Poezje. W TEMPIE ANDANTE

Wiersze
Data wydania: 2009

„Podmiot liryczny, którego można utożsamiać z autorem, »każdego dnia układa wielki poemat jasności«. Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… i wtedy jego oddech zrównuje się z oddechem przyrody, a jego życie staje się pogodną rezygnacją z pośpiechu. Wówczas dopiero zaczyna się wewnętrzna podróż i jakże piękna »milcząca rozmowa« ze Stwórcą światła”.

Fragment recenzji Marcina Lutomierskiego. Toruń, 2007.

Poezje.

W TEMPIE ANDANTE,

Fundacja Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego,

Gdańsk 2009, ss. 118 (61 wierszy + Post scriptum pt.

Domina, ita pulchra es quam matutina stella, quae post noctem surgit).

 

Posłowie pt. ten dzień i te chwile…

Szkic o nowych wierszach Jana P. Grabowskiego  z tomu 

Poezje. W tempie andante

napisał Waldemar Smaszcz.

 

Książka Poezje. W tempie andante

została zrealizowana przy pomocy finansowej

Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

Zawartość: W tempie andante; Bo ona jest Słońcem – ja, zapewne, Księżycem – w naszym planetarno-rodzinnym układzie; Pójdę za tobą, wiosno; Przystając w wiosenny dzień na chełmskim wzgórzu (Notatka pierwsza, z 25 kwietnia 2007 r., Notatka druga, z 10 maja 2007 r.); Tuż obok majowego poranka; Pijany; Gdańsk, ulica Ptasia…; Wyszedłem na deszcz, świętojański deszcz; Wiatrem… uniesienie; Tam, gdzie pada piękne światło przedwieczorne; O, uzdrawiająca obecności jeziornych widoków; A na wyciągnięcie ręki świt zaglądający przez okno uchylone; Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej, byłem; Ballada o deszczu; Bo gdzież – oprócz wspomnień – dojść można, gdy nieodwołalnie kończy się lato?; Witold Leszczyński; Koncert na aquafon; „Jestem, jestem” – powtarzałem – i najbardziej się tym cieszyłem; O, nawdychać się – póki czas – światła wrześniowego; A dlaczego mielibyśmy ten świat zrozumieć?; Wziąłem jeden, jedyny listek o barwie złotawo-rdzawo-cynobrowej; Na przystanku autobusowym; Pochwała eisweina; Ballada o wodzie jeziornej, łące i nocy; Na wieczór wigilijny cały rok czekamy; Stąd i aż poza gwiazdy sięgać, wybiegać dalej niż przyszłe dni; O, witać, pogodnie witać; Białe skrzydła u stóp; Noc. Noc i ciemność; Kilka notatek na marginesie arcydzieła, czyli filmu „Lecą żurawie” Michaiła Kałatazowa; Malinowe niebo; W wyciszeniu; W uwolnieniu; W uniesieniu; A tutaj – tymczasem – nie dzieje się „nic”?; Przysiadłem na stromym brzegu morza; To jeszcze jeden bal na kilkanaście par; Uwielbiam. Uwielbiam poranki i świty; Cieszy mnie świt. I każdy poranek mnie cieszy; Przed deszczem, który nagle przyszedł; Jestem tylko sam. I – nieprzenikniona – ciemność; A pamiętasz – Żono – kiedyśmy brzegiem jeziora przed siebie poszli, w przedpołudnie słoneczne?; To jesień zawsze takie tęsknoty wyzwala; Ach, już grudzień po pięknym listopadzie; Ach, grudzień: któż pamięta o grudniu?; I do tej samotności trzeba się przygotować; Kilka uwag na temat bieli; A kiedy się obudziłem…; L,arte del violino; Ja poczekam. Poczekam aż deszcz srebrny zaszemrze, deszcz pierwszy, deszcz wiosny; Kilka refleksji w pewien marcowy dzień Anno Domini 2009; „Powietrze i światło”; Dytyramb na zakończenie zimy; Pociągi, podróże, powroty; Nieśmiało; Jakże o tamtej nocy choćby kilka słów nie zapisać?; „Dlaczego istnieje coś raczej niż nic?”; Odwiedzam. Odwiedzam wielki jak chmura liliowa krzew bzu w Parku Oliwskim; A tu – na skraju Nogatu…; Jakże piękne są te wszystkie, minione, dni.

