ZŁOTO I BIEL

Wybór poezji
Data wydania: 2007

 

„I tak metafizyka przenika się z rzeczywistością, jak Niewidzialne z Widzialnym. A wszystko dzięki zanurzeniu autora w przyrodzie i doskonałemu wręcz z nią kontaktowi. Czytając zbiór trudno oprzeć się wrażeniu, że Jan P. Grabowski przeniknął niejedną Tajemnicę właśnie dzięki temu, iż natura wydaje się nie mieć przed nim żadnych tajemnic. Natura – dodajmy – rozumiana jako dzieło Stwórcy, a więc dająca człowiekowi przeczucie Boga”.

Fragment wstępu pióra Waldemara Smaszcza. Białystok, 2007

ZŁOTO I BIEL.

Wybór poezji, (+ płyta CD; wybrane wiersze czyta Piotr Adamczyk).

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., Pelplin 2007, ss. 278. (134 wiersze + proza).

 

Książka zawiera wiersze z lat 2003–2007 oraz utwór pt. Świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość nagrodzony m.in. Grand Prix oraz Nagrodę Marszałka Województwa Pomorskiego na XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego.

Wstęp do tej książki napisał Waldemar Smaszcz, znany historyk literatury, krytyk literacki, eseista.

Do książki załączona jest płyta, na której 15 wybranych prze siebie wierszy nagrał Piotr Adamczyk, aktor znany z filmowych ról m.in. Fryderyka Chopina oraz Jana Pawła II. Są to następujące utwory: Już kwiecień…; Czułem, że znikam w deszczu jak kropla w wiadrze deszczówki; W taki czas cisza; Już najwyższa pora zajrzeć do parku w Oliwie; Zdumienie; Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno; O, tego mi trzeba było dzisiaj – Panie; Niemal cały dzień nad jeziorem; Dotykalność; Tylko Ty i ja tutaj: w złotej widzialności dnia, w gorącym Słońcu września; Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka; Październik, jakbyś przybliżył się…; Bez lęku; I „dlaczego” – coraz częściej sobie i Tobie – zadaję pytanie:; Wszechświat nade mną.

Wiersze wchodzące w skład Złota i bieli. Wyboru poezji otrzymały m.in.

pierwszą nagrodę w VI edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Prezentacje Ekologiczne Barcin 2005” zorganizowanego pod patronatem Wicemarszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego;

pierwszą nagrodę, w kategorii „Poezja”, w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O Gmerk Olkuski 2006” zorganizowanym, pod patronatem Burmistrza Miasta i Gminy Olkusz, przez Miejski Ośrodek Kultury w Olkuszu;

dyplom za zajęcie pierwszego miejsca, w 2006 r., w Konkursie Poezji o Tematyce Przyrodniczej zorganizowanym przez Zarząd Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego w Gdańsku;

pierwszą nagrodę, w 2007 r., za poliptyk poetycki, złożony z czterech utworów, pt. Kwartyny poszpitalne, w X Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O ludzką twarz człowieka” w Krośnicach;

nagrodę główną, w 2007 r., za zestaw wierszy, w kategorii wierszy o tematyce ochrony środowiska naturalnego człowieka, w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim XIV Piastowskiej Biesiady Poetyckiej zorganizowanym przez m.in. Starostwo Powiatowe w Pruszkowie oraz Konfraternię Poetycką „Biesiada” w Piastowie.

Na obwolucie Złota i bieli. Wyboru poezji dr hab. Krystyna Turo, profesor Uniwersytetu Gdańskiego w następujący pisze o wierszach wchodzących w skład książki:

 

„Jest to liryka głęboko przeżyta, bezpośrednio doświadczona i… metafizyczna. I jakże realna w poetyckich obrazach, umocowana w oliwskich wzgórzach, kaszubskich jeziorach, Gdańsku-Chełmie, na ulicy Długiej w Gdańsku, w Gdyni-Wiczlinie, w Malborku czy Ustroniu Morskim; to poezja bardzo dokładnie określonego miejsca i czasu. To wręcz dokument, sprawozdanie, próba poetyckiego „zapisania” własnego istnienia, uporczywego znaczenia i utrwalania swojej obecności  w nieustannie zmieniającym się świecie. Wyrasta z ulotnej chwili zadumy, zamyślenia.

Poezja Jana P. Grabowskiego ma wielką szansę przetrwania, bo jest to liryka ogromnej ufności, ale i zwątpienia, poezja trwogi, bólu, ale i wielkiej radości, zachwytu, uświęcenia zwykłości oraz zdecydowanej pokory wobec kwestii absolutnych, „ukojenia”, „pogodnej rezygnacji”, ale i „wywyższenia” człowieka, poezja dziękczynienia oraz wiary w człowieka i w niewidzialnego, lecz osobowego Boga. Pojawia się w niej także i Nicość, np. w wierszu pt. Jedyne, co jest pewne? – rodząc pytanie i niepokój. Jej „obecność” to pewnik? Czy tylko pytanie prowokujące? Jeżeli nawet „Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?”

Poezja Jana P. Grabowskiego to liryka zrodzona w nagłym błysku, ulotnych przeżyć człowieka złączonego z określonym, nazwanym miejscem i czasem, ale i wielkiej Tajemnicy, ciągłego niedosytu oraz niepewności, dramatu i poznawania Boga i ocalania człowieka, bo „niepojęte” jest w „Nim”, ale także i w „nas”.

 

Promocja Złota i bieli. Wyboru poezji odbyła się dnia 18 października 2007 r. o godz. 18:00 w Sali Morskiej Hotelu Novotel-Marina w Gdańsku. Słowo wstępne wygłosił dr Michał Buliński. Wiersze czytał Jerzy Kiszkis, aktor Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku. Oprawa muzyczna w wykonaniu kwartetu smyczkowego Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis w składzie: Przemysław Mazur – I skrzypce, Piotr Swat – II skrzypce, Małgorzata Kieszniewska – altówka, Marcin Szczypiorski – wiolonczela.

 

Zawartość: Co to za pora roku?; Nigdy nie zapomnę; Spotkanie; Pogodna rezygnacja; Już najwyższa pora zajrzeć do parku w Oliwie; Nareszcie tyle wokół światła; Z zazdrością; Zapewne chwila ta niewiele znaczy; Medytacje; Jeszcze się zobaczymy; Niekiedy najważniejsze są właśnie chwile; Z powściągliwą nonszalancją; Moja droga, pojedźmy – chociażby – do Sobieszewa; Ale czyż można uciec z… krajobrazu?; Coraz więcej ciemności…; Wiersz nieśpieszny; Tylko Ty i ja tutaj: w złotej widzialności dnia, w gorącym Słońcu września; Złoto i biel; Ach, błyski, lśnienia, zorze; Zresztą, gdzie tu świt, gdzie noc?; Spacer. Spacer brzegiem; Ach, zapamiętać, zapisać to światło…; Czy to – naprawdę – komnaty?; Co nas podkusiło aby nagle do boru pójść nocą?; A potem przystanęliśmy…; Moja… ars poetica; To światło wielkiej ciszy; Pójdę naprzeciw zimy; Zapowiada się mróz; Złoty pył; Na pozór niewiele znaczące zdarzenia, epizody; Wiadomo?; Półmrok i rozwidnienie; Co wtedy powiedzą o tej – nie do powtórzenia? – nocy; Jedynie film?; Wystarczy spotkać…; Tylko Bach podprowadza nas na próg Tajemnicy; A Blask niech roztacza się, ogromnieje, trwa; Gdzieżeś – ojcze – jest?; O, ptaku, który tak pięknie gwiżdżesz; Ależ ta noc jest dziś piękna; Niby iluzja złotem przetykanej materii jest ta kwietniowa noc; Śmiertelni jesteśmy i tylko śmiertelne tworzymy rzeczy?; Pozostają chwile jak ta: gdy właśnie wszędzie kwitną forsycje; Zdumienie; Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością; Tymczasem jeden błysk Słońca wystarczył mi; Dowcip; Ach, te wiersze mistrzów niedościgłych; Od kilku dni wiatr odwiedza moje strony; Przed burzą, przed deszczem zdążyć?; A w niedzielę, w pogodne czerwcowe południe…; Dalej, coraz dalej…; Cieszyć się każdą chwilą; O, błądzić jak najczęściej; Nareszcie jest tak, jak ma być; Przedwczoraj; Cóż, odjechałem…; O, tego mi trzeba było dzisiaj – Panie; Niemal cały dzień nad jeziorem; Najpiękniej jest tuż przed wyjazdem; Dotykalność; Złotnik niewidzialny; Fotografie nad Zatoką Gdańską; Ale gdzie indziej iść nie śpieszono mi wcale; Gdzie jesteś?; Jeszcze jestem tutaj, a już jestem Tam; Jezioro jak ze snu w lasach sosnowych schowane; W pojedynkę; Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka; Kiedy dzień – w zieleniach i purpurach – spać się kładzie; Być może nieistotny zapis; Lisia skóra; Dominique Labelle; Kathleen Battle; Już prawie wszyscy Tam są; Na osiemdziesiątkę; Listopad. Jakby już na progu, za którym tylko… Biel i Złoto?; Wszechświat nade mną…; Radość przeżywania dni, które przychodzą i odchodzą; „Srebrny” sen o Księżycu; Ach, kto tak naprawdę wie?; Z upodobaniem do bieli; Z upodobaniem do zieleni; Chciałbym znowu porozmawiać z Tobą; Już kwiecień…; W taki czas; Czy już otworzyła się przed Tobą – Ojcze – brama Wieczności?; O, piękne to chwile; Nigdy nie jestem sam; W kwietniu o piątej nad ranem; Panie, a zatem ma być ze mną właśnie tak, jak jest?; Późna noc lipcowa; Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno; „Jednia”; Kiedy, powiedz: kiedy jest lato?; Tak cicho, jakby cały świat zasnął; Cisza. Śródnocna cisza. Wszyscy śpią; Nikt nie może mi zabrać widoku jeziora; „Do zobaczenia”, powtarzam; Tak pięknie o świcie może być tylko we wrześniu; Październik, jakbyś przybliżył się…; Bez lęku; Obserwując przeciwzmierzch, czyli Pas Wenus; W glorii jasności; Po lekturze Gottfrieda Wilhelma Leibniza; Po lekturze Aleksandra Wolszczana; „Wstawaj, pospiesz się, moja ukochana…”; W dzień Bożego Narodzenia; I „dlaczego” – coraz częściej sobie i Tobie – zadaję pytanie; Słuchając arii Piacere „Lascia la spina cogli la rosa”; Ten miniony czas, który był – i jeszcze we mnie jest – teraz we śnie się pojawia; O, Pani, jesteś tak piękna jak po nocy świt; Światłobranie; Czułem, że znikam w deszczu jak kropla w wiadrze deszczówki; Spacer w deszczu; O, Toruń, dawne, minione czasy…; Wiosną parkiem cały świat się staje; O, być jak wiosna, która od nikogo i od niczego nie oczekuje pozwoleń; Biała azalia, pachnący rzepak…; Zapach nieznanych lądów…; Czy to, co Niewidzialne…; Z czułością, więcej niż z czułością; Życie: niemal niematerialny, jak tchnienie lekki, jak malowany światłem, jedwab; Wieczór po upalnym dniu; Przeminęły dni ze złotym tłem upału; W powietrznej perspektywie tamtego lata; A październikowym wieczorem; Październik jest jak moje pulsowanie krwi; O, witam cię, witam jasny, przejrzysty, przestronny dniu grudniowy; O, stanąć pod „tamtymi” gwiazdami ulicy Poznańskiej; W ten wieczór i noc…; Styczeń, nie-styczeń: w powietrzu…; W styczniu, nie-styczniu: bo nie wiadomo…; W rytmie andante; „Świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

JUŻ KWIECIEŃ…

(A zatem: nic tylko płynąć-lecieć ku Słońca wyżynom)

 

Uwielbiam. Uwielbiam powietrze o świcie.

I drogę wprost do Słońca. Mógłbym tak iść i iść.

Może zdążyłbym do Słońca dojść zanim ponad

horyzont się wzniesie? Może na mnie poczeka?

 

Jeszcze po ziemi idę, a powietrze mnie unosi.

Ach ileż wokół już światła, ileż blasku, błękitu.

Jakże czuję się lekko: idę czy już lecę-płynę?

Jakbym skrzydła miał, lżejszy był od powietrza.

 

Błyszczy ziemia od szronu, uśmiechają się ludzie                         

z gwiazdką blasku w źrenicach. Biegną szybko

jak zazwyczaj o świcie. Chciałbym im powiedzieć:

nie pędźcie już: w taki świt można lecieć-płynąć.

 

Unieść się ponad siebie. Ponad codzienność stąd.

Nieprawda, że nie ma od niej odwrotu. Można

o niej zapomnieć, wznieść się – odpłynąć. Zostać

tu aniołem-ptakiem chociażby przez jeden świt.

 

Wiem, nie dojdę do Słońca, nie zdążę choćbym

bardzo się spieszył. Światła już wysoko na niebie.

Mogę zostać tutaj: w powietrzu i płynąć. Płynąć?

Płynąć! Wśród blasku lecieć ku Słońca wyżynom.

 

(2005)

 

 

ZDUMIENIE

 

Oliwa, nareszcie wokół więcej drzew

niż ludzi i – najważniejsze: właśnie wtedy,

gdy na ławce na chwilę przysiadasz

niemal naprzeciw ciebie odzywa się kos.

