PRZEZ CHWILĘ…

Wiersze z lat 2010-2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r.
Data wydania: 2012

„Wiersze Jana P. Grabowskiego przywodzą mi na myśl twórczość… starożytnych Greków, gdy wszelkie piśmiennictwo stanowiło jedność, dzisiaj nie do pomyślenia. Poezja, owa – by przywołać słowa Zygmunta Krasińskiego – „pieśń odwieczna ludzkości”, mówiła o świecie w takiej właśnie perspektywie, wpisywała dziejące się zdarzenia, a więc historię, w niezmienny rytm natury, stawiając fundamentalne pytania metafizyczne i filozoficzne”.

Fragment recenzji pióra dr Waldemara Smaszcza, Białystok, 2012.

PRZEZ CHWILĘ…

Wiersze z lat 2010–2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r. ,

Pelplin 2012, ss. 88. (40 wierszy).

Projekt wydawniczy został dofinansowany przez Samorząd Województwa Pomorskiego.

 

Posłowie pt.

Poetycka kronika (nie)codzienności. Słowo o wierszach Jana P. Grabowskiego

napisał dr Marcin Lutomierski (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu).

 

Zawartość: Ciągłe zdumienie…, Wiersze z 2010 r.: Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy; Łzy nie zdążyły spaść. Zamarzły; Odwilż; Oczekiwanie na wiosnę; Mistycyzm płynący z natury; Droga do źródła; Jakże słowami wypowiedzieć…; Czuję wiatr, srebrne dotknięcia wody…; Na  łodzi; Czas upałów już minął; Spocka impresja; Pean dla października; Noc cię październikowa odprowadza…; Zima… sauté; Nie pójdę w tym roku na bal sylwestrowy. When I’m sixty-four, Wiersze z 2011 r.: Styczeń. Przebudzenie ze snu; Codzienna czułość; A pan Czesiu na akordeonie wciąż gra; Wyglądanie wiosny na molo w Orłowie; Na pozór zwyczajny dzień; Miedź i być; Grabowski; Obecność; Czerwiec; Noc czerwcowa; Lipiec; Niedziela nad zatoką; Sierpień; Przed burzą przystanąłem pod drzewem jarzębiny; W cichości (Czyli dwa wiersze wrześniowe w nastroju saudade); Przeczucie; Szedłem. Wiersze nowe, z 2012 r.: Znów nad chryzoprazowym jeziorem chciałbym siąść, srebrem blasku się zachwycić; Wiatr i list; Co wydarzyło się 29 lutego 2012 r.; Kos w Parku Oliwskim; Jakże wiele tracimy; Cieszy mnie…; Sam nigdy nie jestem.

MIEDŹ I BYĆ

 

Zatoka jak jezioro spokojna: żadnej, nawet najmniejszej fali.

Woda i jakby sponad niej zewsząd wschodzące Słońce.

W samą porę zdążyłem na ten cud, który przecież codziennie,

nieustannie się zdarza. Lubię nad wodą – nad jeziorem albo

 

nad zatoką – przebywać wsparty na Nieskończoności. I wtedy

tak szeroko oddycham jakbym wiersz pisał. Albo próbował –

bo tu wszystko jest Poezją – kilka zdań zapisać. Bo to On dał

możliwość zapisywania Jego – bo przecież nie mojego – dzieła.

 

Dostrzegam Go i Jego dzieło w całej złożonej, nieogarnionej,

niepowtarzalnej wzniosłości i różnorodności. Niesposób jednak

– zresztą: po co? – wszystkiego zapisać. Ileż – zresztą – dotąd

wrażeń, spostrzeżeń, zdziwień już zapisanych, lecz… kto je czyta?

 

Niemal każdy chce „iść po ziemi i po niebie”. I niewiele albo

nic z tego nie wynika. Pozostają wciąż „drogi niewybrane”, bo

„możliwość” jest tylko jedna. Jak ten świt, który czy ktoś chce,

czy nie chce – codziennie się powtarza. A ty możesz tylko być…

 

A potem już nie potrafisz ani świtu, ani jego barw – jak miedź:

złotoczerwonych, pomarańczowordzawych – zmysłami ogarnąć.

Słońce już coraz wyżej rozprzestrzenia świt. Oto jeszcze jeden

spektakl, jeszcze jeden cud z twoim – jako uczestnika – udziałem.

 

(2011)

 

 

CZERWIEC

 

Unoście się zielone, powietrzne tonie czerwca.

Aż pod samo niebo, jeszcze wyżej – unoście się i

zabierzcie mnie ze sobą. Albo – nie. Zostawcie,

zostańcie ze mną aż do końca lata. Nawet dłużej.

 

Do jesieni. Na zawsze. Niechby czerwiec i cały

rok trwał. Ach, te dni: bez początku i końca są.

Nocy – nie masz, więc i nie chce się spać. Albo:

ledwo się położysz – zdumiony, że jasno – a tu

 

trzeba wstać. To światło cię budzi, a właściwie

bezustannie trwa. Tyle tego światła, że nawet

dzień pochmurny albo deszcz nie przysłonią go.