  

A NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

ŚWIT ZAGLĄDAJĄCY PRZEZ OKNO UCHYLONE

 

Czyż może być większe święto niż od rana usłyszeć

głos Barbary Hendricks śpiewającej W. A. Mozarta 

Et incarnatus est? Co bardziej podziwiać: jej głos,

słowa Et incarnatus est czy tę „nie-ziemską” muzykę?

 

A na wyciągnięcie ręki świt dyskretnie zaglądający

przez okno uchylone. I te zapachy sierpniowego świtu.

Czy ktoś zdoła je rozpoznać, uchwycić, zapisać?

A nawet jeśli by mu się udało to jakimże sposobem?

 

Bo czy te zapachy, przestrzenie, światła sierpnia są

do rozpoznania, do uchwycenia, i do zapisania? I co

bardziej podziwiać głos Barbary Hendricks, słowa

Et incarnatus est, czy muzykę W. A. Mozarta?

 

A na wyciągnięcie ręki świt zaglądający przez okno

uchylone. A może nie rozpoznawać, nie próbować

uchwycić, nie zapisywać niczego: niechże świt – jak

głos Barbary Hendricks, jak muzyka Mozarta – trwa.

 

(2007)

 

 

A DLACZEGO MIELIBYŚMY TEN ŚWIAT ZROZUMIEĆ?

(Albo: Tymczasem muszą mi wystarczyć doznania dnia codziennego)

 

A dlaczego byśmy mieli ten świat zrozumieć?

Świat jest jaki jest: niektórym „łatwo”… „trudno”

niektórym go zrozumieć. Niektórzy nigdy go

nie zrozumieją. Albowiem nie chcą go zrozumieć.

 

A czyż od razu „rozumieć” trzeba i nic już

zdziwieniu, Tajemnicy nie zostawiać? O, tak

rozumiejąc jesteśmy jak gdyby bliżej Niego.

Lecz jak blisko Niego jeszcze można podejść?

 

Tymczasem muszą mi wystarczyć doznania

dnia codziennego. Doznania zbliżające mnie

do Niego. Niekiedy wątpię, nie zgadzam się,

lecz wiem, że jest… we wszelkim stworzeniu

 

świata tego, który na wyciągnięcie ręki – jest.

Świata, który co dzień przede mną stwarza i

pokazuje. Świata, przez który mnie prowadzi.

Bo i przecież nic nie dzieje się samo z siebie.

 

Oto mrok coraz wcześniej zapada i noc – jak

to jesienią – wcześniej nadchodzi. Czyjeż to

dzieło, jak nie Jego? To On planety obraca i

rozpala gwiazdy i nawet To, co jeszcze dalej

 

znacznie dalej poza nimi. I pokazuje jaki jest

drugi człowiek w swojej rozpaczy, zwątpieniu

lub nienawiści… I w miłości pokazuje jak Kogoś

drugiego spotkać. Wystarczy tylko odnaleźć go.

 

Rozumiem, czy nie rozumiem ten właśnie świat

do Niego mnie zbliża. Najbardziej wtedy, kiedy

sam jestem i gdy słyszę słowa: jak pierwszy wers

do zapamiętania – do zapisania? – mi podpowiada.

 

(2007)

 

 

BALLADA O DESZCZU

 

Dusznym popołudniem i ja na burzę czekałem.

Zbliżała się z południowego zachodu: jak prawie

każda burza. Nie było czym oddychać. Pociemniało

a potem ucichło: wszystko wtedy na tę burzę czekało.

 

Patrzyłem jak zbliża się: silniejszy powiał wiatr i

łąka w jednej chwili w zieloną harfę się przekształciła.

Powietrze i cała przestrzeń uniosły się, rozpędziły

by nieoczekiwanie… zaraz zwolnić. I już po burzy było.

 

Z wielkiej, czarnej chmury niewielki deszcz spadł.

Był… niewidzialny. Czułem mimo to jego delikatne

dotknięcia na stopach moich. (Albowiem czekałem

burzy siedząc na balkonie). Milszego dotyku – jak żyję –

 

nie pamiętam. (A może tak mi się wydaje, że nie

pamiętam?). Dosyć tego, że ten deszcz delikatny był i

dotykając moich stóp jakby szeptał: „Chodź ze mną,

ponad łąkami pójdziemy niewidzialni, ponad drzewami

 

przez całą okolicę i tam, gdzie tylko chcesz. Nie będzie

dla nas żadnych przeszkód. Ani przestrzeni również

nie do zdobycia. Wystarczy byś wstał – no chodź, pójdź

śmiało – i poszedł ze mną już na nic nie zważając”.

 

Nie wiem dlaczego tego deszczu nie posłuchałem.