 

Miałeś już wstać i w swoją drogę pójść

– w gorącym Słońcu kilka chwil siedziałeś,

chociaż od zatoki ciągnął jeszcze ziąb –

gdyby nie ten kos. Głos jego zatrzymał cię:

 

słuchałeś. A on najzwyczajniej gwizdał…

swoje: tak jakby do niczego innego

nie był tu stworzony. Bo chyba – nie jest.

Bo któż potrafi tak upiększać świat

 

samym tylko gwizdaniem? A może właśnie

wtedy dawał – tym gwizdaniem – popis

swoich możliwości? Bo to w tobie znalazł

słuchacza – wcale nie przypadkowego? Bo:

 

nie zauważyłeś by ktokolwiek przystanął

albo – tuż obok na wolnej ławce przysiadł.

I w zachowaniu, w obecności spacerujących

nie dostrzegłeś pośpiechu. Po to przecież

 

do parku przyszli. Ale czy kosa słyszeli?

„O, ptak śpiewa” zapewne myśleli o kosie.

I przed siebie szli. A czy wiedzieli: gdzie idą?

A czy gwizd kosa miał to samo znaczyć

 

co kwitnące forsycje, co światła w powietrzu:

że nieodwołalnie wszędzie już trwa wiosna?

A może zupełnie „nic” to „wszystko” ma znaczyć?

Bo tak właśnie – nie inaczej i tutaj – ma być?

 

(2004)

 

 

ACH, JAK CICHO, JAK CZARNO, JAK MROCZNO

 

Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno.

To puszcza podchodzi pod okno i patrzy,

i zagląda swoimi czarnymi oczami. Oplata

chatę i mnie. I nie mogę, nie mogę zasnąć.

 

Może gdybym po przyjeździe się z puszczą

poznał, poszedł – za dnia – na skroś drzew,

próbował jej powab odszukać, może gdybym

posłuchał jej szeptów, może i ja mógłbym spać?

 

I wtedy mógłbym wędrować pośród leśnych

ciemności. I sen być może nie byłby tylko

snem? Bo wszędzie ją widzę i słyszę. I czuję

jej dotyk. Wydaje się – nie! mam pewność –

 

że jest tuż obok mnie. Więc ułożyć się z nią 

do snu? Tym bardziej nie mogę spać. Zaraz

wyjdę na dwór? Na próżno. I tu wszędzie jest.

Do rana nie zasnę. Cyt, niech dzieje się, co chce.

 

(2005)

 

 

KIEDY STALIŚMY NA PRÓŻNO CZEKAJĄC SZCZUPAKA

 

1.

Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka…

(Przez cały dzień nie zanurzył się ani jeden spławik). 

Niewiele, wtedy działo się nad wodą. Oprócz tego,

że niemal zewsząd przybywał październik. W barwach,

 

jakie mogą zdarzać się jedynie… w październiku.

Ale nade wszystko – pojawiał się – w zapachach.

Odnaleźć można było w nich niedawny powab lata.

I jeszcze tę dal do Słońca: w blaskach, w rozzłoceniach.

2.

Nad wodą, zatem trwała cisza. Czyżby szczupaki

już posnęły albo tak wcześnie odpłynęły w głębinę?

Na niebie od rana – tymczasem – przeciągały ptaki:

na południe, na południowy-zachód i na zachód.

 

Jak gdyby w jeden dzień chciały opuścić północ.

My staliśmy nad wodą spokojną i czystą: owładnięci

zapachami października. Zwolna zanikając na tle

barw jesieni i – wczesnego, zza jeziora – zmierzchu.

 

(2004)

 

 

PAŹDZIERNIK – JAKBYŚ PRZYBLIŻYŁ SIĘ…

(Czyli: Słuchając Nokturnu ES-dur op. 9 nr 2 Fryderyka Chopina)

 

Nie ma nic piękniejszego aniżeli październik,

kiedy zewsząd pod stopy złoto ci się kładzie

liści i Słońca. Zupełnie jakbyś po promieniach

szedł. I coraz bliżej był… Bliżej Czego, Kogo?

 

O, liście w kolorze purpury, szkarłatu, karminu i

brązu… I we wszelkich odcieniach złota i jesieni.

Tylko w październiku te barwy spotykasz. I niebo

– po zachodzie Słońca – w jasnozielonym kolorze.

 

W październiku jakbyś po promieniach chodził.

Jakbyś w złocie liści brodził. Spójrz, ileż światła,

ileż złota na stopach masz. Ileż złota w powietrzu.

Ileż – spotykasz – ciszy, spokoju, zastanowienia.

 

Bo październik trwa zazwyczaj tylko jeden miesiąc.

Czasami – nieco dłużej. Niekiedy pozostaje cały

rok… oczekiwanie na jego barwy. Na jego światła.

I nic nie pomoże oglądanie się wstecz. Ty czekasz

 

na jeszcze jeden, ten w tym roku, październik. Tak

jakbyś chciał doznać… jego pogody, lecz nie tylko.

Bo kiedy nagle zewsząd aż tyle barw, blasku, świateł

to  jakbyś przybliżył się… Lecz do Czego, do Kogo?

 

(2005)

Złoto-i-biel_płyta_CD

 Płyta została nagrana w maju 2007 r.,

zawiera 15 wierszy z lat 2003-2006.

 

 Piotr-Adamczyk_zdjęcie

 Piotr Adamczyk

 

 

 

 Wiersz pt. Już kwiecień (2005)

 

Wiersz pt. Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno (2005)

 

Wiersz pt. I dlaczego coraz częściej – sobie i Tobie – zadaję pytanie: (2006)

 

 

 

Motto:

 

„Człowiek większy nad słońce, wie że ta powłoka

Złota, ciemna jest tylko tworem jego oka.

Oko w oko utapiam w Tobie me źrenice,

Chwytam Ciebie rękami za obie prawice.

I krzyczę na głos cały: wydaj tajemnicę!

Dowiedź, żeś jest mocniejszy lub wyznaj że tyle

Tylko, ile ja, możesz w mądrości i w sile”.

 

Adam Mickiewicz Broń mnie przed sobą samym…

 

 

„Nagle pod twoimi nogami pojawia się Ziemia,

 która jest intensywnie niebieska

 i jarzy się takim tajemniczym, wewnętrznym światłem,

 błyszczy na tle kosmosu jak cudowny szafir.

Dokładnie widzisz oceany, lądy, góry, srebrzystą otoczkę atmosfery.

Całe niebo jest jak czarny, miękki aksamit,

 a Słońce z białego złota, niesamowicie jasne, tak cudownie białe.

 To naprawdę niesamowity widok i niezwykłe doznanie”.

 

Piers Sellers, astronauta

 

 

„Jezioro jest najpiękniejszym

 i najbardziej wyrazistym elementem krajobrazu.

To oko ziemi,

 w które zaglądając mierzymy głębię własnej natury”.

 

Henry D. Thoreau Walden, czyli życie w lesie

 

 

 

„ŚWIAT TO TYLKO OBRAZY

WYKREOWANE PRZEZ NASZĄ ŚWIADOMOŚĆ”[1]

(Albo: Tęskniąc za czasami Stanleya Kubricka i Federica Felliniego)

 Fragment[2]

 

INTRODUKCJA

            Życie ze swej natury jest spokojne: przebiega na pozór niepostrzeżenie, to znaczy rodzimy się, żyjemy, a potem umieramy niezauważalnie nie tylko dla Wszechświata i Absolutu, nie tylko niedostrzegalnie dla dalszej i bliższej widzialnej i niewidzialnej przestrzeni, ale także i dla nas samych.

Albowiem jesteśmy, trwamy, żyjemy, a potem najzwyczajniej nas nie ma: znikamy – w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu – rozprzestrzeniamy się w ziemi, w wodzie, w powietrzu, w pyle słonecznego światła, w jasnoturkusowym kolorze Wszechświata.

Czyż, zatem to, co dzieje się między narodzinami, a śmiercią warte jest zapamiętania i utrwalenia? Bo prawie wszystko ulega albo zupełnemu, i niemal natychmiastowemu zapomnieniu, albo trwa dopóty, dopóki żyjemy? A potem, gdy nieodwołalnie i na zawsze znajdziemy się w Wieczności któż będzie o nas pamiętał? Komuż będą potrzebne te różne przypadki, zdarzenia i zdziwienia z naszego życia? I czy aby na pewno przybliżające nas do Tajemnicy?

SEN

– „Nulla dies sine linea” – Kajetan przypomina sobie sentencję wypowiedzianą podczas immatrykulacji przez dziekana wydziału humanistycznego. Był wtedy studentem pierwszego roku uniwersyteckiej polonistyki w mieście urodzin Mikołaja Kopernika i trzymając w dłoni jeszcze nie zapisany profesorskimi, sławnymi lub w ogóle nie znanymi, nazwiskami indeks intuicyjnie przeczuwał, że oto otwiera się przed nim świat nie tylko filologicznych tajemnic, ale także i tej dotychczas nie poznanej Tajemnicy, do której dostęp mają tylko nieliczni.

A może, tak naprawdę jeszcze nikt i nigdy do niej nie dotarł?

Kajetan ani w tamtym momencie, podczas immatrykulacji, ani potem nie wiedział: czy była to polonistyka lepsza lub gorsza od innych polonistyk? Nie wiedział czy była to polonistyka trudniejsza lub łatwiejsza, bo i z takimi opiniami się spotkał, ale już sam fakt, że nad jego polonistyką unosił się duch Kopernika: filologa, lekarza, wreszcie astronoma nie pozostawał zapewne bez znaczenia. Może ten fakt nie wszyscy studenci polonistyki sobie uświadamiali, a może zdając sobie sprawę nie przykładali do niego należytej uwagi, bo chcieli tylko studiować, zaliczać kolokwia, zdawać egzaminy? A potem, już z dyplomami magistrów, ogarniała ich pozafilologiczna i pozauczelniana rzeczywistość. Znikali gdzieś w niej na zawsze. I dopiero po latach okazywało się, że ktoś jednak zrobił doktorat, ale zniechęcił się filologią i odszedł z uczelni. Dwie, może trzy osoby spróbowało swoich sił na literackiej drodze usiłując zapisać swoje przemyślenia i zdziwienia otaczającym światem w kilku tomikach wierszy. A pozostali zatracili się w świecie materii, a może w świecie ducha? Albo – na pograniczu tych dwóch światów… jak bohaterowie filmów Ridley’a Scott’a?

PRZEBUDZENIE

– „Nulla dies sine linea” – myśl ta nie opuszcza Kajetana, gdy budzą go pierwsze promienie Słońca. Jest wcześnie: trzecia, może  czwarta nad ranem. Nie chce sięgać po komórkę, spełniającą przecież także funkcję zegarka i budzika, aby zobaczyć: która godzina i ażeby nie przepłoszyć tej chwili przebudzenia i by żadnym szelestem nie naruszyć ciszy i spokoju trwających wokół niego i w nim samym.

– „Nulla dies sine linea” – powinien, zatem sięgnąć do laptopa, albo przynajmniej włączyć w komórce dyktafon, ale w ten sposób naruszyłby tę niemal nieskazitelną ciszę i spokój  otwierające się na jasnoniebieskawozieloną przestrzeń jeziora.

Powinien wstać, a mimo to nie mógł wyzwolić się spod władzy snu. I czegóż chciał od niego, i po tylu latach, ten dziekan przypominający mu swoją sentencję o ani jednym nie zmarnowanym dniu? Bo zapewne to miał na myśli?

STANLEY KUBRICK

Czyż jednak można było żyć tylko filologią, choćby prowadziła i do najwspanialszych tajemnic, kiedy tuż obok, o kilka ulic dalej od wczesnego poranka i aż do późnej nocy otwierały swoje przestrzenie kina ofiarujące widzom ów moment olśnienia, kiedy to mogą uwolnić się od ograniczeń własnej, codziennej egzystencji? To właśnie wtedy – w kinie, podczas seansu filmowego – można zapomnieć o wszystkim i schronić się przed wszystkim i często, coraz częściej, dotrzeć aż Tam, na drugą stronę rzeczywistości, a może wyobraźni, a może jeszcze dalej, a może tylko tuż obok, o kilka kroków, jak to później „awangardowo”, „artystycznie” szamocąc się z samym sobą pokaże w swoich słynnych „przesunięciach” reżyser Mullholand Drive David Lynch? Czyż można było żyć tylko filologią, gdy wszędzie unosił się duch Kopernika co i raz przypominając, że codzienność, to są nie tylko słowa i książki, ale także, a może nade wszystko, nieustanna obecność widzialnej i niewidocznej przestrzeni w każdy dzień i w każdą noc otwarta na Wieczność, Kosmos i Absolut?

Kajetan niespodziewanie uświadomił sobie ten fakt, gdy któregoś razu dostrzegł w jednym z kin śródmieścia kilka fotosów z filmu 2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka. – Film jak film – pomyślał. – Stanley Kubrick? – to nazwisko także mu niewiele wtedy mówiło, ale już po pół godzinie projekcji siedział coraz bardziej zafascynowany, zauroczony światem rozgrywającym się nie tylko przecież na ekranie. A potem, po seansie, kiedy wracał z kolegami późną nocą do akademika nie odzywał się przez całą drogę słysząc uwagi o „science-fiction”. – Odyseja kosmiczna… „science-fiction”? – Sami jesteście „science-fiction” – chciał im wykrzyczeć w roześmiane twarze.