Wręcz przeciwnie: masz wrażenie – pewność –

 

że to nie deszcz, lecz światło… „pada”. Ktoś

nazwał, że są to… „białe noce”? Raczej, chyba

– bezustanne dni. No i te zapachy: już sam nie

wiesz co bardziej pachnie. I skąd to wszystko:

 

te zapachy, te światła, te dni jakby bez końca…

się bierze? Zapewne można obliczyć, obmierzyć,

wytłumaczyć, ale ja nie wierzę w magię liczb,

fizyki i równań. Wolę zanurzyć się w zielonych,

 

powietrznych toniach czerwca. Wolę znikać

w nich. Tak, aby nikt nie odróżnił kim, raczej

– w ten czas – czym jestem: może… drzewem?

A może w świetle, w wietrze, drżącym listkiem?

 

(2011)

 

 

NOC CZERWCOWA

 

Noc to, czy już dzień o trzeciej nad ranem…

Czerwiec, jakaż cisza, nawet ptaki śpią.

Ja – nie śpię. Bo cóż, że światłopowietrze

przez uchylone okno płynie… Lecz duszno.

Ja nie mogę spać. Czekać. Przeczekać do świtu.

 

Zaraz, za kilka chwil, Słońce wstanie.

Czekam. Jakże czekanie się dłuży.

Ach, zasnąć, spać do rana. Już się nie obudzić?

Słońce nie poczeka i tak wstanie.

Nowy dzień się zacznie. Taki sam jak wczoraj.

 

Tyle że czerwcowy. Już piąta.

Słońce właśnie wstaje. Gaszę lampkę –

Słońce przez okno zagląda. Gdzieżeś

– skryła się – nocy? Świeży chłód poranka

nie przynosi ulgi. Ach, zasnąć. Spać? Spać!

 

Ja w dzień nigdy nie zasnę. Nie mogę.

A ten zapis, który miał być

o czerwcowej nocy nieprzespanej

zamienił się w oczekiwanie: sam już nie

wiem na co. Przybywa coraz więcej światła.

 

Odgłosy miasta słychać: karetki pogotowia,

szum – coraz głośniejszy – aut… Ktoś

bardzo się śpieszy. To już miasto stanęło

na nogach. A przecież ponad wszystkim trwa

bezustanna noc. Wcale nie czerwcowa.

 

(2011)

 

 

LIPIEC

 

… jak dzień lipcowy oddycham. Ech, po co

mi podróże do krajów nieznanych. Bo i ci,

którzy tam byli, nie potrafią nic opowiedzieć.

A mój kraj to… lipiec, który nie ma granic.

 

Bo jakże wyznaczyć granice zapachów lip

kwitnących albo jak rzekę wiatru ujarzmić?

Oto jedna z takich rzek powietrznych gdzieś

mnie ze sobą zabiera. Ach, dokąd mógłbym

 

jeszcze dotrzeć gdybym stał się wiatrem?

A tak… lipcem oddycham. I wydaje mi się,

że lipcem jestem i od razu siebie, sprzed lat,

odnajduję, kiedy jeszcze chłopcem byłem.

 

Pod semaforem pociąg przystawał, pachniał

żelazem, parą i wiatrem. Gwizdnął, ruszył i

powiózł ze sobą przestrzeń. Znikał, ja stałem

zazdroszcząc, że muszę zostać, gdzie jestem.

 

Były wakacje, lipiec, jak teraz, i wszędzie: aż

po horyzont i do nieba też było blisko. Nikt

nie myślał o podróżach. Zresztą: po co i gdzie?

A gwiazdy wisiały tak nisko, że tylko je brać.

 

Czasami brakuje mi tamtych przestrzeni, lecz

kiedy lipcem zapachnie już jakbym był tam.

W miejscu, którego już nie ma, chociaż jest:

kiedy pod lipą wezmę nieco większy oddech.

 

(2011)

 

 

ZNÓW NAD CHRYZOPRAZOWYM JEZIOREM

CHCIAŁBYM SIĄŚĆ,

SREBREM BLASKU SIĘ ZACHWYCIĆ

 

Znów nad chryzoprazowym jeziorem chciałbym

siąść, srebrem blasku się zachwycić. Zapomnieć

o wszystkim, nawet o tym, że mija czas, że niemal

wszystko mija bezpowrotnie. Gdybym patrząc na

chmury wiedział gdzie płyną być może zabrałbym

się z nimi. Gdzieśbym odleciał: wyżej, dalej, poza

horyzont? Jeszcze dalej? Co bym zobaczył stamtąd?

Siebie, że jestem pośród ogromu świata także i tam,

nad jeziorem niedostrzegalny. Ono zamarznięte jak

lodowy okular na wiosnę czeka. Aż kiedyś – przejrzy[1].

Tymczasem w mieście bez przerwy lutowy ziąb i

i nie wiadomo dokąd – i po co – wciąż się śpieszą

przechodnie. A u mnie na chełmskim wzgórzu cicho

i szaro jest, lecz od czasu do czasu już Słońce zajrzy.