Chyba nie uwierzyłem, że mógłbym wraz z deszczem

unosić się nad okolicą. Ale jeżeli cokolwiek jednak

po tym deszczu mi zostało to ta lekka fraza wiersza

 

jaką starałem się tych kilka moich wrażeń zapisać.

Gwałtowne, bowiem burze i deszcze nadchodzą i mijają.

Jak to w lecie bardzo często, niemal na co dzień,

się przytrafia. A taki – prawie niewidzialny – deszcz,

 

który szybciej niż atrament tego wiersza wysechł

nieczęsto się zdarza. Czy to na pewno tylko deszcz był

nie jestem pewien. Ale niech już tak pozostanie, że w

Widzialnym można doznać dotknięcia…. Niewidzialnego.

 

(2007)

 

 

IM BLIŻEJ KU JESIENI,

TYM PIĘKNIEJSZA POGODA

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

Ubywa dnia. Odleciały już kukułki i wilgi.

Za to zatrzęsienie – gawronów i kawek.

Także poszukiwania kosów na nic się zdały.

Nie napotkałem ich ani w zapomnianym

Parku Oruńskim, ani w Parku Oliwskim,

zadeptanym w to lato od krańca do krańca.

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

I wcale nie jest smutniej ani nostalgicznie,

że kukułki i wilgi nam lato zabrały. Wręcz

przeciwnie: to, co najciekawsze dopiero się

rozpoczyna. Bo to dzięki barwom jesiennym

staje się jakby „wyżej” i „dalej”. Bo nikt nie

wie dokąd tak naprawdę te barwy prowadzą.

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

Ptaki odlatują. Tłoczno się robi w powietrzu.

Kto wie, czy w tych szelestach anioła lub

zgoła niebianina jakiegoś można by dostrzec

jak na promieniach słonecznych tu do nas

jedzie. Ale tych lśnień, z ich skrzydeł, zapewne

tylko sam Jacopo Tintoretto by się dopatrzył.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Aż nie chce się siedzieć w domu, gdy tyle

wokół w powietrzu lśnień, odległości i woni

z dojrzewających ogrodów. Niebawem, pod

wieczór, zapewne i tak się przydarzy, że ktoś

zamiast papierówki – tej z najwyższej gałęzi –

zerwie znienacka najbliższą planetę lub gwiazdę.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Ale lato tymczasem w najlepsze trwa. Ubywa

dnia, ale dopóki wieczorem barwa nieba na

ciemnojabłokowozieloną się nie zmieni – jak

to pod jesień –  jeszcze nie raz lato nam zagra

w południe upału złotą fanfarą. O, na zawsze

zatracić się w tym rześkim, sierpniowym upale.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Siedziałbyś całe dnie – gdy upał – w cieniu

drzew.  Czy jest coś wspanialszego niż drzewa,

ich cień, szelest liści i cieni? A sierpień, niestety,

bez ustanku trwa tylko trzydzieści jeden dni.

O, sierpniu pozostań z nami dłużej. A gdyby

dni chociażby kilka sam wrzesień ci odstąpił?

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

A ja na październik czekam. Na „złotą polską

jesień”, na „babie lato”. Światła i dnia ubędzie,

ale za to ileż pojawi się w purpurze, w szkarłacie,

w złocie barw na ziemi, w powietrzu i na niebie.

Ileż spokoju stąd i aż nie wiadomo dokąd, jeżeli

– tak samo jak w sierpniu – pogoda się przydarzy.

 

(2009)

 

 Żonie

 

O, PANI, JESTEŚ TAK PIĘKNA

JAK PO NOCY ŚWIT

 

O, Pani, jesteś tak piękna jak po nocy świt.

Nie, to świt powinien Pani urody pozazdrościć,

albowiem wstaje w śnieżnych światłach, w błękitach.

I w purpurach lżejszych – wydaje się – od powietrza.

 

O Pani, idę do ciebie poprzez zaspy wspomnień,

na wskroś rozświetlających zimowe niebo konstelacji.

A uroda twa jak smak tych największych papierówek

zrywanych rankiem. Jeszcze ze srebrnym dotykiem gwiazd.

 

O Pani, pamiętam tamten lipiec. Teraz już bardziej

ze snu jest niż z realności. Lecz nade wszystko pamiętam

ciebie: zapach twych dłoni, twych rąk… Twój zapach:

dojrzałych – z tych niedostępnych gałęzi – papierówek.