Przez kilka dni był tym filmem zupełnie oszołomiony. – A zatem można tak i w taki sposób przedstawić aż tyle nie wyobrażalnych i nie wypowiedzianych rzeczy i zjawisk?  A więc można jeszcze w taki sposób próbować dotrzeć do Tajemnicy? Ale czyż była to tylko próba, czy też pewność i prawda, której dostąpił jedynie Kubrick?

PYTANIA

Czy na pograniczu świata ducha i świata materii zawsze pojawiają się takie przypomnienia? Kajetan uświadamia sobie, że powinien wstać, ale przecież w ten sposób niczego nie przybliży, niczego nie przyspieszy? Bo to, co ma się zdarzyć i tak prędzej, czy później się zdarzy? Bo nie ma prawie na nic, nawet na swoje istnienie, niemal żadnego wpływu? I czy rzeczywiście filmy Stanley’a Kubrick’a, Ridley’a Scott’a, Federico Felliniego, Luchino Viscontiego, Masakiego Kobayashiego, Akira Kurosawy, Roberta Bressona, Michelangelo Antonioniego, Ingmara Bergmana i wielu innych wybitnych reżyserów do niczego go nie przybliżyły? Czy też były jedynie chwilami zapomnienia przed przerażającą codziennością, od której w żaden sposób nie można się uwolnić?

Za oknem mimowolnie powiększa się widzialny świat. Mimowolnie, a więc powstaje sam z siebie, czy też jest naturalnym zjawiskiem natury, konsekwencją praw Wszechświata, a może stwarza go Ten, Który jest największym reżyserem i oto nieustannie inscenizuje widzialny świat z co chwila zmieniającym się oświetleniem, z przyrodą jako żywą scenografią, z ludźmi jako aktorami?

W takim razie po co wstawać, żyć, dążyć do zaspokojenia lub realizacji wybranego celu jeśli jesteśmy w swojej zachłanności zawsze nienasyceni? Czy tylko dlatego, że domaga się tego fizjologia, że takie zachowania nakazuje świadomość odróżniająca nas od zwierząt? Bo przecież wciąż jesteśmy jak te zwierzęta z pierwszej sekwencji 2001: Odysei Kosmicznej Kubricka wyrywający sobie nawzajem każdy kęs pożywienia, walczący o wszystko mimo praw, Dekalogu i zasad współżycia społecznego, których tak naprawdę nikt nie przestrzega? I dopiero trzeba Czarnego Monolitu, Tajemnicy byśmy zapomnieli o swojej codziennej zachłanności, nienasyceniu i zadali sobie pytania: kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy, jaka jest tajemnica naszych umysłów, czy jesteśmy wciąż nie poznanym i jednorazowym wybrykiem natury, czy elementem ogólniejszego porządku, czy wolno nam uznać, że Kosmos był dla nas – i dla życia w ogóle – przychylnym miejscem?

GŁÓD

Cóż jednak po takich, i podobnych, pytaniach, kiedy o realności przypomina fizjologia i trzeba zaspokoić organizm pożywieniem, a dopiero potem rozmyślać według zasady „primum edere, deinde philosophari”? A gdyby przestał jeść i pić od dzisiaj, od zaraz, od teraz? Przecież nie musi ulegać temu mimowolnemu, fizjologicznemu nawykowi. Czyżby więc wszystko zależało od fizjologii: bo jeśli nie dostarczy organizmowi pożywienia, to nie będzie mógł myśleć, a jeśli przestanie myśleć, jeżeli i zmysły odmówią mu posłuszeństwa, przestanie żyć? Czyż, zatem życie jest tylko nawykiem podtrzymywanym przez codzienne jedzenie? I któż w ogóle zdaje sobie z tego sprawę? Któż ponadto zdaje sobie sprawę z tego, że oddycha? Jeść przecież może przestać od dzisiaj, od zaraz, od teraz? A oddychać? Przecież mimowolnie nie może przestać oddychać, chociaż byłby to najprostszy i najszybszy sposób unicestwienia. Tylko gdzie wtedy będzie, gdzie się wówczas znajdzie? Czy aby na pewno Tam, gdzie wszystko znajduje swoje rozwiązanie, a więc po drugiej stronie Tajemnicy? A zatem tutaj już niczego się nie dowie, niczego nie dozna, nawet o krok nie przybliży do Tajemnicy? Bo przecież Ten, Który codziennie, i od nowa, inscenizuje spektakl z powietrza i światła nie wskaże mu drogi, nie podpowie w jaką ma pójść stronę? Czyżby, zatem sam miał tę drogę, przynajmniej ścieżkę, odnaleźć a Ten, Który obdarzył go świadomością i wrażliwością i tak już uczynił wystarczająco dużo? A więc nie może zawieść chociażby Jego, nie może zawieść i siebie? I musi przeżyć jeszcze jeden dzień?

ROZŚWIT

Kajetan otwiera drzwi: nie wychodzi jednak na zewnątrz, to świt wdziera się jasną poświatą do środka przez powiększającą się szczelinę, a także wraz z pierwszym oddechem przenika do krwiobiegu. Stoi przez chwilę czując w sobie jeszcze noc i z wolna ulatniające się sny, a jednocześnie doświadcza jak każdy oddech uwalnia go spod władzy ciemności.

Kajetan stojąc w otwartych drzwiach – jakby na pograniczu nocy i niemal niezauważalnie rozrastającego się świtu – nie mógł uwolnić się od przekonania, że nie ma – w tym momencie – nic ważniejszego prócz doznawania światła, i że nie ma na to żadnego wpływu, i że może jedynie podziwiać – jako następstwo tego procesu – niepochwytne i zmieniające się piękno świata pojawiające się na tak niedostrzegalną chwilę, że nie do zatrzymania. A przecież tak niewiele może dostrzec: zaledwie od 380 do 780 nanometrów promieniowania elektromagnetycznego. I co ujrzałby, co doznałby gdyby mógł widzieć w nadfiolecie lub w podczerwieni, a może jeszcze w tym innym wymiarze dostępnym zapewne tylko dla Tego, Który to wszystko: ten cały widzialny i niewidzialny świat stwarza? A gdyby mógł zatrzymać, utrwalić to nieustannie zmieniające się światło przenikające powietrze świetlistym pyłem jasności, wydobywającym z odległości kontury drzew, powierzchnię wody i nieba z powoli blaknącymi gwiazdami? Ale jakież urządzenie, choćby technicznie najdoskonalsze, mogłoby zarejestrować przemijający obraz świata?

Kajetan spogląda ku zachodniemu krańcowi jeziora: gdzieś nad jego horyzontem zapłoną już o wczesnym zmierzchu widoczne gołym okiem: Merkury, Wenus, Mars, Saturn i Jowisz. Takie spotkanie tych planet, i w tym miejscu, powtórzy się dopiero za 58 lat. Co się wtedy z nim stanie, czy będzie jeszcze tutaj, czy już po drugiej stronie Tajemnicy? Za 58 lat, gdyby dożył, byłby już bardzo starym, może tylko starym, człowiekiem jeśli przez ten czas zostanie odkryta tajemnica przedłużania ludzkiego życia. Cóż jednak po przedłużaniu życia 70 czy 80 latkom? Cóż po przedłużaniu starości? Gdyby sam miał wybierać wolałby przeżyć te swoje 70, może 80 lat jako… 30, najwyżej 35 latek, a potem któregoś dnia sam zadecydowałby o swoim życiu. Wówczas – tak jak dziś, tak jak w tej chwili – mógłby spojrzeć na świt, jezioro, niebo i paradę planet nad zachodnim horyzontem, bo przez te 58 lat prawie nic lub niewiele tu się zmieni. Na pewno nic nie zmieni się na niebie, gdyż Merkury, Wenus, Mars, Saturn i Jowisz znowu spotkają się w tym samym punkcie. Jeśli cokolwiek się zmieni, to może tylko w wyglądzie krajobrazu.

Jeśli nawet weźmie kamerę i zrobi kilka zdjęć, jeżeli nakręci film i zostanie zapisany dźwięk, to jakież to wszystko będzie niedoskonałe, bo za rok, za dwa, za trzy lata okaże się, że oto powstały kamery z jeszcze większą możliwością zapisu dźwięku, jeszcze doskonalej rejestrujące obraz. A przecież i tak nie utrwali zapachu wody, ani dotyku i smaku, ledwo wyczuwalnego, lekkiej mgły przenikniętej światłem tego poranka.  Po cóż jednakże zapisywać, rejestrować, utrwalać świat przy pomocy chociażby i najdoskonalszych urządzeń, kiedy on sam, jego zmysły potrafią zarejestrować to wszystko, co widzialne, słyszalne, a nawet tylko przeczuwane? Jestże, zatem jedynie żywą kamerą rejestrującą widzialny świat, czy też żywym, lecz nietrwałym urządzeniem w rękach Tego, Który stworzył go po to, by rejestrując, zapisując, utrwalając próbował znaleźć drogę do Tajemnicy? W takim razie po co każdego roku, niemal każdego miesiąca, powstaje aż tyle filmów, które niczego nie wyjaśniają, do niczego nie przybliżają? Czyżby miały być jedynie rozrywką, ukazaniem możliwości natury ludzkiej w jej całym skomplikowaniu i zawikłaniu? Czyżby miały być ucieczką przed rzeczywistością, czyżby miały być zapomnieniem o realności, której w żaden sposób nie można uniknąć? Czyżby więc tych wszystkich reżyserów realizujących sny na jawie nie stać było na nic więcej? A zatem tylko nieliczni potrafią, jak George Lucas i Steven Spielberg naprawdę „bawić się w kino” i podejmować próby stworzenia arcydzieł? A jednak i nawet Spielberg, genialne dziecko kina, nigdy nie zrealizuje takiego filmu jak 2001: Odyseja Kosmiczna.

Kajetan przypomina sobie Sztuczną inteligencję zrealizowaną przez Stevena Spielberga według scenariusza Stanley’a Kubrick’a. Nigdzie, w żadnym momencie nie odnalazł ani myśli, ani ducha, ani uczuć, ani atmosfery z filmów mistrza Stanley,a. Wyszedł z kina rozczarowany. Cały filmowy świat nie po raz pierwszy wydał mu się sztuczny i duszny wobec obecności drzew, wobec zapachu powietrza, wobec ledwo dostrzegalnych dotyków wiatru, nawet wobec wielkomiejskiego hałasu ulicy. Hałas wydał mu się niemal naturalny w porównaniu z feerią jaskrawych świateł, zamkniętą przestrzenią planu filmowego i przeraźliwym zgiełkiem Sztucznej inteligencji. Ale czyż był to jeden film zrealizowany w ten sposób? Przecież takich filmów podobnych jeden do drugiego zdarza się na ekranach coraz więcej. Reżyserzy zapewne myślą, że jeśli wykreują swoją rzeczywistość i umieszczą w niej aktorów, jeśli dadzą im broń lub wymyślą mniej lub bardziej prawdopodobne interakcje między postaciami to od razu będzie to dzieło sztuki filmowej.

Jakże często te niedawno obejrzane filmy wydały się Kajetanowi odległe wobec dokonań Bresson’a, Losey’a, Vardy, Bunuel’a, Lumet’a, Kazan’a. Tamte, filmy zwłaszcza z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, a nawet siedemdziesiątych XX wieku teraz być może niekiedy rażą zbyt powolną narracją, trochę staroświeckim montażem, czasami niedoskonałym zapisem dźwięku – bo cóż to jest „stereo” wobec „dolby digital sorrund” – ale można odnieść wrażenie, mieć przeświadczenie, a nawet pewność, że odkrywają nowy, nieznany świat doznań i wrażliwości oraz inne spojrzenie na rzeczywistość. Bo czyż tak nie jest z Rashomonem Kurosawy, Czerwoną pustynią Antonioniego, Osiem i pół Felliniego, Buntem Kobayashi’ego, Tam, gdzie rosną poziomki Bergmana, czy Nożem w wodzie Polańskiego, albo Żywotem Mateusza Leszczyńskiego? 

 Jakże, również, aktualne wydały się w tej chwili Kajetanowi słowa nie zapomnianego twórcy Męczeństwa Joanny DArc Carla Dreyera, który powiedział: „nie interesuje mnie obraz rzeczywistości, lecz rzeczywistość obrazów”.

ADAGIO

Czymże można podkreślić tę wszechogarniającą ciszę zewsząd płynącą z przymglonego nieba, znad jeziornej wody, z jaśniejącego w blaskach rozświtu powietrza, z drzew, a nawet z ciemnych gąszczy traw? Bo nawet ptaki, cała ich niewidoczna różnorodność trzepotem rozlegająca się zewsząd, tę ciszę i spokój jeszcze bardziej przybliża tak, że stają się prawie dotykalne, bo słychać je niby w… „dolby digital sorrund”.