Któregoś dnia za miastem niewielki lasek i drzewa

w „zimowej szacie” zobaczyłem. Jakże się tamtym

widokiem zachwyciłem. A więc to tak? Są zatem

miejsca, gdzie nie od święta takimi widokami jeszcze

można się zdumiewać? Kto jednak na takie widoki

uwagę zwraca? „Ot, lasek w śniegu”, „piękna zima”,

„w mieście przeważnie zimy nie ma” – słyszę. A gdy

mówię, że nad chryzoprazowym jeziorem chciałbym

siąść, srebrem blasku się zachwycić – popatrzy na

mnie, że niby jestem nie z tego świata i albo od razu

gazu dodaje, albo nie słucha… siebie słyszy. I oddala

się albo raczej – ku Niewiadomemu… się przybliża.

 

(2012)

[1] Jezioro jest najpiękniejszym i najbardziej wyrazistym elementem krajobrazu. To oko ziemi, w które zaglądając, mierzymy głębię swej natury. – Henry David Thoreau Walden czyli Zycie w lesie.

 

Marcin Lutomierski

 

Poetycka kronika (nie)codzienności

Słowo o wierszach Jana P. Grabowskiego

 

Przez chwilę jest siedemnastą publikacją książkową Jana P. Grabowskiego, który ma w swoim dorobku przede wszystkim książki poetyckie.      

Debiutem literackim w ścisłym tego słowa znaczeniu było opowiadanie Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu, albo dróg ryby w wodzie – opublikowane na łamach tygodnika „Literatura” w Warszawie,  w 1977 roku. Rok kolejny przyniósł zaś debiut poetycki, który odbył się na falach Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia – w programie poetyckim Dotknięcie mroku, przygotowanym przez redaktor Reginę Witkowską. 

Od początku swojej drogi twórczej Jan P. Grabowski chętnie dyskutuje o własnych (i nie tylko) utworach. Okazją do rozmów są przede wszystkim spotkania autorskie, wzbudzające duże – co z uznaniem należy podkreślić – zainteresowanie czytelników. „Piszę (…) – mówi autor w wierszu Sierpień – od czasu do czasu. Bo mam / czytelników, którzy na te wiersze wciąż jednak czekają”. Grabowski oddaje w wierszach swoje pasje i mówi o nich wprost. Twórczość staje się więc dla niego odbiciem autorskiego i nieskrywanego „ja”, które nie zamyka się w sobie, lecz otwiera na drugiego człowieka. Poeta mówi, mając na uwadze innych i zwracając się do publiczności, wśród której sporo jest osób bliskich lub znajomych, a świadczą o tym już same tytuły i dedykacje wielu utworów.

Autor nie stroni również od wymiany uwag z krytykami i badaczami literatury, którzy często opiniują do druku jego teksty, a także honorują je w rozmaitych konkursach. Jan P. Grabowski otrzymał dotychczas kilkadziesiąt nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach literackich. Przyznano mu również sporo państwowych nagród i odznaczeń, m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Medal Sint Sua Praemia Laudi, Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska, oraz Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wiersze gdańskiego poety zamieszczane są w czasopismach, antologiach i almanachach, najczęściej jednak – w osobnych tomach poetyckich. Celowo użyto tu słowa „tomy”, ponieważ książki Jana P. Grabowskiego nie mają postaci drobnych tomików wierszy. Publikacje te wyróżniają się nie tylko objętością, lecz także staranną szatą graficzną: odpowiednio dobraną czcionką i papierem, układem tekstu, ciekawym formatem i twardą oprawą. Przypomnijmy, że wydawcą utworów autora Dotykania czasu było nie tylko Wydawnictwo Bernardinum w Pelplinie, lecz także Wydawnictwo Morskie w Gdańsku, Gorzowskie Towarzystwo Kulturalne w Gorzowie Wielkopolskim, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza w Warszawie, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w Warszawie, Zabytkowa Papiernia-Muzeum w Dusznikach Zdroju oraz Fundacja Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego w Gdańsku.