 

A kiedy uniosły nas gorące chwile przedpołudnia

w bezdroża zieleni, to ogród jakby przystawał zapatrzony

w ciebie – nie mniej niż ja – błyskami liści. Podsłuchiwał

– szelestami – a może opowiadał o twej urodzie innym ogrodom.

 

A także i łąkom, również – w sadzawkach – wodom.

Bo kiedy szliśmy piękniał od ciebie – o Pani – cały świat,

który wydawał się wtedy na zawsze – wiecznie – trwać.

Bo takie chwile wieczne są i – teraz to wiem – nie ma ich wcale.

 

Chyba, że pojawiają się w snach albo – znienacka –

we wspomnieniach przez błękit zasp nad ranem,

purpurę chmur, kiedy śpi jeszcze niemal cały świat

nie wiedząc nic o Pani, o twej – jak papierówki – urodzie.

 

(2006)

 

Uxori

 

DOMINA, ITA PULCHRA ES QUAM MATUTINA STELLA,

QUAE POST NOCTEM SURGIT

 

Domina, ita pulchra es quam matutina stella, quae post noctem surgit,

sive potius diluculum venustatem tibi invidere possit,

quod venit nitidum, caeruleis nebulis vestitum

purpurisque aethere, ut videntur, levioribus amictum.

 

Domina, te quaero mente memoriaque, quasi nivis cumulos transeam,

quasi penitus per sidera hibernum caelum collustrantia transgrediar.

Et pulchritudo tua par est sapori malorum, quae permagna aestivo tempore

mane carpuntur, etiam argenteos astrorum tactus sentientia.

 

Domina, illam aestatem memini, nunc somnio quam rei verae propiorem.

Sed imprimis memini te, quam redoluerint tuae manus,

Tua bracchia, quam tota redolueris. Sic fragrant matura mala,

quae messis tempore in altissimis ramis intacta albescunt.

 

Et cum aestus antemeridianus in aviam viriditatem nos abduceret,

hortus quasi immobilis stetit, coruscantibus frondibus

ut ego oculis inhiantibus te aspexit. Auscultavit, susurravit,

fortasse de tua pulchritudine aliis hortis narravit,

 

Et pratis quoque, et aquis in piscinis. Quia dum spatiamur,

totus mundus, qui tum videbatur in perpetuum durare,

Te praesente pulchrior fiebat. Talia temporis momenta sunt

enim sempiterna et – nunc scio –  omnino non existunt,

 

nisi forte in somniis apparent aut per cumulos nivis mane livescentes,

per purpuram nubium necopinato subeunt in memoriam,

cum omnes etiamnum dormiunt et de tua, Domina, pulchritudine

malis simili, quae aestate ut papyrus albescunt, nihil sciunt.

Tłumaczenie na język łaciński: Zofia Głombiowska[1]

 

[1] Prof. dr hab. Zofia Głombiowska kieruje Katedrą Filologii Klasycznej Uniwersytetu Gdańskiego. Z inicjatywy Katedry Filologii Klasycznej oraz Zakładu Pomorzoznawstwa Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego odbyło się dnia 11 maja 2009 r. o godz. 11:00 w Sali Senatu UG, gmachu Biblioteki Głównej UG spotkanie z poezją piszącego te słowa. Referat o poezji piszącego te słowa wygłosiła Pani dr hab. Krystyna Turo, profesor Uniwersytetu Gdańskiego. Natomiast referat pt. Poezja współczesna, a język łaciński (O niektórych kłopotach i zdumieniach tłumacza) wygłosiła Pani prof. dr hab. Zofia Głombiowska. To w związku z przetłumaczeniem na język łaciński wiersza pt. O, Pani jesteś tak piękna jak po nocy świt. Podczas spotkania wybrane przez siebie wiersze z książki Złoto i biel. Wybór poezji oraz Poezje. W tempie andante czytali aktorzy Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku Joanna Bogacka i Krzysztof Gordon. W spotkaniu tym uczestniczyło kilkadziesiąt studentek i studentów filologii klasycznej, filologii polskiej oraz historii Uniwersytetu Gdańskiego.