Kajetana zdumiało to odczucie: czyżby już nie był w stanie, czyżby nie mógł pojmować otaczającej rzeczywistości w inny sposób, niż jako bezgraniczny plan filmowy, którego jest mimowolnym aktorem, a może i reżyserem realizującym film dla siebie, a może dla… Tego największego Reżysera, Którego może być tylko uczniem, dla tego Reżysera, Który – niewidzialny i niedotykalny – przygląda się tylko jego rozterkom, zmaganiom i wątpliwościom? A może sposób w jaki doznaje i pojmuje ten otaczający świat jest jednak szansą by tę realność zrozumieć? A ów Mistrz nie wtrąca się, bo ma ważniejsze sprawy i stwarzając ten widzialny świat pozostawia jemu – aktorowi i reżyserowi w jednej osobie – wolną rękę, aby sam próbował dotrzeć do Tajemnicy, albo – może – wiele rzeczy i spraw wymknęło się jego uwadze, gdyż nikt – nawet On ze swojej niebiańskiej perspektywy – już nie potrafi okiełznać natury ludzkiej w jej powikłaniach i zachłanności, w jej nieustannym niezaspokojeniu, nienasyceniu i dążeniu do – czy aby na pewno – osiągnięcia doskonałości?

Tylko czymże jest ta doskonałość wobec nietrwałości życia, o której tak naprawdę na co dzień, a więc w każdej chwili, w każdej sekundzie decyduje fizjologia? I któż o tym pamięta, kto zdaje sobie z tego sprawę?

Kajetan przypomina sobie, że jeszcze nie jadł śniadania. Bardziej jednak, niż przypomnienie poranny głód uzmysławia mu fizjologia i jego jak najbardziej dotykalne, wręcz namacalne jestestwo domagające się pożywienia, podczas gdy umysł, wrażliwość odbierają doznania jak najbardziej zewnętrzne: blaski i lśnienia, szumy i szepty, ale także zapach i smak poranka. Właśnie smak, a więc koniecznie musi dostarczyć swojemu organizmowi pożywienia, gdyż przecież nie zaspokoi, nie nasyci swego jestestwa, nie przeżyje nawet jednej chwili chłonąc jedynie blaski światła słonecznego, zapach i smak wody jeziornej. A zatem powinien może złowić kilka ryb, chociażby jedną rybę? Przypomina sobie, że niedawno zakończył się okres ochronny łowienia sandaczy, powinien więc wziąć wędki, iść na pomost i wypłynąć łódką ma jezioro. Wie, zdaje sobie sprawę z tego, że ten połów ryb to tylko pretekst, aby łowić – jak David Lynch… „idee”, bo przecież ma w lodówce zapas pożywienia na kilka dni, ale czyż jednak nie powinien przegłodzić się aby w ten sposób doznać sublimacji, może nawet dostąpić iluminacji, która, kto wie, czy nie otworzy przed nim drzwi do Tajemnicy?

I cóż taki jego stan, ten rozświt, mogłoby uwznioślić: chyba tylko sam George Philippe Telemann i jego Adagio z Koncertu G-dur na obój damore,  smyczki i basso continuo?

Kajetan kładzie płytę z koncertami Telemanna do szuflady odtwarzacza, bierze wędki, odwiązuje łódkę, lecz… cóż to, kiedyż i skąd niespodziewanie pojawiają się te zjawy?

NIMFY

– Jesteśmy tu, widzisz nas, czujesz nas? – do Kajetana dobiegają głosy zza mgły. To z oddalającego się pomostu pozdrawiają go dwie dziewczyny: jasnowłosa i ciemnowłosa. Ta jasnowłosa to Panna Jeziorna, ciemnowłosa to Panna Wieczorna. Skąd tu się wzięły: czyżby były wytworem jego wyobraźni, a może to Słońce stwarza z blasku i powietrza te widzialne, ale czy na pewno dotykalne postacie dziewczyn? A może rzeczywiście spędził z nimi tę krótką noc?

Kajetan próbuje przypomnieć sobie wieczór poprzedzający jego przyjazd nad jezioro: hałas i światła miasta, zapach kurzu śródmieścia, seanse w kinie, nieistotne, niewiele znaczące rozmowy o ostatnio obejrzanych filmach i podróż samochodem. I któż go odwoził: Zuzanna – Panna Jeziorna i Paulina – Panna Wieczorna? Czy zostały z nim a potem odjechały w nocy? Czy były z nim na pewno, czy to tylko jego wyobraźnia, projekcja – po wielu obejrzanych filmach – że tak mogłoby się zdarzyć?

„RADOŚĆ TWORZENIA”

Łódka unosi się na powierzchni jeziora: pomiędzy niebem, coraz bardziej pogodniejącym, a nieodgadnioną głębiną, w której mieszkają sandacze.

Kajetan siedząc w łódce i przygotowując wędki do połowu przypomina sobie co David Lynch powiedział o „radości tworzenia”, że „jest ocean pełen idei, które wskakują do twego umysłu jak ryby do łodzi. I prezentują ci się w całym swym pięknie. Twoim zadaniem jest przełożyć tę siłę, jaką w sobie mają, na język kina. To one cię prowadzą i same ci uświadamiają, jak powinny wyglądać w filmie”.

Zapamiętał ten fragment wypowiedzi słowo w słowo, chociaż nie przepadał ani za Mullholand Drive, ani za pozostałymi filmami tego reżysera. Nie wyobrażał sobie, że idee mogą wskakiwać do głowy jak ryby do łodzi. Wydało to mu się nazbyt surrealistyczne: patrzył na pełną wczesnego Słońca, w jasnoniebieskawozielonych rozprzestrzenieniach, toń jeziora i nie wyobrażał sobie, aby sandacze nagle zaczęły wskakiwać do jego łódki. A może właśnie na tym polega proces tworzenia, że powinien być tylko radością? A może do David Lynch jest tak genialny, że idee, które chce przekazać i sama realizacja filmu nie stwarzają mu żadnych problemów? Jeśli sandacze nie wskakują same do łódki, to cóż to może znaczyć: że on – Kajetan – nie jest artystą, że nie ma tyle „radości tworzenia”, aby nawet wskakiwanie sandaczy do łódki sobie wyobrazić?

Stanleyowi Kubrickowi także na pewno idee nie wskakiwały do głowy jak ryby do łódki. 

Z tym przekonaniem Kajetan zarzuca wędki do wody, siada naprzeciw nich tak, aby mógł obserwować szczytówki i zaczyna wiosłować.

Z pomostu, z brzegu dobiegają go jeszcze głosy dziewcząt, których sylwetki coraz bardziej przeźroczyścieją w jaśniejącym Słońcu. Adagio z Koncertu G-dur na obój damore,  smyczki i basso continuo Telemanna kończy się, przechodzi w długie Vivace, po nim następuje Koncert D-dur, a za nim Koncert B-dur na trzy oboje, smyczki i continuo.

STARY AKTOR            

Kajetan wiosłując czuje opór wody i gdyby nie to odniósłby wrażenie, że znalazł się na pograniczu dwóch, trzech, a może i kilku żywiołów, światów, wymiarów: właśnie wody, powietrza, światła, ale także słyszalnej, niemal dotykalnej, obecności drzew, ptaków i tego całego wszechogarniającego żywiołu życia, którego jest ledwo zauważalnym uczestnikiem.

Nie po raz pierwszy uświadamiał sobie, że nic lub prawie nic by się nie stało, gdyby go w tym miejscu nie było. I nikt także nie zauważyłby jego nieobecności? Zapewne jezioro trwałoby swoim odwiecznym rytmem. Nie zmąciłby także spokoju powietrza i światła. Może tylko Ten, Który jest ponad wszystkim dostrzegłby ze swojej niebiańskiej odległości jego nieobecność, jeśli Jego uwagi właśnie w tej chwili nie zajmuje nic ważniejszego? Bo jest wszakże Wszechobecny i Wszechmocny, ale czyż życie Kajetana jest aż tak istotne by je zauważyć w tym właśnie miejscu? Kajetan niekiedy w to wątpił. Zwłaszcza wówczas, gdy obecność tego największego Mistrza wydawała mu się nieodzowna. Bo zawsze wtedy spotykał się tylko z Jego milczeniem. A może właśnie tak miało być, że milczenie miał przyjąć jako najlepszą odpowiedź na swoje pytania i rozterki? A wybory jakich dokonywał, miejsca w jakich przebywał były w rezultacie tymi najwłaściwszymi, chociaż niekiedy nie opuszczało go zastanowienie, że mógłby w tym samym czasie być gdzie indziej i zajmować się czymś innym? Nie opuszczało go również przeświadczenie, że może wybrać tylko jedną, jedyną, drogę, że może znajdować się tylko w jednym miejscu tak jak ma tylko jedno, jedyne życie, które nigdy więcej nie powtórzy się w tym miejscu i w tym czasie.

Szczytówki co chwila raz w jednej, to znowu w drugiej wędce zaczynają ledwo dostrzegalnie drżeć i wówczas Kajetan zostawia wiosła i lekko, lecz zdecydowanie zacina. Drugą ręką chwyta podbierak i wyciąga pięknego, zielonawozłotawego sandacza. Ryba jest miarowa, trudno utrzymać jej wrzecionowaty kształt w dłoni. Kajetan patrzy kilka sekund na jej miotanie się na dnie łódki, po czym bierze ręcznik, aby pewniej uchwycić zdobycz i już wcześniej przygotowany na taką ewentualność, a następnie wypuszcza rybę do wody. Sandacz jest oszołomiony tak niespodziewanie odzyskaną wolnością, trwa niewielki moment tuż pod powierzchnią wody, po czym powoli znika w głębi jeziora.

Powtarza się to kilka razy z rzędu. Kajetan czuje, że jego zachowanie ktoś jednak obserwuje przez lornetkę z niedalekiej zatoki. Nieznany wędkarz podpływa coraz bliżej, także raz po raz wyciąga z wody to jedną, to drugą wędkę, lecz zamiast ryb słychać tylko jego przekleństwa. Jego donośny, wyraźny głos wydaje się Kajetanowi skądś znany.

Dopiero, gdy wędkarz podpływa bliżej Kajetan rozpoznaje w nim starego aktora, znajomego mu z kilku filmów, sprzed wielu lat.

– Panie, co pan najlepszego wyprawia? – przybysz nie ukrywa irytacji. – Jak można wypuszczać takie ryby?

– Chcą żyć tak jak pan i ja. Mają tylko jedno życie. Po co, więc im je zabierać?

Przybysza zdumiewa taka odpowiedź. Nie ukrywa swojego zaskoczenia.

– Panie, to ja przez kilka godzin złowiłem zaledwie kilka okonków, a pan… wypuszcza takie okazy. Po co, więc było je łowić?

– Po to, że są – odpowiada Kajetan, ale natychmiast reflektuje się, że taka odpowiedź może być nie wystarczająca, bo dostrzega coraz większe zdziwienie w oczach przybysza, więc odpowiada: – A poza tym… byłem głodny – zawiesza głos.

– No tak, a jak pan wypuścił tych kilka sandaczy, to już zaspokoił głód? – nie ukrywa swojej irytacji przybysz. – Takie ryby, takie sandacze. Co to mogłoby być za śniadanie… To nie to, co moje okonki – mówiąc to wyciąga zza burty siatkę. Miota się w niej kilka niedużych okoni. – Jeżeli pan wypuścił takie ryby – przez chwilę waha się, a może udaje zastanowienie – to i mnie nie pozostaje nic innego, niż wypuścić swoje – sięga do siatki i zrezygnowany chwytając za ogon ryby wyrzuca je z głośnym pluskiem do wody. – Żyjcie sobie. Zawdzięczacie życie temu oto panu. A ja dzisiaj mogę obejść się bez ryb na śniadanie.

– Jeśli jest pan głodny, to zapraszam do siebie. Ja także jeszcze dzisiaj nie śniadałem – proponuje przybyszowi Kajetan. – Zatrzymałem się tu niedaleko – mówiąc to wskazuje Domek pod Nimfami.

– Wiem – odpowiada przybysz – nie chciałbym jednak przeszkadzać. Ma pan, zdaje się, towarzystwo: dwie młode damy? Może jeszcze śpią, pora jest wczesna… – zawiesza głos niezdecydowanie.

– Hm, „dwie młode damy”? – nie ukrywa swojego zdziwienia Kajetan. – Musiało coś panu się przywidzieć. Mieszkam sam.

– Słychać je było aż po drugiej stronie zatoki. A po wodzie głos niesie. Można usłyszeć nawet szept. Coś o tym wiem.

– Ma pan dobry słuch. A muzyki pan nie słyszał? Może, gdy płyta się skończyła nadali fragment jakiegoś słuchowiska?

– Słuchowiska? Z taką treścią? Z takimi tekstami? Sam chętnie wziąłbym udział w takim słuchowisku. Nie, nie. To nie było po koncercie, ale znacznie wcześniej. A może oglądał pan film po północy? Ale przecież wyraźnie słyszałem także pański głos – dodaje, lecz już bez przekonania, przybysz.

– Zapewniam pana, mieszkam sam.

– A, jeśli tak, to chętnie skorzystam z zaproszenia, chociaż, tak między nami mówiąc, nie miałbym nic przeciwko towarzystwu dwu młodych pań – odparł przybysz.

Płyną tuż obok siebie, łódka przy łódce, wprost ku pomostowi, który z ich, znacznej jeszcze, odległości wydaje się jak gdyby był zawieszony w niedotykalnej przestrzeni: pomiędzy powierzchnią wody, a niebem.

Przybysz nie przedstawił się Kajetanowi. Może w ten sposób chciał mu pokazać, że przyjechał nad jezioro prywatnie, aby w oddaleniu od wielkiego miasta, w którym zapewne mieszka znaleźć tu ciszę i spokój? A może przedstawianie się uznał za przeżytek uznając, że w tym miejscu powinien być nikim więcej, jak tylko wędkarzem? A może spodziewał się, że Kajetan i tak go zna, przecież był niegdyś znanym aktorem?