Szukając źródeł popularności utworów Jana P. Grabowskiego w kręgach czytelników, można by wskazać trzy zasadnicze walory jego twórczości. Niewątpliwie jest to walor estetyczny, ponieważ autor uwrażliwia czytelnika na piękno świata przyrody – która jest w zasięgu ręki, piękno kosmosu – który ekscytuje i niepokoi, jak również piękno muzyki – która stanowi harmonię. Poza tym w swoich wierszach niejednokrotnie przypomina ciekawe i zapomniane dziś słowa z bogatego zasobu polszczyzny. Drugą zaletą tej twórczości jest walor poznawczy. Oto bowiem dzięki poezji gdańszczanina z wyboru można poszerzyć lub przypomnieć wiedzę na temat gatunków drzew, kwiatów, ptaków, planet, gwiazdozbiorów i muzyki. Autor Łaski widzenia jest niezwykle uważnym obserwatorem i słuchaczem: wypatruje na przykład ptaków, nasłuchuje ich śpiewu, a także wyczekuje ich powrotu z dalekich krain – martwiąc się, jeśli zbyt długo nie przylatują. Grabowski swoją postawą próbuje zachęcić czytelnika do codziennej afirmacji świata, przekonuje, że warto uważnie rozglądać się wokoło, spoglądać w niebo i podziwiać cuda natury, nawet jeśli mieszka się w dużej aglomeracji. Jest jeszcze jeden, ściśle związany z poprzednimi, walor przywoływanej twórczości. Otóż, świadectwa odbioru tej poezji – w postaci listów, rozmów, recenzji i opinii – pozwalają wysnuć wniosek, że utwory Jana P. Grabowskiego pełnią również rolę terapeutyczną. Nawet jeśli ich czytelnicy nie przyznają się do tego wprost. Wydaje się, że twórczość ta może zaproponować współczesnemu odbiorcy chwilę wytchnienia od wszechobecnego cywilizacyjnego pośpiechu. Otwiera również drogę do własnych refleksji i poszukiwań odpowiedzi na pytania o egzystencję, piękno i czas.

Nie bez znaczenia dla poezji Jana P. Grabowskiego pozostaje bogata tradycja literacka, rozpoznana nie tylko podczas studiów polonistycznych w Toruniu, ale i w czasie codziennych lektur autora-czytelnika. Uważny odbiorca wierszy Grabowskiego znajdzie w jego twórczości różnego typu kontynuacje i nawiązania do utworów poetów różnych epok. Stosowane tu zabiegi intertekstualne świadczą o podejmowanym przez autora dialogu z tradycją literacką, a w szczególności dorobkiem takich mistrzów słowa, jak: Jan Kasprowicz, Jan Kochanowski,  Mikołaj Sęp-Szarzyński, Leopold Staff, Kazimierz Wierzyński, Stanisław Baliński, a także Emily Dickinson, John Donne, Robert Frost, John Keats – by wymienić tylko niektórych patronów poetyckich Jana P. Grabowskiego.

Autor Żółtej poczekalni ma także swoje ulubione tematy. Najszerszy krąg tematyczny tworzy natura: ptaki (spośród nich najbliższy lirycznemu „ja” jest kos, którego tak niecierpliwie i przyjaźnie wypatruje każdego roku), drzewa, jeziora, gwiazdy i planety. Należy podkreślić, że Grabowski bardzo chętnie dzieli się swoimi obserwacjami i rozmyślaniami na temat wciąż zmieniających się pór roku. I choć twierdzi, że „nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik” (Pean dla października), to w jego utworach każdy miesiąc ma niepowtarzalny urok, czar i wdzięk. Nieco rzadziej pojawia się tu tematyka miejska, a raczej: trójmiejska. Zarówno we wcześniejszych, jak i obecnym tomie można odczytać fragmenty poetyckiej mapy Gdańska, Sopotu oraz Gdyni. W topografii Jana P. Grabowskiego szczególne miejsce zajmują najbliższe okolice Zatoki Gdańskiej, molo w Sopocie, katedra i park w Oliwie, a także osiedle Gdańsk-Chełm. Najwęższy krąg tematyczny tworzą wiersze mówiące o relacjach i spotkaniach z osobami najbliższymi, znajomymi i nieznajomymi. Dużo lirycznego ciepła i wzruszenia wnoszą utwory będące apostrofami do żony, na przykład ten w którym podmiot/autor wyznaje: „Każdy dzień z tobą to nowy świat, chociaż / niczym nie różni się od poprzedniego” (Obecność).

Bez względu na tematykę – utwory Jana P. Grabowskiego łączy występujący niezwykle często, choć realizowany w różny sposób, motyw podróży. Wędrówki do parku, nad zatokę, do lasu czy centrum miasta podmiot liryczny podejmuje niby samotnie, ale tak naprawdę w towarzystwie przyrody, która swoją obecnością ułatwia mu dostęp do świata duchowego. Mamy tu bowiem do czynienia również z innym, wewnętrznym, wymiarem podróży, podczas których poeta doświadcza harmonii natury i poczucia jedności ze światem, próbując zarazem uchwycić na jego tle własną tożsamość.

Nieodłączną towarzyszką podróży podmiotu mówiącego w wierszach Grabowskiego jest też muzyka, zwłaszcza kompozycje barokowych mistrzów (Bacha i Telemanna) oraz… „niekończący się koncert planet”, „spokojny hymn widnokręgu” czy „muzyka pszczół”.

W poetyckim świecie autora Żółtej poczekalni częste są podróże do jasności – zarówno tej ziemskiej (światła, blasku), jak i transcendentnej, wykraczającej poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. Pomimo trosk, cierpienia i pewnego lęku przed światem podmiot liryczny, każdego dnia układa „wielki poemat jasności”. Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… , a wtedy jego życie staje się pogodną rezygnują z pośpiechu. Dopiero wówczas może rozpocząć się wewnętrzna podróż i jakże piękna „milcząca rozmowa” ze Stwórcą. Poezja Grabowskiego ukazuje przejmujące wizje przyrody, w której objawia się Bóg, choć często jest to obraz z pozoru zwyczajny.