 

Waldemar Smaszcz

 

ten dzień i te chwile…

Szkic o nowych wierszach Jana P. Grabowskiego z tomu

Poezje. W tempie andante

 

Najnowszy tom Jana P. Grabowskiego nosi muzyczny tytuł Poezje. W tempie andante, i jest to – uprzedzając rzecz całą – tempo najbardziej odpowiadające autorowi, który właśnie w takim, umiarkowanym tempie przemierza świat, na własnych nogach, niespiesznie, zatrzymując się co chwila oczarowany cudem, którego nie można ominąć i – dodajmy – nie zapisać w poetyckim słowie. A cudem w tej poezji jest bodaj wszystko, co poeta spotyka na swojej drodze, unisono nie tylko tego, „co czuje i co żyje”, ale najdosłowniej  w s z y s t k i e g o: „0, witać, pogodnie witać każdy dzień – czytamy w jednym z wierszy – I wszystkie noce”.

Co w nich jest takiego, że tak właśnie mamy czynić – można by zapytać. Poeta, jak każdy  u r z e c z o n y,  nie czeka na podobne pytanie, on je uprzedza:

 

Bo wczoraj pod wieczór po deszczu,

na przechadzce byłem. Wieczorem, czy

 

za dnia? Któż to rozstrzygnąć zdoła?

Bo dzień trwał w najlepsze, podczas

gdy już cienki sierp Księżyca światło

we wszystkich kałużach porozniecał.

 

Dzień, zatem, czy wieczór: kto wie ile

światła, a ile już zmierzchu w tę porę

powinno być w przestrzeni? Ile blasku

kałuże rozniecić mogą, a ile rozwłóczyć,

 

rozwiać wiatr tam, gdzie dotąd nie był?

[…]

 

                       Szedłem, a w ten wieczór

Wszechświat, jakiego nie znałem, otwierał

się nade mną. […]

 

I to wszystko dzieję się – zauważmy – nie w noc świętojańską, ani w żadną inną gwieździstą noc, lecz, jak skrupulatnie autor zaznaczył, 12 stycznia 2008 roku, powtórzmy, „pod wieczór po deszczu”. Dotąd bodaj tylko w poezji ks. Jana Twardowskiego mogliśmy przeczytać: „jaka ładna brzydka pogoda”. Okazuje się, że także Jan P. Grabowski bez zastrzeżeń akceptuje podobną sytuację. Bo chociaż u nas o tej porze roku – jak pisze poeta – „kto wie: gdzie kończy się dzień a noc zaczyna?”, w niczym to mu nie przeszkadza. Jego, bowiem emocje nie są związane z jakąś konkretną porą dnia czy nocy, gotów jest zachwycać się wszystkimi chwilami, gdyż każda z nich prowadzi „do tego, co jest niewidzialne”. Nawet w taki wieczór, nie zimowy, ale też nie jesienny, jeżeli zdecydujemy się wyjść z domu i iść przed siebie, może otworzyć się nad nami Wszechświat…

*     *     *

Czytelnicy obeznani z twórczością gdańskiego poety, choćby z jego poprzednim tomem Złoto i biel. Wybór poezji (2007), do którego dołączona była płyta z wybranymi wierszami, znakomicie czytanymi przez Piotra Adamczyka, odnajdą w najnowszym zbiorze bliski sobie świat, tym bardziej pociągający, że na wskroś odrębny, własny. Ci zaś, którzy dotąd nie zetknęli się z tymi wierszami, mogą przyjmować je wręcz z niedowierzaniem, szukać informacji o autorze, który potrafi nadać poetycki wymiar każdemu, nawet najbardziej codziennemu zdarzeniu. 

Takie właśnie są jego wiersze, od pierwszego, tytułowego począwszy:

 

Dobrze mi tu. W tempie andante idę

przez zimę. Naprzeciw czemu nie wiem sam.

Jest mi tu dobrze, wiem co mnie spotyka.

Nie wiem co się wydarzy w następny dzień.

 

Ech, zima, zima. Znikam w tumanie:

Nie wiem, gdzie góra, nie wiem, gdzie dół.                                          

Nie wiem nawet gdzie w prawo, w lewo.

Idę czy lecę? Wszędzie wiruje śnieżny pył.

 

Nie wiem, gdzie jestem. Ach, do domu

trafić i spojrzeć na zimę zza okna już?

Ale nie czułbym wtedy dotknięcia bieli.

Dotknięcia Tego, co stamtąd, już tutaj jest.

[…]

 

Nieoczekiwanie, choć – powiedziałbym – niejako naturalnie autor, ogarnięty realnością, przekracza próg metafizyki. Przez śnieżną zamieć trudno podążać z zachwytem. Nie sposób też dostrzec cokolwiek, gdy – powtórzmy – „znika się w tumanie” i nie wie się, „gdzie góra, […] gdzie dół […] gdzie w prawo, w lewo”, czy się idzie, czy się leci. W tej sytuacji trudno się dziwić chęci powrotu do domu i oglądania zimy jedynie przez okno. Wówczas jednak – raz jeszcze przywołajmy słowa wiersza – poeta nie czułby „dotknięcia bieli”, czyli „dotknięcia Tego, co  s t a m t ą d, już tutaj jest” (podkreśl. – W. S.).