Kajetan znał jego głos z anteny radiowej. Późno w noc stary aktor czytał niedawno wiersze romantycznych poetów. W młodości, bowiem występował jako odtwórca romantycznych bohaterów, potem wyreżyserował kilka sztuk, wystąpił w kilkudziesięciu filmach, sam nawet kilka filmów reżyserował, ale nie były to przedsięwzięcia udane artystycznie. Ostatnio znów sobie o nim przypomniano. Wystąpił w kilku sztukach telewizyjnych, w rolach drugoplanowych i epizodach.

Tutaj jednak, w tym miejscu, był tylko starym człowiekiem, któremu wyraźną trudność sprawiało wiosłowanie, bo z każdym pociągnięciem wioseł zaczął pozostawać za łódką Kajetana. W końcu przybili do pomostu. Widać było, że stary aktor znacznie pewniej poczuł się, gdy miał już pod stopami deski pomostu. Wypogodził się zupełnie, odprężył, kiedy znaleźli się w Domku pod Nimfami.

– A więc tak pan się urządził? – mówiąc to chodzi od okna do okna podziwiając widoki. – Pięknie tu u pana. Zwłaszcza z tego okna widać niemal całe jezioro. Zazdroszczę panu. Ja zatrzymałem się w tym roku w tym pensjonacie, pan wie, tam na górze. Prosiłem o pokój z widokiem na jezioro, ale z mojego okna widać tylko część półwyspu i tę zatokę, w której pan dzisiaj rano łowił sandacze, a ja okonie.

Ogarnia wzrokiem całe pomieszczenie, jego wzrok zatrzymuje się na sprzęcie wędkarskim poukładanym na kilku półkach. Niedługą chwilę przygląda się wędkom, po czym bardziej stwierdza, niż pyta:

– Nie przyjechał pan tu tylko łowić ryby.

– Nie, nie tylko – odpowiada Kajetan spodziewając się, że przybysz dostrzegł także sprzęt do odtwarzania filmów i laptopa.

– No bo ileż może trwać sezon na sandacze? – pyta przybysz i nie czekając odpowiedzi sam sobie odpowiada: – Pewnie ze dwa tygodnie. I tyleż tu pan zostanie.

– To zależy…

– Niech mi pan nie mówi, że tylko od sandaczy.

– Od sandaczy też, zwłaszcza od tego jak będą brały i… czy same będą wskakiwały do łódki – próbuje żartować.

– A wie pan, że z daleka tak to mogło wyglądać. Miałem wrażenie jakby ryby same wskakiwały panu do łódki. Daję słowo, tak to mogło wyglądać.

Nawet, zatem zwykła czynność, jak łowienie ryb, może różnie wyglądać z innych punktów widzenia? Jeśli ten przybysz, którego przecież słyszał i niemal mógł go dotknąć, widział jak sandacze same wskakiwały do łódki, to widocznie tak mogło być. Ale przecież, z drugiej strony, był to tylko zwyczajny połów sandaczy. W takim razie dlaczego nie zostawił żadnej ryby? Czyżby to miało znaczyć, że nie zatrzymał żadnej myśli, bo zawsze znajdzie się mniej lub bardziej ważna przyczyna, bo zawsze zdarzy się przypadek albo niezamierzona wizyta, która mu to uniemożliwi? A może tak właśnie ma być, że zanim odnajdzie drogę prowadzącą do Tajemnicy już na początku ogarną go wątpliwości?

– Jest pan tutaj, a wydaje się jakby był zupełnie gdzie indziej – stary aktor stoi zapatrzony w jaśniejące wody jeziora. – Chyba nie rozmyśla pan o rybach? – odwraca się i widząc Kajetana idącego z talerzami pomaga mu przygotować stół do śniadania.

– O rybach? – dziwi się Kajetan. – O rybach… nie. Raczej o łowieniu… myśli. Zapewne spotkał się pan z twórczością Davida Lyncha?

– A tak, coś tam widziałem, ale, jeśli mam być szczery, to nie gustuję w tego rodzaju filmach. Takie tam różne formalne „awangardy” do mnie nie trafiają – rozglądając się dostrzega pudełko z Raportem mniejszości Spielberg,a. Bierze je i kładzie na telewizorze.

– Pan to ogląda? Przecież to science-fiction? – zwraca się do Kajetana zajętego w kuchni. – Miał to być, z tego co słyszałem, nowy Kubrick, ale śladu Kubrick’a nie było ani w Sztucznej inteligencji, chociaż to według scenariusza Kubrick’a, ani, tym bardziej, w Raporcie mniejszości.

– Ale, przyzna pan, że jest to film perfekcyjnie zrobiony?

– A tak, co do tego, to nie mam żadnych wątpliwości, ale, jeśli mam być szczery, dla mnie ten film jest jak, no… jak bańka mydlana: przepiękne to, kolorowe, lśni, błyszczy, a pstryknąć i w środku nic nie ma, żadnej treści. Technologiczny fajerwerk, reżyserski majstersztyk, olśniewająca forma, ale – zawiesza głos – żadnej treści – mówiąc to pstryknął palcami pokazując czym dla niego jest film Spielberga.

Kajetan postawił na stole prawie wszystko, co miał najlepszego w lodówce, a i tak gość mający apetyt na sandacza zadowolił się tylko kawą i twarożkiem.

– A widział pan Listę Schindlera, Imperium Słońca?

– O! Te filmy są naprawdę godne uwagi, ale tak, prawdę mówiąc, Spielberg to taki „brodaty dzieciak”, jak go określił jeden z krytyków. A pan, zdaje się, ogląda Raport mniejszości nie po raz pierwszy?

– Za pierwszym razem okropnie wynudziłem się na tym filmie.

– Tak? Mimo tak olśniewającej formy?

– No właśnie, chciałem przyjrzeć się jeszcze raz. Odnaleźć jednak Kubricka.

– I co, odnalazł pan?

– Może w prawie niedostrzegalnych refleksach, ledwo zauważalnych przebłyskach, ale całość wydała mi się nadzwyczaj sztuczna i nudna. Ziewałem raz po raz.

– Na filmie samego Spielberga? No, no. A przecież 2001: Odyseja Kosmiczna to także science-fiction.

– Tylko formalnie, tylko formalnie. Bo tak naprawdę jest to przecież traktat filozoficzno-poetycki – Kajetan próbował kontynuować, ale przybysz go nie słuchał.

– No tak. No tak, ale ja jednak wolę starych mistrzów: Bergman, Antonioni, Visconti, Fellini… rozumie pan? Zwłaszcza Fellini. Bo on opowiada o różnych rzeczach: o swoim dzieciństwie, o świecie i pokazuje, że zawsze jest jakieś wyjście z trudnych sytuacji. W ogóle ci starzy mistrzowie mówili mi o tym, co chciałbym wiedzieć, albo naprowadzali mnie na jakiś trop.

– W Odysei Kosmicznej ma pan także trop.

– Tak, zgadza się, ale ja jednak wolę Felliniego. Jego „nie wiem” jest bardziej stąd, podczas gdy Kubricka prowadzi stąd i aż Tam. A poza tym, jeśli mam być szczery, męczy mnie, że w filmach wszystko może okazać się złudzeniem.

– Ale czy tak nie jest? Czy tak naprawdę wszystko nie jest złudzeniem?

– Być może jest. Nie wiem. Tylko, że ja nie chciałbym o tym być przekonywany w każdym filmie i w tak gwałtowny, powiedziałbym nawet kategoryczny i… zwizualizowany sposób, tak jakby reżyser chciał pokazać, że tylko on ma wyobraźnię, że tylko on zbliżył się…

– Do Tajemnicy?

– Do Tajemnicy? – stary aktor wydaje się być tym pytaniem zaskoczony. – Do Tajemnicy? Kto wie? Wydaje mi się, że niewielu reżyserów w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia Tajemnicy. Może tylko ci starzy mistrzowie.

– I Stanley Kubrick.

– Kubrick też – odpowiada po krótkim wahaniu stary aktor. – A zapewne słyszał pan o tym, że Stanley Kubrick wykorzystał dekoracje do scen z Odysei Kosmicznej dziejące się na Księżycu do nakręcenia filmu z pierwszego lądowania ludzi na Księżycu. I prawie wszyscy wtedy myśleli, że oglądają bezpośrednią transmisję…

– Widziałem na „Planete” dokumentalny film zawierający wypowiedzi różnych osób.

– I co? Czy nie mam racji, że wszystko jest złudzeniem?

Za oknem wyraźnie pojaśniało. To Słońce uniosło się już na taką wysokość, że światło zaczęło docierać nawet w najdalsze zakamarki gąszczy drzew i traw, a także i nad jezioro. Woda dotąd spokojna, chłonąca tylko blaski z pogodnego nieba nagle ożyła, zaczęła przypominać, w coraz liczniejszych rozsrebrzeniach, roziskrzeniach, żywy organizm, który także obudził się ze snu. Słychać było jak wraz z nim budził się cały przybrzeżny i napowietrzny świat z ptakami i owadami i wszystkimi widocznymi i niewidzialnymi zwierzętami. Nagle cała przestrzeń zaczęła oddychać, żyć i jej świeży, poranny zapach dotarł także do Domku pod Nimfami. Światło dotąd ukośne nabierało intensywności, pojawiało się ze wszystkich stron, bo nie tylko od Słońca, ale także z jeziora, z nadjeziornego powietrza, a również odbite od ptasich skrzydeł i roznoszone na skrzydłach motyli i wszystkich latających owadów.

W narastającym świetle poranka postać starego aktora zaczęła bardziej przypominać ożywioną światłem zjawę, niż żywą istotę. Istniał wprawdzie, mówił wciąż o XX wiecznych reżyserach i ich filmach, słyszał, odpowiadał na pytania, ale stawał się coraz mniej rzeczywisty. A może to ten intensywniejący blask tak go odrealniał? Wszystko, zatem było rzeczywiste i mogło być tylko złudzeniem jak w filmie, a może tylko na planie filmowym, a może tylko w wyobraźni Kajetana, a może w wyobrażeniu narratora tego opowiadania?

Bo czyż próba dotarcia do Tajemnicy nie jest równocześnie wyzbywaniem się jego – narratora – tajemnicy, zmniejszaniem jej obszaru dotąd nie odkrytego przez odbiorcę? Ale któż zastanawia się nad tym? Któż to w ogóle dostrzeże? Kto zdaje sobie sprawę, że wszystko jest złudzeniem, że świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość?

 

[1] tytuł utworu zaczerpnąłem z wypowiedzi prof. Francisa Cricka, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii, współodkrywcy podwójnej spirali DNA.

 [2] utwór ten otrzymał Nagrodę Grand Prix oraz Nagrodę Marszałka Województwa Pomorskiego na XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego, w 2002 r.

Waldemar Smaszcz

 

Wystarczy być.

 I mieć prawie pewność dotykalnej – nieobojętnej – Jego tu obecności

 

Wstęp do książki Jana P. Grabowskiego

 Złoto i biel. Wybór poezji.

 

Nasz – mój i autora prezentowanych tu wierszy – duszpasterz akademicki z czasów studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, jezuita o. Władysław Wołoszyn, przy różnych okazjach składał zazwyczaj te same życzenia: rozpoznania własnych talentów i dokonania właściwych wyborów. Nic ponadto. Ale też co ponadto można życzyć?

Jan P. Grabowski tego właśnie dokonał, o czym najlepiej świadczą kolejne, ukazujące się od ćwierćwiecza książki. Starałem się żadnej – poetyckiej zwłaszcza – nie przeoczyć, o niektórych pisałem… Z prawdziwą satysfakcją poddawałem się poetyckiej aurze, zachowałem w sobie wiele pełnych, a nawet rozbudowanych zdań, wielkiej urody, jak to otwierające zbiór Wiersze wybrane z 1991 roku:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Właśnie ta dykcja poetycka stała się znakiem rozpoznawczym twórczości Jana P. Grabowskiego. Zdania na pozór nie różniące się od prozy, poprzez szczególną organizację brzmieniową, opartą na naturalnej melodyce języka, przekraczały niepostrzeżenie próg codzienności, niby te wypowiadane ongiś przez Psalmistę. Ale przecież nie tylko w tym tkwi tajemnica sztuki poetyckiej autora Łaski widzenia. Poezja to przede wszystkim własne postrzeganie, wydobywanie z otaczającej nas, czy jedynie przeczuwanej rzeczywistości tego, co dla wielu jest niewidoczne. W cytowanym utworze Dom czytamy:

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony jak szept.

Ściszony jak moje życie.

 

„Obraz przejrzyściejący”, a więc dopiero ujawniający się, może wynurzający z mgły… Nie na mim wszakże poeta zatrzymuje naszą uwagę, raczej na lirycznym komentarzu – najpierw pojawia się zaskakujące, metaforyczne dopowiedzenie: „ściszony jak szept” a dopiero w następnym wersie to ważne wyznanie: „Ściszony jak moje życie”.

Dzięki poezji zyskujemy zarówno możność utrwalenia w słowie naszego zdziwienia niepojętym cudem dzieła stworzonego, jak i szczególny sposób wypowiadania nawet najbardziej intymnych przeżyć bez konieczności obnażania się. Poprzez liryczny obraz czy parabolę więcej można wyrazić niż w rozdzierająco szczerym wyznaniu. Zawsze wszak czynimy to za pośrednictwem języka, a język poetycki, daleki od wszelkiej konwencjonalności, jest w stanie udźwignąć nawet najbardziej subtelne, zwiewne treści.