Nieodłącznym elementem każdej niemal wędrówki lirycznego „ja” staje się refleksja nad czasem. Autor Przez chwilę jest niezwykle wrażliwy na upływ czasu, który – co może wydać się paradoksalne – nadaje sens ludzkiej egzystencji. Czas w utworach Grabowskiego uświadamia bowiem, że człowiek nie jest przypadkowym i tymczasowym istnieniem. Czas uczy także pokory, przywraca ład i daje nadzieję. Z drugiej strony jednak „nieśpieszne wiersze” gdańskiego poety konsekwentnie próbują przeniknąć, uchwycić i utrwalić to, co nieuchwytne. Koncentrowanie uwagi na „tu i teraz” – tak mocno akcentowane przez Grabowskiego – mimo wszystko odsłania również lęk i niepewność, które są niejako wpisane w refleksję o czasie.

Być może dlatego, w obawie przed nieodgadnionym i niewiadomym, z każdej niemal chwili i każdego drobiazgu czyni poeta ucztę dla zmysłów. Pozornie zwykłe, codzienne czynności i zjawiska za każdym razem stają się dla niego nowe i wyjątkowe, jak choćby w utworze Miedź i być:

 

Zatoka jak jezioro spokojna: żadnej, nawet najmniejszej fali.

Woda i jakby sponad niej – zewsząd – wschodzące Słońce.

W samą porę zdążyłem na ten cud, który przecież codziennie,

nieustannie się zdarza. Lubię nad wodą – nad jeziorem albo

 

nad zatoką – przebywać wsparty na Nieskończoności. […]

 

Autor W tempie andante ma dar widzenia, nazywania i obrazowania niezwykłych momentów, na przykład momentu wyjazdu, przechodzenia dnia w zmierzch, nocy w świt czy nadejścia wiosny. Każdy wiersz jest dla poety formą zapisu chwili, wszak „taki bowiem – na chwilę – wymiar ma życie” (W cichości).

Stąd właśnie bierze się charakterystyczny rys twórczości Jana P. Grabowskiego: ciągłe zdumienie światem i zachwyt nad jego pięknem, co bardzo dobrze podsumowuje fragment utworu z prezentowanego tomu:

 

… jak dzień lipcowy oddycham. Ech, po co

mi podróże do krajów nieznanych. Bo i ci,

którzy tam byli nie potrafią nic opowiedzieć.

A mój kraj to… lipiec, który nie ma granic.

 

Bo jakże wyznaczyć granice zapachów lip

kwitnących albo jak rzekę wiatru ujarzmić? (Lipiec)

 

Marcin Lutomierski (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu). 22 czerwca 2012.

 

 

Waldemar Smaszcz

 

…nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach, nigdy zbyt dużo o kosach

 

Szczęśliwy autor, który ma swoich czytelników, ale bodaj bardziej szczęśliwy jest czytelnik, który ma swojego autora, a zwłaszcza – poetę. Niemal wiek temu czytelnicy mogli wybierać między Julianem Tuwimem, Janem Lechoniem, Kazimierzem Wierzyńskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Antonim Słonimskim, by wymienić nazwiska najbardziej znane. Jeszcze nie tak dawno czekano na nowe wiersze Czesława Miłosza, ks. Jana Twardowskiego, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Wisławy Szymborskiej. Dzisiaj z owej „wielkiej piątki” drugiej połowy minionego stulecia pozostał jedynie Różewicz…

Ale nie tylko ci najpowszechniej znani i uznani mają swoich czytelników. Prawdziwi – powiedziałbym – koneserzy poezji znajdują autorów niejako wyłącznie dla siebie, czekają na każdą ich książkę, a choćby na publikacje prasowe, o które – przyznajmy – jest jednak coraz trudniej.

Od dawna jednym z „moich” autorów jest Jan P. Grabowski, poeta o rozpoznawalnej już po pierwszych frazach dykcji i bliskim mi świecie. Studiowaliśmy ongiś – jeszcze w epoce prof. Konrada Górskiego i prof. Artura Hutnikiewicza – na toruńskiej polonistyce, a później odnaleźliśmy się „przez odległość czasu”.

Zawsze myślałem o poezji jako szczególnym języku poznania, sięgającym w te niedostępne obszary, gdzie bezradne okazują się języki pojęciowe, a więc i potoczny, i naukowy. Nawet w moich doświadczeniach krytycznoliterackich więcej zawdzięczam samym poetom, niż uczonym. Nie znaczy to, że jestem zwolennikiem pisania o poezji jej własnym językiem. Nic bardziej błędnego! Niezmiennie natomiast szukam inspiracji w różnego rodzaju wypowiedziach poetów. Wówczas nawet twórczość autorów uchodzący za „trudnych”, „hermetycznych” czy sięgających już poza zasłonę rzeczywistości, okazuje się nie tylko czytelna, ale ogarnia nas niby blask światła.