Warto tutaj podkreślić, że gdański poeta dołączył tu do takich znakomitych liryków, jak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – „Śniegu. / Baranku Boży! / Gładzisz grzechy świata…”, czy zwłaszcza przywołany już ks. Jan Twardowski, który tak mówił o śniegu: „Jak niezwykły jest śnieg […]. Wszystko przykrywa, wybiela zło. Dla mnie śnieg ma metafizyczny charakter. Przychodzi jakby z innego świata. Deszcz jest z naszego świata. Śnieg jest zupełnie inny, ma w sobie jakąś duchowość, jest jak łaska.”. Ale tym, co można by określić jako copyright Jana P. Grabowskiego, jest potrzeba, a nawet konieczność nieustannego d o ś w i a d c z a n i a  realności. Skoro, albo powiedzmy nawet:  d o p ó k i  poeta żyje i może „w tempie andante […] przez zimę iść”, nie zrezygnuje z niczego, ponieważ:

 

                     […] Kto wie, czy Tam

zimę napotkam i znowu powiem: „dobrze mi tu”.

 

Ta  g o t o w o ś ć  do zdumienia i zachwytu, której – jak widzieliśmy – nic nie może przekreślić, wypełnia się, ogromnieje zwłaszcza na wiosnę, gdy każdy dzień tyle przynosi, że aż pojawia się niepokój czy sprostamy budzącej się naturze. Nawet poeta, w sposób szczególny predysponowany do nazywania, świadomy niepowtarzalności każdej chwili, budzący się przed świtem, o tej porze roku jak nigdy odczuwa własną ograniczoność.

W wierszu Przystając w wiosenny dzień na chełmskim wzgórzu (Notatka pierwsza, z 25 kwietnia 2007 r.) czytamy:  

 

Dla kogo, po co to wszystko: wiatr biegnący

po trawach, skąd: stamtąd, gdzie jeszcze nigdy nie byłem?

I dokąd, Tam, gdzie nigdy nie będę? […]

 

O trawy jakże wysokie już, jakie zielone.

Przeoczyłem, przespałem nadejście wasze.

Czyżbym miał stać i czekać? I nie spać by

dostrzec – niezauważalne – nadejście wasze?

 

O hortensje, jakże was przeoczyć, nie zauważyć,

kiedy i tu, i pewnie Tam, i wszędzie jesteście.

[…]

 

Ach, kiedy przystaję pośród traw, w hortensjach,

czując wiatr na sobie niczego – w takiej chwili – mi nie trzeba.

 

Taka postawa, dominująca w dotychczasowej twórczości Jana P. Grabowskiego, w jakiejś mierze wyłączała poetę z otaczającej go rzeczywistości społecznej. Wychodząc na spotkanie śniegu, deszczu, wiosny, jesieni, zdumiony konstatował, że wobec takich cudów ludzie pozostają najzupełniej obojętni. Nieustannie gdzieś pędzą; zamknięci w swoich samochodach nie tylko niewiele widzą, ale nie mogą poczuć ani deszczu, ani wiatru, ani śniegu, ani słońca; ogłuszeni byle jaką muzyką nie słyszą śpiewu ptaków ani głosu morza; przebywając w rozświetlonym latarniami i neonami mieście, nie widzą rozgwieżdżonego nieba. 

Czytając podobne zdania prawie nietaktem byłoby zauważyć, że świat nie składa się jednak wyłącznie artystów, którzy w znacznie większej mierze niż inni ludzie są panami swojego czasu. Oczywiście, nie znaczy to, że nawet w największym zabieganiu nie moglibyśmy zatrzymać się choćby na chwilę refleksji, modlitwy, zachwytu wreszcie. W końcu – przyznajmy – nie zawsze tak było… Kiedyś potrafiliśmy wszak znaleźć czas na wpatrywanie się w gwiazdy, zabawę z dmuchawcami, poszukiwania czterolistnej koniczynki, a także na dobre uczynki, bezinteresowną przyjaźń, miłość, spacer z dziećmi.

Dobrze więc, że są ci, którzy nam o tym wszystkim przypominają, czy to najbliżsi, czy może kapłani, albo… lekarze; ale też poeci, jak choćby ks. Jan Twardowski, powtarzający: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”, i Jan P. Grabowski właśnie, niemal wołający:

 

                                                                              …jechać

autobusem, w taki czas, gdy wokół październik?