„Ściszone (…) życie” jest to wyznanie kluczowe, bez przyjęcia którego trudno zrozumieć świat poezji Jana P. Grabowskiego. Autor Łaski widzenia jak mało kto zna wielkość owego daru, od wczesnej młodości żyje bowiem z jakże realną groźbą jego utraty. Stąd szczególnie wzruszające wydają się te słowa, układające się w pełną pokory modlitwę:

 

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

Abym znowu zobaczył

jak kwiaty uwodzą lekkość kolibrów.

Jak poza szkarłatem świtów

rozwija się przeźroczystość wody.

Abym wiedział, że ponad kwarcem gór

czuwają oczy niedotykalnych przestrzeni.

 

Bez trudu możemy odczytać z tego fragmentu, że nie chodzi tu jedynie o potocznie rozumiane widzenie, raczej o ów szczególny dar Widzenia, jaki niewielu jest dany. Bo żeby poruszać się w otaczającej nas przestrzeni wystarczy – by tak powiedzieć – zwykłe widzenie, pozwalające sięgać po wybrane przedmioty, dotykać bliskich czy poruszać się w określonym kierunku i omijać ewentualne przeszkody. Ks. Jan Twardowski, w którego poezji wielu dostrzega jedynie „biedronki, sikorki i motyle” (jednak – zdaniem samego autora – „chyba widzą za mało i nie to, co trzeba”), napisał kiedyś: „To, co widzialne, dotykalne, pozwala określić granice niewiadomego i niepoznawalnego. Bez tej jedynej bliskiej miary świata nie dałoby się też dostrzec i pojąć jego nieuchwytnych tajemnic”.

Jan P. Grabowski dzięki bolesnemu, ale przyjętemu doświadczeniu (a takie niemal zawsze bardziej umacnia i wzbogaca niż okalecza), widzi i więcej, i głębiej. Ktoś, kto nie znałby owych uwarunkowań, o których tu mowa, mógłby pisać zapewne o niebywałym sensualizmie poety, rzadko spotykanej wrażliwości na światło, barwy, zapachy, dźwięki. Niemal każdy wiersz potwierdza to przekonanie, niektóre zaś jakby specjalnie w tym celu powstały, by sięgnąć choćby po jeden z najbardziej charakterystycznych, zamieszczony w prezentowanym zbiorze – Nareszcie tyle wokół światła:

 

Nareszcie tyle wokół światła. Wiosna, zatem…

Bo pierwsze burze czają się już na horyzoncie?

Ach, w taki czas z domu jak najprędzej wyjść i

przed siebie – dokądkolwiek, bez pośpiechu – iść.

(…)

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć.

Bo dokąd, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolna stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

 

I oddychać nim. I poczuć jego smak i lekkość.

Jeszcze wiele wokół ponurych twarzy: jakby myśli

cięższe były od powietrza. I nigdzie żadnego uśmiechu.

A przecież wystarczy dostrzec wiosnę, jej światło.

 

I jak nagle coraz więcej blasku się staje. I ciągle

z każdą chwilą – przybywa, ogromnieje… stąd

i tak naprawdę nie wiadomo dokąd. Bo żadnym

zmysłem, nawet wyobraźnią, już nie do ogarnienia.

 

Końcowa strofa, puentująca całość wypowiedzi, jak celna puenta właśnie, przerzuca prezentowane treści w zupełnie inny, metafizyczny wymiar. I dopiero z tej perspektywy dostrzegamy jak bardzo konsekwentnie buduje autor rzeczywistość swojej poezji.

Zwróćmy uwagę na niebywałe zróżnicowanie czynności, która otwiera akcję liryczną wiersza pt. „Ach, w taki czas z domu  j a k  n a j p r ę d z e j  w y j ś ć  i / przed siebie – dokądkolwiek,  b e z  p o ś p i e c h u  –  i ś ć”.

 Zamknięta przestrzeń domu izoluje człowieka od przyrody, wielkiego dzieła Stwórcy. Bohater prezentowanych wierszy wydaje się czekać na pierwszy sygnał, wzywający do wyjścia i zanurzenia się w naturze, która u niego ma wymiar sakralny. Stąd ów pośpiech, kończący się wszakże od razu po przekroczeniu progu domu. W przestrzeni sakralnej bowiem nie ma mowy o linearnej wędrówce, dlatego bohater podąża – powtórzmy – „przed siebie – dokądkolwiek, bez pośpiechu…”, jakby przestały obowiązywać fizykalne wyznaczniki czasu i przestrzeni. Pragnie znaleźć się w lesie, wśród drzew, „które – by odwołać się raz jeszcze do ks. Twardowskiego – mają w sobie coś ze wspomnienia raju” albo udać się nad jeziora, zapewne też i dlatego, że – jak czytamy w Biblii – od pierwszych dni stworzenia „Duch Boży unosił się nad wodami…”.

Bohater prezentowanych tu wierszy bardzo często przebywa nad jeziorami. To z pewnością najbardziej znaczący motyw, rzutujący na cały zbiór, o głęboko przemyślanej kompozycji. Chciałbym szczególnie podkreślić ten wymiar najnowszej propozycji poetyckiej Jana P. Grabowskiego, gdyż zarówno podtytuł: Wybór poezji, jak i chronologiczny układ mogą okazać się mylące. Gromadząc wiersze powstałe w dwu kolejnych latach, autor od początku podporządkował je wyrazistej wizji artystycznej, wyznaczając ważną rolę zabiegom kompozycyjnym.

Pierwszy utwór należy uznać za sui generis introdukcję, wprowadzenie, rozwijane następnie w kolejnych odsłonach:

 

Co to za pora roku,

gdy – pod podwójnym lodem –

jeszcze śpi jezioro

a już cała przestrzeń do jasności

– do wiosny – się garnie?

(…)

Co to za pora roku:

zima, czy już przedwiośnie?

Bo w powietrzu jest coraz więcej światła.

I chociaż to koniec stycznia

nigdzie nie ma śniegu. Tylko chłód i spokój.

I jak gdyby… niekończące się oczekiwanie…

 

Przyroda, tak konkretna, że wiele z tych wierszy mogłoby się znaleźć w każdej antologii poświęconej porom roku, jest – jak w poezji mistycznej – przede wszystkim progiem, za którym, odwołując się do Pieśni o Bogu ukrytym Karola Wojtyły, zaczynają się „Dalekie wybrzeża ciszy…”. I nie są to jedynie domysły oparte na interpretacji poetyckich metafor, o czym świadczy środkowa część cytowanego utworu:

 

Nie znajdziesz w mieście także i tej pory roku.

A czyż inne pory roku są w mieście do odnalezienia?

Bo choćbyś nie wiem ile szukał,

dzień w dzień wąskimi ulicami chodził

zawsze to będzie tylko pogoń za codziennymi sprawami.

I najczęściej – nie do rozwiązania.

 

Bo Kto inny – nie stąd i nie ty – te sprawy rozwiązuje.

Któż jednak pamięta o tym podobnie

jak i ty codziennie chodząc zawsze tymi samymi ulicami?

 

Zanik poczucia sacrum sprawił, że – niby biblijna Marta – „troszczymy się i niepokoimy o wiele”, zapominając, że „potrzeba mało albo tylko jednego”. Niewielu, wzorem Marii, wybiera „najlepszą cząstkę, której nie będziemy pozbawieni” (Ł 10, 41-42).

Autor Złota i bieli, pamiętając o biblijnym przesłaniu, że „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które wychodzi z ust Pańskich” (Pwt 8,3), potrafi wsłuchiwać się w ów tajemniczy głos i niby Abraham gotów jest wyruszyć na każe wezwanie. To w tym kontekście – jak widać choćby na przykładzie wiersza Spotkanie. Albo: Koncert wiosny – należy czytać prezentowany tu zbiór:

 

Tylko Ty i ja. Tylko ja i Ty.

Któryś mnie tu przywiódł

– na tę słoneczną polanę –

na pierwszy koncert wiosny.

 

Tylko Ty i ja. Sam na sam.

Zagubiony gdzieś na skraju boru?

Wśród strzelistych świerków,

pod ich ciemną ciszą sięgająca nieba?

 

Zagubiony? Odnaleziony raczej.

Na pewno odnaleziony przez Ciebie.

I nareszcie sam na sam. Z Tobą.

W widzialności stworzonego świata.

(…)

 

Taka postawa sprawia, „że Niewidzialne (…) staje się Widzialnym”, i nie jest to sprawa zmysłów czy wrażliwości; bohater po prostu wie, „że również Niewidzialne istnieje”.

Poeta–mistyk w tej sytuacji nierzadko milknie lub zwraca się do Stwórcy, by pozwolił mu trwać na owych „dalekich wybrzeżach ciszy”. Jan P. Grabowski, nawet rozmawiając z Bogiem, nie przestaje dostrzegać piękna świata stworzonego, zwłaszcza przyrody. Ma, oczywiście, świadomość, że „najważniejsze jest, / tak naprawdę, aby z dnia na dzień przeżyć / nie za bardzo i rzadko wstecz się oglądając…”, „No bo ileż światłem / można się zachwycać i zdumiewać pogodą? / Ileż można dróg, ścieżek szukać jeżeli wiadomo, / że jest jedna: narodziny, chwilę – życie, śmierć.” Ale nawet wówczas pragnie „Wyjść i / naprzeciw nieba stanąć. I ciemnozielony dostrzec / kolor nocy. I stać tak do świtu. Z głową uniesioną”.

Dzięki temu mogły powstać wiersze pełne codziennego zachwytu nad wszystkim, co jest człowiekowi dane doświadczyć i przeżyć. Nie każdemu wszakże, ale temu, kto potrafi przyjąć wszystko jako dar i dostrzec piękno – by nawiązać do słownika poetyckiego autora – w każdej kropli światła i wody, grudce ziemi i hauście powietrza, w każdym budzącym się dniu i nastającej nocy:

 

Powracam, znowu powracam. Zostawiam

za sobą kilka dni na brzegu jeziora. Pogodę

zmienną lipca: ulewy i na przemian… deszcze

z błyszczącym skrawkiem Słońca na obrzeżu.

 

Ledwie wyjechałem, a już znowu chcę wracać.

(…)

I nie pozostawało mi już nic innego jak wieczorem wyjść i

powitać (…)

późny Księżyc. I wtedy jeszcze kilka chwil zostałem

w rozbielonej przestrzeni – światła, nocy, wody.

(…)

Powracam. Znowu Tam powracam. Na brzeg jeziora,

gdzie można się oddać „modłom na cześć natury”.

Odświętnym rozmowom. Tuż obok, na obrzeżu zwykłej,

bo na wyciągnięcie dłoni, wiecznej codzienności.

 

Wszyscy – „w półmroku żyjemy”, najczęściej „nie zdając sobie z tego sprawy”. Niewielu też dana jest Łaska „nagłego olśnienia”, które sprawia, że porzucamy ów półmrok i wybiegamy w światło.

*     *     *

Po dwu latach autor rozbudował tom o wiersze z roku 2005 – Pas Wenus oraz 2006 Lascia la spina. Z punktu widzenia formalnego – można by rzec – zmieniło to niewiele: dwa dodane cykle powtarzają strukturę tych z roku 2003 i 2004. W istocie jednak otrzymaliśmy zupełnie nową książkę, niebywale wzbogaconą w porównaniu z wcześniejszą propozycją. Miedzy nimi – zaryzykowałbym twierdzenie – zachodzi taka różnica, jak miedzy dystychem a czterowierszem. O ile ten pierwszy układ stroficzny należy do najprostszych, do dziś występuje zwłaszcza w poezji ludowej, to czterowiersz daje nieporównanie większe możliwości w budowaniu wypowiedzi poetyckiej.

Pisząc o pierwszej wersji[1] prezentowanego tu zbioru niemal nie podjąłem zagadnienia jego kompozycji, skupiając się na pojedynczych wierszach jako fenomenach artystycznych. Teraz, mając przed sobą cztery cykle, trudno pominąć milczeniem ten problem. Bo przecież – jak starałem się wykazać w pierwszej części tego szkicu – nie jest to układ jedynie chronologiczny. Mimo powtarzalności pór roku, tych samych miesięcy, czas w owym rozbudowanym tomie odgrywa o wiele większą rolę – stał się bardziej  d o s t r z e g a l n y, podobnie jak pewne zjawiska, bardziej przez autora uwypuklane od innych.

Wiersze Jana P. Grabowskiego „dzieją się” od stycznia do grudnia kolejnych lat, zbiór wszakże nie ma charakteru kalendarza, ani też nie jest podporządkowany jedynie porom roku. Dzięki czterem cyklom – powtórzę – jest to znacznie bardziej widoczne, niż w poprzedniej wersji. Oto w styczniowym wierszu z 2005 roku autor pyta:

 

Bezśnieżna zima, bezlistny park.

Jesień to w styczniu, czy już marzec?

 

Dzięki zaś zaskakującemu kaprysowi natury nawet wielkie zagadnienia metafizyczne zyskują nieoczekiwanie zupełnie inny, powiedziałbym, codzienny wymiar:

 

Radość przeżywania dni,

które przychodzą i odchodzą.

Bo cóż innego pozostaje

aniżeli zgoda na ten tutaj świat?

