć lepszy literacki debiut?

22-24 października 2022 r.

PS Do tego zapisku oprócz pierwszej strony okładki Rzeczy lirycznych załączam także zdjęcie zrobione w maju 1975 r. przez mojego brata Henryka (1953-2011), który mnie wtedy odwiedził.

Tak właśnie chodziło się na egzaminy także do Profesora Artura Hutnikiewicza. A zdjęcie zostało wykonane na Bielanach. W tle widać dom studenta nr. 8, gdzie wówczas mieszkałem.

 

[*] 12 grudnia 1990 r. zrezygnowałem z członkostwa Związku Literatów Polskich, Oddziału Gdańskiego, ze względu na nie do zniesienia atmosferę, intrygi oraz „robienie koło pióra”. W niedługi czas potem zarekomendowano mnie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddziału Warszawskiego. Uważam jednak, że pisarz powinien unikać wszelkich organizacji czy to literackich, czy to pisarskich, ponieważ… „pomóc nie pomogą, a zaszkodzić, to i owszem”. Najważniejszy (i jedyny) kontakt to: pisarz – wydawnictwo lub wydawca (którzy płacą autorowi, a nie odwrotnie) – czytelnik. Albo tylko: pisarz – czytelnik.