Idąc na wskroś sennego Przymorza naoglądałem

się października, nawdychałem – jego – powietrza:

 

rześkiego, o złotawym smaku i zabarwieniu.

Bo na Przymorzu im bliżej zatoki tym bardziej

miasto z… miasta wychodzi by w końcu tłem

pozostać, oddaleniem dla pogody października.

 

*     *    *

Jan P. Grabowski nie zamyka się we własnym świecie. Czym, bowiem byłby zachwyt, gdybyśmy nie mogli się nim dzielić. Unika bezpośredniej perswazji, ale nie kryje, jak bardzo ważny jest choćby jeden rozmówca:

 

                        […]

Na przystanku coraz więcej osób się nazbierało.

Czy o czymś myśleli? – próbowałem z ich twarzy

odgadnąć. Dokąd jechali w ten złoty październik?

Czy spotkamy się jeszcze gdzieś i kiedykolwiek?

 

W końcu autobus nadjechał: jeden przystanek

zabrałem się nim do Jelitkowa. Wysiadłem ja,

jeden, jedyny. Autobus przed siebie pojechał.

A w nim i ci, z którymi na przystanku czekałem.

 

Lecz ani przez chwilę sam nie zostałem. To On

– prawie dotykalny – na powitanie otworzył mi

szum Zatoki, szelest piasku… A poza tym jeszcze

śpiew liści w wietrze łagodnie roztrzepotanych.

 

Przełamywanie samotności dokonuje się – jak wszystko w tej poezji – bardzo naturalnie. Już w poprzednim tomie pojawiły się wiersze adresowane do żony. Ich tonacja przypomina najpiękniejsze liryki tego nurtu w naszej literaturze, jak choćby wzruszające wyznanie Kazimierza Wierzyńskiego „Nie daj się smucić – „Boże, Boże, / Nie daj się smucić mojej żonie, / Ona jest wszystkim, co mi zostało…”.

W omawianym zbiorze od razu po otwierającym całość tytułowym wierszu zamieścił autor trzyczęściowy utwór Bo ona jest Słońcem – ja, zapewne, Księżycem? – w naszym planetarno-rodzinnym układzie” (Czyli notatka na marginesie pewnego lutowego dnia Anno Domini 2007). „A żona i ja w dzień taki obok siebie jesteśmy” – czytamy w pierwszej części, wypełnionej, jak to zazwyczaj bywa w wierszach Jana P. Grabowskiego, codziennymi realiami. Motyw ten w pełni rozwinie autor w części środkowej:

 

Najważniejsze jest to, że obok siebie jesteśmy.

Jej obecność – jej bliskość – sprawia, że nieważna

jest pogoda, że mróz, że wiatr, że ziąb i brak Słońca.

Bo to ona jest Słońcem w naszym rodzinnym układzie.

 

Bo najważniejsze, że jesteśmy – tu, ze sobą – razem.

Teraz i przez te wszystkie dni, co są nam zapisane.

Co będzie „po” – nie wiemy, bo czyż jesteśmy wieczni?

I czyż warto – teraz, tutaj – o tym rozpamiętywać?

 

Bo najważniejsze są chwile, które właśnie… „są”.

Nawet nie te „przedtem”, również nieistotne – „potem”.

[…]

 

Kilka wierszy, o charakterze epitafium, poświęcił autor bliskim sobie ludziom kina: Bergmanowi, Antonioniemu, Witoldowi Leszczyńskiemu, którego arcydziełem, Żywotem Mateusza, nie przestaje się zachwycać. Nie powinny też ujść naszej uwadze liryczne powroty do lat młodości, zwłaszcza studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W wierszu Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej byłem poeta, przeżywający swoją „smugę cienia”, ulega „posłusznej pamięci” i przywołuje „poranny egzamin u dr Marii Szupryczyńskiej”. Po latach, a nawet dziesiątkach już lat, przemienia wszystko, co się kiedyś zdarzyło, w najczystszą lirykę, w której zacierają się zupełnie granice między sacrum a profanum:

 

Wychodzę przed Collegium Maius. Pierwsze swoje

kroki kieruję – i zachodzę na krótka modlitwę – do

Najświętszej Marii Panny. A potem przez Rynek idę

ulicami – tymi samymi co zawsze – do kina „Orzeł”

 

na pierwszy poranny seans. Nie pamiętam co to był

za film. Pamiętam poranek: tę świeżość i lekkość.