 

W jego wymiarze rzeczywistym

i… jak to, co poza linią horyzontu –

nieskończonym: stąd nie do objęcia

zmysłem, myślą, wyobraźnią.

(…)

 

Dopowiadając niejako rzecz całą do końca, poeta wyznaje w końcowej strofie:

 

W niczym jednak to nie zmienia

mojej radości przeżywania kolejnych dni.

Bo cóż innego pozostaje niż zgoda

na świat w jego wymiarze rzeczywistym?

 

I tak metafizyka przenika się z rzeczywistością, jak Niewidzialne z Widzialnym. A wszystko dzięki zanurzeniu autora w przyrodzie i doskonałemu wręcz z nią kontaktowi. Czytając zbiór trudno oprzeć się wrażeniu, że Jan P. Grabowski przeniknął niejedną Tajemnicę właśnie dzięki temu, iż natura wydaje się nie mieć przed nim żadnych tajemnic. Natura – dodajmy – rozumiana jako dzieło Stwórcy, a więc dająca człowiekowi przeczucie Boga.

Przywoływany tu ks. Jan Twardowski napisał w jednym z wierszy: „Nie ma dwóch światów / jest jeden / niebo chodzi po ziemi / ziemia chodzi po niebie…” Gdański poeta niemal każdym słowem poświadcza tę prawdę. W pełnym nieziemskiego wręcz zachwytu liryku Już kwiecień czytamy:

 

Uwielbiam. Uwielbiam powietrze o świcie.

I drogę wprost do Słońca. Mógłbym tak iść i iść.

Może zdążyłbym do Słońca dojść zanim ponad

horyzont się wzniesie? Może na mnie poczeka?

 

Jeszcze po ziemi idę, a powietrze mnie unosi.

Ach, ileż wokół już światła, ileż blasku, błękitu.

Jakże czuję się lekko: idę czy już lecę-płynę?

Jakbym skrzydła miał, lżejszy był od powietrza.

 

Błyszczy ziemia od szronu, uśmiechają się ludzie

z gwiazdką blasku w źrenicach. Biegną szybko

jak zazwyczaj o świcie. Chciałbym im powiedzieć:

nie pędźcie już: w taki świt można lecieć-płynąć.

 

Unieść się ponad siebie. Ponad codzienność stąd.

Nieprawda, że nie ma od niej odwrotu. Można

o niej zapomnieć, wznieść się – odpłynąć. Zostać

tu aniołem-ptakiem chociaż przez jeden świt.

(…)

 

Czytając podobne wyznania z niedowierzaniem kręcimy głową: oto ktoś jeden, powodowany bezinteresownym zachwytem, potrafił uwolnić się z uścisku konieczności, powinności, zabiegania i, niby dziecko, ruszył w stronę Słońca. Wyłamał się z ustalonych reguł, a może… powrócił do źródeł. Tak niedawno czytaliśmy wszak w pierwszej części Tryptyku rzymskiego Jana Pawła II, że właśnie dzięki zdumieniu człowiek wyłonił się ze świata stworzonego, spośród tych, którzy nie potrafili się zdumiewać. Ale miało to swoją cenę! „Był samotny z tym swoim zdumieniem” – pisał autor – „pośród istot, które się nie zdumiewały / – wystarczyło im istnieć i przemijać”.

Podobna samotność jest udziałem autora omawianych tu wierszy. Wybrawszy – raz jeszcze odwołajmy się do biblijnej przypowieści o Marcie i Marii – „lepszą cząstkę”, pozostał sam wśród zapobiegliwej codzienności. Nie popełnię wielkiego błędu, jeżeli stwierdzę, że niewielu z nas, może nikt nawet, znalazłszy się „późną nocą lipcową” na przykład „w Puszczy Piskiej”, byłoby skłonnych wpatrywać się w niebo, by poprzez szczeliny między gwiazdami spróbować dojrzeć to, co kryje się za zasłoną nieboskłonu.

Poeta, który potrafił w domu obudzić się o drugiej w nocy, a zachwycony jasno świecącym Księżycem, stawał w srebrnym świetle, by chłonąć „ciszę i spokój, jakie są tylko w nocy”, w puszczy w ogóle zapominał o śnie:

 

Ach, te gwiazdy: są nareszcie, tylko unieść głowę

i w nie patrzeć w pełnej lipca krasie. I zobaczyć To

przez nie – czego stąd nie widać. A jest przecież.

I co zachwyt wzbudza. (…)

 

W innym wierszu, świadomy powtarzalności swoich reakcji, pyta sam siebie: „Jak  r a z  j e s z c z e  uchwycić zdziwienie i zachwyt?” (podkreśl. – W. S.), by natychmiast, jakby przypomniawszy sobie  p i e r w s z e  fascynacje,  zawołać: „Ach, odkrywać wszystko znowu po raz pierwszy. / Bo święte dla mnie  k a ż d e  spotkanie z jeziorem.” (podkreśl. – W. S.).

Jego powitania i pożegnania z ukochanymi miejscami przywodzą na myśl odległą tradycję horacjańską, albo przynajmniej czarnoleską, gdy człowiek żył w zupełnie innych rytmach, o których dzisiaj zapominamy już nawet w czasie wakacji. Współczesny poeta przywołał, mniejsza o to, na ile świadomie, niemal zupełnie zapomniany liryczny gatunek valety, czyli liryki pożegnalnej, by przypomnieć „Waletę włoszczonowską” Kaspra Miaskowskiego, a ze współczesnych przykładów Pożegnanie wiejskiej parafii ks. Jana Twardowskiego. Jan P. Grabowski w utworze Do zobaczenia, powtarzam. Bo cóż innego mógłbym mówić, powtarzać?, napisał:

 

Do zobaczenia jabłonie, do zobaczenia

i ty włoski orzechu stojący na skraju ogrodu.

Do zobaczenia i ty dzika czereśnio.

Do zobaczenia i wy czarne topole gubiące

już pierwsze liście w wodzie. Czyżby na jesień?

Do zobaczenia i ty łąko. Do zobaczenia

i ty ściernisko, na którym jeszcze niedawno

trwały krótkie, lecz obfite żniwa… Do zobaczenia.

 

Do zobaczenia i ty jezioro od wiosny

chyba płytsze o metr – to z braku deszczu zapewne –

ale widok nad tobą  i niebo nad tobą

pozostają prawie te same.(…)

 

To zapewne jeden z piękniejszych wierszy w całym zbiorze, doskonale ukazujący, że najprawdziwsza poezja może powstać z najzwyklejszych, najprostszych doznań, i zupełnie niewyszukanych, za to najgłębiej prawdziwych słów.

Nostalgia, nawet zamknięta w tak pięknych obrazach, na krótko wszakże pojawia się w tej poezji, ustępując miejsca powracającym epifaniom zachwytu. Nie potrafię się oprzeć przed przytoczeniem choćby jeszcze jednego przykładu z wiersza o jednoznacznym tytule Tak pięknie o świcie może być tylko we wrześniu:

 

Tak pięknie o świcie może być tylko we wrześniu.

Zwłaszcza, że po upałach kilka dni deszcz padał.

Ach, cuda, cuda dzieją się na dworzu. Czy przystoi

jednak – choćby poecie – świtem się zachwycać?

 

Zanim jednak usłyszałby autor przyzwolenie już sam sobie odpowiada:

 

A czymże się zachwycać jak nie wschodem Słońca,

chmur niepowtarzalnym kształtem i kolorem nieba?

Jakże mam ten kolor wyrazić. Bo jest on… błękitem,

ale ileż popod nim przejrzystości, oddaleń, rozbieleń.

2.

A więc wschód Słońca. Świat w lamówkach złota.

Obudziłem się nieco wcześniej. Jakbym przeczuł,

że dziś, teraz i tutaj, ten jedyny raz świt się zdarzy:

to nie do powtórzenia zjawisko. Wstaję, podziwiam,

 

chodzę od okna do okna: tego, co na wschód wybiega

i tego na zachód. I wszędzie nagle widno się stawało,

przejrzyście i czysto.(…)

 

Nie dziwmy się więc, że ktoś, kto tego wszystkiego doznał, nie potrafi się opanować, i jak to robił – i pisał, dodajmy – nieskończoną ilość razy,  m u s i  tym razem  „na drogę światła / wstąpić i przed siebie iść”.

Gdy czytelnik pozostaje jeszcze w zachwycie dla wrześniowego świtu, poeta, niecierpliwy niczym dziecko, odkrywa przed nami nowe cuda w przyrodzie, niemal kusząc: „Nie ma  n i c  piękniejszego aniżeli październik, / kiedy zewsząd pod stopy złoto ci kładzie / liści i Słońca…” (podkreśl. – W. S.). I choć byśmy chcieli obronić się, mówiąc: dość, chcemy pozostać jeszcze w aurze poprzedniego obrazu, to  m u s i m y  ulec, słysząc takie frazy: „Zupełnie jakbyś po promieniach / szedł. I coraz bliżej był… Bliżej Kogo, Czego?”.

Te wielkie litery niepokoją, sprawiają, że podążamy za słowem, jak – by sięgnąć do słownika innego poety – „po nici światła”. I chociaż owe wielkie pytanie pozostaje bez odpowiedzi, to sama uroda wiersza, dorównująca urodzie października, wystarcza, by bez reszty poddać się poetyckiej wizji:

 

O, liście w kolorze purpury, szkarłatu, karminu i

brązu… I we wszystkich odcieniach złota i jesieni.

Tylko w październiku te barwy spotykasz. I niebo

– po zachodzie słońca – w jasnozielonym kolorze.

 

W październiku, zatem – kiedy Słońce – jakbyś

cały dzień po promieniach chodził. Jakbyś w złocie

liści brodził. Spójrz, ileż złota na stopach masz.

Ileż złota w powietrzu, ileż ciszy, zastanowienia.

 

Bo październik trwa zazwyczaj tylko jeden miesiąc.

Czasami – nieco dłużej. Niekiedy pozostaje cały

rok… oczekiwanie na jego barwy. Na jego światła.

I nic nie pomoże oglądanie się wstecz. Ty czekasz

 

na jeszcze jeden, ten w tym roku, październik. Tak

jakbyś chciał doznać… jego pogody, lecz nie tylko.

Bo kiedy nagle zewsząd aż tyle barw, blasku, świateł,

to jakbyś przybliżył się… Lecz do Kogo, do Czego?

 

Opisywany przez poetę świat jest niemal pozbawiony ludzi, poza owym jedynym, by powtórzyć za Janem Pawłem z Tryptyku rzymskiego, Widzącym. Sytuacja przypomina tę z Tajemniczego ogrodu Frances H. Burnett; jakby ktoś zamknął furtkę i zakopał klucz. Odtąd wszyscy krążą wokół tej wydzielonej, tajemniczej przestrzeni, udając, że jej w ogóle nie dostrzegają. Tylko Słońce i Księżyc oraz ptaki, które za nic mają wszelkie granice, podziwiały piękno natury. I dopiero dziecko, urzeczone skrywaną przed nim tajemnicą, przekroczyło próg… Okazało się, że przyroda potrzebuje człowieka nie tylko, by sławił jej piękno. Dopiero, bowiem razem stanowią całość.

Któż ma o tym przypominać, jeżeli nie ten, który otrzymał od Stwórcy Łaskę Widzenia? On też ma władzę wprowadzić w ten świat tych, których uzna za godnych tych samych słów, jakimi sławi piękno natury.

W zbiorze wierszy z 2005 roku nie mogło zabraknąć utworów poświęconych najważniejszej postaci naszych czasów, Janowi Pawłowi II Kilka strof zapisanych w czas żałoby wyróżnia się – powiedziałbym – w naturalny niejako sposób z całości. Ale jakby tego było mało, poeta gotów jest zamknąć oczy na wszystko, co było mu dotąd najbliższe, by skupić się jedynie na przeżywaniu tego, co się stało:

 

W taki czas cisza. Niemal – bez granic – cisza

na miasto zapada. Nawet szum samochodów

nie jest – jak zazwyczaj – za bardzo dotkliwy.

Zresztą, w taki czas śpieszyć się? Po co? I gdzie?

 

Nad miastem rozpostarte, białe barwy powiewają

w południowym wietrze. Ani się obejrzeliśmy

nagle przyszła wiosna. Zresztą – w taki czas –

kto wiosnę spostrzega? Kto pamięta o wiośnie?

 

Najbardziej ciszę w ludziach widać, w ich oczach,

spojrzeniach, gestach, niegłośnych rozmowach.

Zresztą – w taki czas – jakże często braknie słów.

Przemawia: zamyślenie, modlitwa, nawet pół słowa.

(…)

 

To bardzo ważny utwór, bo oto nieoczekiwanie poeta odwołuje się nie do przyrody, a do innych ludzi i w nich znajduje najgłębszą człowieczą solidarność we wspólnym żalu z powodu utraty kogoś, bez kogo świat nie będzie już taki sam. Szczególnie pięknie zabrzmiała trzecia część owych żałobnych strof, w której dokonało się coś niezwykłego: na dnie smutku autor potrafił odnaleźć prawdziwie chrześcijańską radość, co zapisał w powracającym zdaniu: O, piękne to chwile, chociaż czas żałoby po Tobie.