Wiersze Jana P. Grabowskiego przywodzą mi na myśl twórczość… starożytnych Greków, gdy wszelkie piśmiennictwo stanowiło jedność, dzisiaj nie do pomyślenia. Poezja, owa – by przywołać słowa Zygmunta Krasińskiego – „pieśń odwieczna ludzkości”, mówiła o świecie w takiej właśnie perspektywie, wpisywała dziejące się zdarzenia, a więc historię, w niezmienny rytm natury, stawiając fundamentalne pytania metafizyczne i filozoficzne.

*     *     *

Gdański poeta rozpoczął swój najnowszy tom, zatytułowany Przez chwilę…, „powiastką styczniową” Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy. Przytoczę ten utwór w całości, gdyż tylko w tym kształcie owa poetycka „powiastka” nie traci nic ze swego charakteru:

 

Rankiem, kiedy na dwór drzwi otworzyłem,

na oszronionej gałęzi wróbel siedział.

Wcale – mimo tęgiego mrozu – nie był zmarznięty.

 

Przynajmniej – gdy na chwilę zatrzymałem się –

takiego nie robił wrażenia. Najwyraźniej… wesoły był.

 

Poznałem to po jego bystrym oku i pozycji,

w jakiej siedział – właściwie przycupnął –

na zmrożonej gałęzi. Zupełnie jakby na mnie czekał.

I chciał mi powiedzieć – raczej, jak to wróbel,

zaćwierkać – „Popatrz, zima i mróz wcale nie są straszne,

chociaż z wnętrza ciepłego domu takie mogłyby się wydawać”.

 

„A czy wiesz” – chciałem mu odpowiedzieć – „że zima i

mróz zatrzymały wszystkie pociągi, że gdzieś tam ktoś

w zaspach utknął, że ludzie w chłodzie muszą siedzieć?”.

 

Skąd jednak mógłby o tym wszystkim wiedzieć?

Bo czyż nie był piękna zimy… potwierdzeniem?

Tak, jak te ptaki, które zlatują się do karmnika mojego

znajomego, kiedy z przejęciem mi o nich opowiada:

 

„Nigdy jeszcze nie widziałem aż tyle barwnych ptaków.

Mam sikorki, kowaliki i dzwońce. I chyba rudziki, i

chyba gile, i nawet dzięciołek jeden, drugi przyleciał.

Zima jest piękna z tymi ptakami u mnie w ogrodzie”.

 

Ja wtedy rankiem do swoich spraw pójść musiałem.

Wróbel jeszcze czas jakiś posiedział i odleciał tam,

gdzie on sam jeden wie. Nie da się jednak ukryć:

zarówno on i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy.

 

Jan P. Grabowski jest poetą, tak jak się jest magiem, kapłanem, jeszcze do niedawna lekarzem. Nawet więc idąc „do swoich spraw”, wychodzi z domu – by powtórzyć za moim zmarłym przyjacielem, Wiesławem Kazaneckim – zawsze „gotów na przyjęcie wiersza”. Ależ – można zauważyć – gdzie tu jest miejsce na tak zwaną prozę życia? Gdyby wszak śpieszył się do pracy, na dworzec kolejowy czy „umówione spotkanie biznesowe”, czy mógłby się zatrzymać? I to jest pierwsza sytuacja, która sprawiła, że porównałem autora do greckich poetów sprzed tysiącleci, kiedy czas odmierzały pory roku, a wędrujące po nieboskłonie słońce pełniło rolę ówczesnego… sekundnika.

Taką właśnie miarą autor określa czas w cytowanym wierszu: „ranek” i „tęgi mróz”. Zatrzymajmy się wszakże na samym poecie. Człowiek skupiony na sobie, będący „w rękach tęgiej zimy”, na pewno nie dostrzegłby wróbla, siedzącego na „oszronionej gałęzi”, raczej otuliłby się szczelniej płaszczem, poprawił szalik i brnął przed siebie. Poeta, wyszedłszy z domu, nie patrzy pod nogi, ale na otaczający go świat, jak zawsze gotowy, by się dziwić. Stąd nie tylko dostrzegł „ptaszynę niewielką”, szarą, niewiele różniącą się od oszronionej gałęzi, ale nawet to, że wróbel „najwyraźniej… wesoły był”.

A że radość jest zawsze zaproszeniem, bez wahania na nią odpowiedział; dostrzegł jeszcze i to, że wróbel „jakby na niego czekał”, nawet chciał coś powiedzieć.

Rozmowa z wróblem ukazuje przepaść dzielącą naturę i człowieka, który wszak jest jej częścią. Odeszliśmy od świata przyrody bodaj równie daleko, jak od biblijnego Edenu, uzależniliśmy się od własnych wytworów cywilizacyjnych, jakże niedoskonałych, bez względu na to, czy jest to potężny „Tytanic”, czy jeden z wielu pociągów przemierzających nieogarniętą sieć żelaznych torów. Wystarczy chwila mrozu, będąca niczym dla wróbla, by zatrzymać wszystkie pociągi, utknąć w zaspach i „w chłodzie […] siedzieć”.