I jeszcze te światła jak gdyby rozproszone. I jeszcze

to poczucie zupełnej, absolutnej wolności. I radość,

 

że w Toruniu, nie gdzie indziej, jestem. Pamiętam

ten epizod i tych kilka innych, podobnych poranków.

[…]

 

Dodam – najzupełniej prywatnie – że podobnie jak poeta, mój studencki jeszcze kolega, wciąż „bardziej za Toruniem […] tęsknię”: „Szczególnie – pod jesień, najczęściej w październiku. / O, właśnie wtedy, kiedy rok akademicki się zaczyna.”. Życzę więc autorowi, by, zachowując zachwyt dla wszystkiego, co go otacza, sięgał też pamięcią do tego, co bezpowrotnie minęło, a co może powróci – dzięki sile słowa poetyckiego – piękniejsze jeszcze, bo przeniesione w zupełnie inny już wymiar.

 

Waldemar Smaszcz. Białystok, 1 czerwca 2009 r.

 

 

Marcin Lutomierski

 

Podróże do światłości

 

W bogactwie myśli, przeżyć i pragnień zawartych we wciąż rozwijającej się poezji Jana P. Grabowskiego można wskazać nieustannie podejmowany wątek. Jest to podróż do światła, blasku i jasności.

 

Z całą pewnością co dzień dążyłem ku światłu…

jak rośliny,

które zawsze zwracają się Tam, skąd widać Jasność

 

– mówi liryczne „ja” w wierszu Codzienność. Poezja Grabowskiego to przede wszystkim poezja jasności – zarówno tej ziemskiej, jak i transcendentnej, wykraczającej poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. Pomimo trosk, cierpienia (własnego i bliskich) i lęku przed światem podmiot liryczny, którego można utożsamiać z autorem, „każdego dnia układa wielki poemat jasności”. Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… i wtedy jego oddech zrównuje się z oddechem przyrody, a jego życie staje się pogodną rezygnacją z pośpiechu. Wówczas dopiero zaczyna się wewnętrzna podróż i jakże piękna „milcząca rozmowa” ze Stwórcą światła. Poezja Grabowskiego ukazuje przejmujące wizje przyrody, w której objawia się Bóg, choć czasem jest to obraz z pozoru zwyczajny

A przecież wystarczy przystanąć,

by zapatrzeć się tuż obok, przy drodze.

Bo wywyższenia można doznawać

i na sam widok… kwitnącego rzepaku.

 

(Tryptyk elegijny. Część pierwsza pt. Wywyższenie)

 

Otoczony jasnością ziemską bohater wierszy autora Łaski widzenia pragnie i tęskni za Jasnością nie z tego świata.

Podróżom wewnętrznym Grabowskiego nader często towarzyszy muzyka barokowych mistrzów, zwłaszcza Bacha i Telemanna, a także „niekończący się koncert planet”, „złocista melodia południa”, „spokojny hymn widnokręgu” czy „muzyka pszczół”. A ponadto nieodłącznym elementem każdej niemal wędrówki lirycznego „ja” staje się refleksja nad upływającym czasem, który ciągle pozostaje / najtwardszą przeszkodą do… Wieczności”. W swoich „nieśpiesznych wierszach” poeta konsekwentnie próbuje „zatrzymać to, czego nigdy nie można pochwycić”. Mimo że bez niepokoju oczekuje nadchodzących dni, to tak bardzo po ludzku rozważa, jak i czym zatrzymać i utrwalić każdy otrzymany od Pana dzień. Świadomy przemijania a daleki od rozpaczy Grabowski właśnie swoją poezją przenika, chwyta i utrwala to, co nieuchwytne. Ma też wyjątkowy dar widzenia i nazywania niezwykłych momentów – których inni zdają się nie dostrzegać – jak choćby w Kilku epizodach na przełomie sierpnia i września, gdy poeta mówi:

 

Najpiękniej jest tuż przed wyjazdem – ot nieistotna

na pozór chwila między: jesteśmy, a już nas nie ma.

 

*          *          *

 

Jan P. Grabowski należy do tych twórców, którzy mają do powiedzenia coś ważnego o świecie i ujmują to w piękną formę. Dzięki jego poezji można przybliżyć się do Tajemnicy Życia, Przemijania i Światłości, a jednocześnie odnaleźć i powrócić do samego siebie.

 

Marcin Lutomierski, Podróże do światłości. Toruń, 18 maja 2007 r.