Z atmosfery tych wielkich dni zrodziła się jakże osobista modlitwa, Nigdy nie jestem sam, jeden z najbardziej wzruszających utworów w całym zbiorze, przypominająca swoją żarliwością pełną prostoty Pieśń poranną Franciszka Karpińskiego, której słowa: „Ledwie oczy przetrzeć zdołam, / Wnet do mego Pana wołam, / Do mego Boga na niebie, / I szukam Go koło siebie!”, należą do najpiękniejszych w naszej mowie:

 

Nigdy nie jestem sam, bo mam tuż obok Ciebie.

Jesteś obok mnie blisko. Poranną modlitwą jesteś.

Wieczornym pożegnaniem, gdy już spać się kładę.

Nocą nade mną czuwasz, abym mógł spać do świtu.

 

Nieobca mi samotność. Bo niekiedy… „zapominam”

o Tobie. Ale nie ogarnia mnie nagła rozpacz. Raczej –

zastanowienie i niepokój, że mogłem na kilka chwil

oddalić się od Ciebie. I sam na sam z sobą – pozostać.

(…)

 

Od początku, od zawsze sam jestem. To w samotności

mogę poznawać siebie. I Ciebie doznawać mogę. Tobie

mogę przyglądać się w sobie. Sam, a tak blisko Ciebie.

Z Tobą – na pewno z Tobą – od zawsze. I na zawsze.

 

Ostatni zaś cykl Lascia la spina (Poezje z 2006 r.) otwierają wiersze poświęcone żonie. Zagrożenie zdrowia najbliższej osoby sprawiło, że i w tym przypadku osobiste przeżycia egzystencjalne wysunęły się na plan pierwszy. Wśród nich szczególną urodą wyróżnia się tytułowy utwór Słuchając arii Piacere „Lascia la spina cogli la rosa”, rozpoczynający się zniewalającą wręcz strofą: „Gdzie oratorium Händla łączy się z jasnością / nie ma już ciemności, nie ma już rozpaczy. / Istnieje tylko światłość i muzyka. Muzyka jest / światłem. Światłem jest muzyka, kiedy słucham…”.

Za najpiękniejszy liryk skłonny byłbym uznać wszakże ten zatytułowany Z czułością, więcej niż z czułością, rozpoczynający Kwartyny poszpitalne. Czułość, jedno z najbardziej poruszających słów w naszym języku, znane z twórczości takich znakomitych poetów, jak Cyprian Norwid czy Zbigniew Herbert, i tym razem zyskało godną oprawę poetycką:

 

Chciałbym ci więcej niż czułość ofiarować,

gdy się z tobą witam, i gdy się żegnam z tobą.

I także wtedy, gdy do ciebie kretą drogą jadę,

na wskroś zieleni, przez krajobraz kaszubski.

 

Niepostrzeżenie minął czerwiec i nastał

już wszędzie lipiec. A jego ciemne zielenie

i łagodne wzgórza w złotym kurzu Słońca

chciałbym przywieźć tobie. Z czułością,

 

więcej niż z czułością. Abyś zamiast zieleni

szpitalnej, zieleń lipca wokół siebie miała.

A te wszystkie barwy, wonie i lipca „rozkwity”,

które zapamiętać zdołam – krętą drogą jadąc –

 

chciałbym – z czułością, więcej niż z czułością –

przywieźć tobie. Zapewne mnie poprzedzą

z wiadomością, że jadę – nie uznające przecież

żadnych, także krętych, dróg – jaskółki i wiatr.

 

Słuchaj zatem wiatru. Słuchaj, wyglądaj jaskółek.

Nawet chmury mogą być szybciej ode mnie.

Ale ja więcej niż z czułością już do ciebie jadę i

– niby bukiet kwiatów – świat lipca ci wiozę.

 

I tak oto dokonało się w świecie poetyckim Jana P. Grabowskiego, co wydawało się niemożliwe – znalazło się w nim miejsce nie tylko dla Pierwszego Widzącego, ale i jeszcze przynajmniej jednej osoby, z którą – powtórzmy – „więcej niż z czułością” dzieli się autor lipcem, i kwietniem, i majem, i wrześniem i październikiem; złotem Słońca, srebrem Księżyca, jeziorem i lasem; tym wszystkim, co dotąd tak czule opisywał.

 

Waldemar Smaszcz. Białystok, 2 maja 2007 r.

 

[1] Wersja ta jest datowana na 19 stycznia 2005 r.

Michał Buliński

 

Złoto i biel – nowy wybór poezji Jana P. Grabowskiego

 

Wiersze pomorskiego poety – Jana P. Grabowskiego – zasługują na uwagę nie tylko każdego człowieka wrażliwego na piękno, na głębię poetyckiego odbierania zjawisk tego świata, ale również, a może zwłaszcza, zasługują na uwagę przyrodników. Przyroda bowiem jest inspiracją i jeżeli nie tematem, to ważnym bodźcem, lub chociażby tłem dla przeżyć Autora, które przelewa w strofy swych wierszy. Każdy wiersz, to jak osobne zjawisko, osobna historia z całą własną głębią, filozofią i nastrojem. Każdy dostarcza przeżyć, daje impuls do przemyśleń i porównań z własnymi doznaniami. Można też spojrzeć na całość nowego tomu poezji Autora i zastanowić się nad urokiem tego „dziecka”, które ufnie oddaje w nasze ręce.

Zafascynowanie wielkością, pięknem i trwaniem przyrody, nieporównywalnymi ze znikomością naszego życia, od zachwytu nad krajobrazem, po zauroczenie niezauważalnym dla wielu ludzi śpiewem kosa, inspiruje Poetę nie tylko do wyrażania podziwu dla cudu Natury, ale też dla wielkości Nadrzędnej Istoty, która to wszystko sprawiła. Prowadzi to również do głęboko filozoficznych zadumań, dotyczących zwłaszcza tych tajemnic świata, jak ogrom Wszechświata i nasza wobec niego małość. A jednocześnie, tej rekompensaty, jaką są nasze zmysły, pozwalające dostrzegać piękno i wielkość oraz nasza świadomość tych cudowności, których przecież sama Natura nie czuje. Pozwala docenić wielki dar Boga, a nawet zachłysnąć się nim, jak w przypadku Poety, otrzymującemu impuls do tworzenia strof. Mogącemu wyrazić swą wdzięczność i hołd dla Stwórcy za dobroć tych darów.

Zachwyt nad przyrodą wiąże się często z konkretnymi miejscami, głównie na Pomorzu, poczynając od ogrodu w Malborku, po jeziora na Pojezierzu Kaszubskim, czy w Borach Tucholskich, które Autor wymienia w przypisach, jakby chcąc nas przekonać o realności przeżyć, jakie opisuje. Piękno nocy wzywa Poetę, aby wybrał się do lasu, światło dnia, rozsiewające złoty pył każe podziwiać barwy świata. Jakże Poeta umie się nimi cieszyć – nawet burzą, a potem następującym po niej przejaśnieniem i uśmiechami ludzi, które wywołało. Uczmy się pilnie odnajdywania takich radości, bo życie składa się z chwil. Jeżeli nauczymy się cieszyć nimi, ich pięknem i niepowtarzalnością – zdążymy nacieszyć się tą krótką drogą, jaką nam wyznaczył los.

Jeżeli tyle wzruszeń, tyle szczęścia przelanego poezją na papier, to dlaczego „pogodna rezygnacja”? Czyżby świadomość naszego przemijania, tego za krótkiego żywota, by nacieszyć się pięknem świata, jak zbyt szybko mijającą wiosną? Czy to odejście Bliskich, Kochanych Ludzi – Ojca, papieża Jana Pawła II, Teściowej, Czesława Niemena – każe z „pogodną rezygnacją” „czekać na śmierć niespieszno”, jeszcze tylko zachwycając się bielą i złotem dni, rojami meteorytów i tysiącami innych cudów Natury. Jeszcze snując z Matką wspomnienia swego szczęśliwego dzieciństwa, napawając się cudowną więzią miłości i czułości, jak złotą przędzą lipca, wyrażając serdeczny zachwyt dla Żony i ojcowską troskę dla Syna. 

            Zachwyt nad przyrodą o każdej porze roku, inny – dla kolejnych jego miesięcy, kiedy docenione są nawet te dni jesienne i zimowe i ten deszcz, który innych chowa po domach, a Poecie każe wyjść na spacer i cieszyć się nim. Zdumienie, że ludzie, zwłaszcza zaganiani, oderwani od przyrody w miastach, nie zauważają cudowności tych zjawisk, które w przyrodzie następują. A przecież czeka Park Oliwski, do którego trzeba się wybrać, aby ucieszyć kwitnącymi magnoliami, czeka Sobieszewo, ze swoimi nadmorskimi lasami i piękną plażą, czeka tyle niepowtarzalnych, wyjątkowych miejsc i tyle chwil. Chwil, które mogą dać poczucie jedności z Wszechświatem: „Szedłem nadmorską aleją, a wraz ze mną / przemieszczał się cały świat”. Ten świat, co czasem wyda się prowincją, z której wszędzie daleko, jak z odludzia nad jeziorem, gdzie w samotności można zgłębiać tajemnicę dotykalności światła, wody i powietrza.

A obok przyrody, albo razem z nią, jest zachwyt muzyką, aż do zatracenia („kiedy słucham / jak „Lascia la spina cogli la rosa” śpiewa / Cecilia Bartoli to tak jakby mnie już tu nie było: / rozprzestrzeniam się, cały znikam w muzyce”) wielkimi dziełami, zwłaszcza w wykonaniu wirtuozów wokalnego kunsztu. Poeta nie waha się uhonorować śpiewaczek, których głos i wykonanie utworów wprawiły Go w zachwyt, wymieniając je w podtytułach wierszy lub tekście. Stanowią również cud Natury, podobnie jak piękno muzyki Mistrzów, a także piękne freski, czy poruszające dzieła filmowe. W chwilach zwątpienia jest więc nadzieja na coraz bliższą Wieczność i spotkanie z Bachem, Mozartem i Bliskimi.

Wiersze Jana P. Grabowskiego polecam wszystkim wrażliwym na piękno, wszystkim, których w głębi duszy nurtują pytania o istotę Natury, istnienie Boga, troska o dorastające dzieci, o starzenie się Bliskich i ból po Ich odejściu. Polecam zwłaszcza przyrodnikom. Poszukiwanie wiedzy przyrodniczej bowiem nie powinno być oderwane od pytań o rządzące przyrodą prawa, o jej naturę i naszą z nią współzależność. Nie powinno też nigdy być odarte z szacunku i miłości – z uczuć. A tego możemy i powinniśmy się uczyć z wierszy pomorskiego Poety – Jana P. Grabowskiego.

 

dr biologii Michał Buliński, Złoto i biel – nowy wybór poezji Jana P. Grabowskiego. Recenzja wydawnicza. Gdańsk, 6 czerwca 2006 r.

 

Monika Bokiniec

 

Opinia na temat książki

Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji.

 

Przez wiersze Jana P. Grabowskiego przebijają się doświadczenia niepokoju egzystencjalnego. Podejmuje on trudne problemy, zarówno takie, przed którymi prędzej czy później stanie każdy człowiek (np. śmierć bliskiej osoby, skomplikowany wymiar relacji rodzinnych), jak i niepokój związany z nieskończoną małością i nieskończoną wielkością wszechświata, który prowokuje refleksję nad miejscem, jaki w nim zajmujemy: my – ludzie, bądź ja – pojedynczy człowiek. Jednak pomimo rozległej i poważnej, wielowątkowej tematyki, poezja ta ma w sobie pewną lekkość i pogodę, zapowiadaną zresztą w tytule jednego z wierszy: Pogodna rezygnacja. To swobodne łączenie powagi i radości wydaje się najbardziej wartościową cechą tej poezji. Z jednej strony czytelnik napotyka  takie wiersze jak Medytacja, którego narracja zorganizowana jest jak wariacje na temat najważniejszego chyba filozoficznego pytania: „jak żyć?”. Z drugiej – doświadcza wyrażanej przez poetę radości chwili, która nawet jeśli jest w skali globalnej bez znaczenia, nabiera niezwykłej wartości w rzeczywistym doświadczeniu (np. Zapewne chwila ta niewiele znaczy).

Spoiwem łączącym te dwa wątki wydaje się być przyroda, funkcjonująca jako analogia do paradoksów ludzkiego życia. Podobnie jak życie człowieka, przyroda komponuje nieprzebrane bogactwo możliwości z cykliczną nieuchronnością. Częsty motyw parku, lasu, przyrody, konkretnych miejsc (Sobieszewo, Oliwa), miesięcy, pór dnia i roku, przeplatanych z refleksją o bardziej ogólnym charakterze, tworzą razem mozaikę, która szczególny wyraz znalazła w wierszu Ale czyż można uciec z… krajobrazu. W przyrodzie tej wydaje się zamieszkiwać Bóg Spinozy, choć Bogiem nie nazwany (Klękam przez tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością).

Wiersze te, czytane jako jedna całość okazują się stanowić niezwykły zapis doświadczenia jednostki, a zarazem swoiste lustro, w którym każdy z nas może się przyjrzeć. Liczne odniesienia do kultury: filmu (Fellini, Lynch, Tarkowski), muzyki (Dworzak, Bach), poezji o szczególnym zabarwieniu filozoficznym (jak Hölderlin, o którym Martin Heidegger mówił, że był prawdziwym filozofem bycia), elegijnym (John Donne), filozofii (Kołakowski, św. Augustyn) – nadają im posmak intertektualności i stanowią delikatne tropy interpretacyjne.

 

dr Monika Bokiniec, opinia na temat książki Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji. Gdańsk, 23 maja 2006 r.