A wróbel? Jest jakby „był piękna zimy… potwierdzeniem”.

Nie powinniśmy też przeoczyć niezwykle istotnego, choć na pozór bardzo zwyczajnego fragmentu o ptakach zlatujących się do karmnika „znajomego” autora. Nie do końca, jak się okazuje, zostały zerwane więzi ze światem przyrody, która pięknie odwdzięcza się człowiekowi. Wystarczy nasypać ziarna do niewielkiego karmnika, by nagle wypełniło go niezwykłe bogactwo ptaków, mieniących się wszystkimi barwami, szczególnie widocznymi na tle białej zimowej przestrzeni. Proste zdanie: „Jeszcze nigdy nie widziałem aż tyle barwnych ptaków…” mówi znacznie więcej, niż wynikałoby z tych niewielu słów. Sformułowania: „jeszcze nigdy”, „aż tyle” zwielokrotniają jego semantykę. Karmnik okazał się… namiastką biblijnego raju.

W dwuczęściowym utworze Rozproszone światło pochmurnych dni nadal znajdujemy się wśród ptaków, nazywanych po imieniu: gawrony, kawki, wrony; sroki, mewy, wróble. Nie dość jednak, że „miękkie, rozproszone światło pochmurnych dni” niewiele pozwala dostrzec, to jeszcze „za pobliskim horyzontem wieżowców, śniegów i mgieł” samoloty zagłuszają nawet najgłośniejsze krakanie. Ale nawet taka sytuacja – zdaniem poety – sprzyja „bardziej medytacjom niż depresjom”. Nie możemy bowiem niczego zmienić: „Nikt […] Nie zatrzyma / odwilży. Nie przyśpieszy wiosny. Jest, jak ma być.”.

„Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach…” – zaczyna autor kolejny wiersz, jakby wyprzedzając ewentualne zastrzeżenia. Ks. Jan Twardowski cytował swojego proboszcza, który powtarzał, że nigdy zbyt wiele kazań o Matce Boskiej. Pozwólmy więc poetom na zapis ich fascynacji, nawet jeżeli nigdy nie przebrnęliśmy przez botanikę i nie udało się nam skompletować żadnego „Zielnika”. Jan P. Grabowski – by użyć tego kolokwialnego zwrotu – nie mógł inaczej. Nie mógł nie opowiedzieć o spotkaniu z kosem, ponieważ kos…

Sięgnijmy do wiersza Mistycyzm płynący z natury:

 

Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach,

nigdy zbyt dużo o kosach. Tym bardziej,

że w lutym – kosa spotkałem. Siedział

tuż obok, w krzakach, na gałęzi i gwizdał.

 

Ani na mnie, ani na nikogo nie zwracał

uwagi. To ja go podczas przechadzki

zauważyłem. Poprzez krzątaninę kukułek,

mew, gawronów, wróbli i kawek tylko

 

jego gwizd dominował. Siedział i gwizdał

tak jakby dla siebie. Albo dla wszystkich

Nie czekał aż wszyscy się nagle uciszą, jak

ja przystaną i właśnie jego słuchać zaczną.

[…]

 

W puencie zaś czytamy: „Gwiżdże swoje. Przecież jego »gwizdanie« to  »nicnierobienie«. Tak jak poety wiersze”.

To – można powiedzieć – jedynie dopowiedzenie, ale jakże istotne. Autor raz jeszcze określił swoje rozumienie twórczości poetyckiej jako zapisu podziwu dla wszystkiego, co go otacza. Nie jakieś szczególne natchnienie czy trud szlifierza brylantów, po prostu potrzeba dania świadectwa na miarę wrażliwości i talentu, jakim zostaliśmy obdarowani.

*     *     *

W najnowszym tomie raz jeszcze mogłem znaleźć się wraz z poetą nad jego ukochanym kaszubskim  jeziorem. Nigdy tam nie byłem, nie widziałem, a przecież po lekturze kolejnych tomów Jana P. Grabowskiego, jest to także „moje” jezioro. Może aż tak nie czekam na spotkanie z nim, jak autor wiersza Czuję wiatr, srebrne dotknięcia wody…, ale z radością konstatuję, że oto znowu je zobaczę, o innej porze roku, o innej godzinie..

Od pierwszych więc wersów poddaję się poetyckiej wizji:

 

I ja czekałem na spotkanie z jeziorem.

Oto spotykam cię, oto cię witam nareszcie.

 

1.

Wokół mnie późno popołudniowa godzina.

Słońce za drzewami na brzegu powoli się kryje

i chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady

– jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie,

w karminie i w karmazynie… I we wszystkich

barwach zachodu – na wodzie zostają. W jeziorze,

Aż do późnej wciąż jednak widnej – nocy.

 

Zdumiewająca jedność, możliwa tylko w przyrodzie! Zachodzące słońce w tym cudownym miejscu – powtórzmy – „chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady / – jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie, w karminie i karmazynie… I we wszystkich / barwach zachodu – na wodzie zostają.” Jednak żeby to wszystko zobaczyć, owe mieniące się wszelkimi odcieniami barwy, które, jak pisał Miłosz, „ze słońca są”, trzeba stać, patrzeć i podziwiać. Bezinteresownie, dla czystej kontemplacji ulotnego piękna, jedynie w tym właśnie miejscu i o tej porze.

Zdarza się wprawdzie, że turyści pozostają na noc we wskazanym miejscu, by podziwiać wschód słońca, ale zazwyczaj jest to wydarzenie jednorazowe, a nawet – używając mało eleganckiego wyrażenia – „zaliczenie” miejscowej atrakcji. W poezji gdańskiego poety nie ma o tym mowy. On powraca nad „swoje jezioro”, by być bliżej siebie i Pana Boga, „światłem jak powietrzem oddychać”: 

 

Stoję w przestrzeni pomiędzy niebem,

a światłem. Bo światłem woda się zdaje.

Czy zatem na wodzie stoję, czy także

– jak jezioro – światłem się staję? Ach

już stąd nigdzie nie wracać. Wiem, prawie

nikt mnie tu nie dostrzega? A czy On wie,

gdzie jestem? A czyż to nie On dał mi tu

widzenia i stwarzania możliwość? A to,

że światłem jak powietrzem oddycham?

 

Kontemplacji – na wskroś mistycznej – sprzyjają wszechobecne, łączące niebo i ziemię, ptaki, jak zawsze nazywane po imieniu, nawet gdy są niewidoczne. Poeta rozpoznaje je bez trudu jedynie słuchając:

 

A od wschodniego brzegu trzciniaki słychać.

Chciałbym trzciniaka zobaczyć. Trudno go

dostrzec w trzcinach jak wilgę pośród liści.

Do trzciniaka łódką mógłbym popłynąć,

ale jak wypatrzeć wilgę wśród gąszczu i liści?

Trzciniakom kukułka wtóruje. Ktoś liczy?

Komu lata wyznacza? Ja gwizdu kosa słucham.

Tym bardziej, że kos mi jest bardziej bliski.

 

Kolejna część tego rozbudowanego, niczym Kronika olsztyńska Gałczyńskiego, utworu, zamieszczonego w zbiorze jedynie we fragmentach, przywodzi na myśl świat poetycki „srebrno-zielonego” Konstantego. Obu poetów różni jednak zdecydowanie poetyka: 

 

A wieczorem Księżyc zagościł na niebie.

(Jak się okazało na tę jedną, majową noc).

 

Już wyjść, już się z nim przywitać chciałem,

srebrem fal, oddalą przestrzeni pooddychać,

gdy powstrzymał mnie nagły, z wieczora ziąb.

Tymczasem zza sosen się z nim przywitałem.

Widziałem, jak pełnią ogromnieje na wschodzie.

I blednąc, od chłodu, znika. Pogasły i srebra

w jeziorze. […]

 

A rankiem? Rankiem znów kosa słychać.

Biegnę czym prędzej nad wodę,

aby się z jeziorem przywitać.

[…]

 

Także obecne w zbiorze wiersze do żony mogą nasuwać skojarzenia z autorem nieśmiertelnych strof do ukochanej Natalii:

 

Noc cię październikowa odprowadza,

gdy przed świtem do pracy idziesz.

Gwiezdna i zimna noc. I wydaje się,

że znikasz w tej nocy. Lecz masz

nad czołem światło porannych gwiazd.

[…]

 

Ileż takich poranków, ile świtów,

gdy nie wiadomo: czy to noc już

odstępuje, czy nowy bieżący dzień?

 

*     *     *

Podążając za autorem, możemy doznać prawdziwego zawrotu głowy. Ile wrażeń – można zapytać, parafrazując cytowane pytanie poety – człowiek jest w stanie wchłonąć? I nie jest to pytanie bezzasadne. Bo oto po zachłyśnięciu się wszystkimi kolorami mieniącego się w wodzie światła zachodzącego słońca, w innym wierszu, już październikowym, czytamy:

 

Nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik,

jeśli codziennie pogoda rześka i słoneczna się zdarza.

I kiedy wyż uralski albo syberyjski trwa wiele tygodni.

Wtedy powinieneś jak najczęściej na dworze przebywać.

[…]

 

W doświadczeniu autora minęło pół roku od zachwytu nad wiosennym jeziorem, w książce zaś jest to zaledwie kilka kartek. Nieco dalej znajdziemy wiersze czerwcowe, lipcowe, sierpniowe… A w Wierszach nowych ponownie docieramy nad „chryzoprazowe jezioro” i spotykamy kosa, tym razem w Parku Oliwskim.

To jedynie potwierdza, że nie zawsze tom poetycki należy czytać jak ekscytującą powieść, niemal ścigając się z autorem. Wiersz – by tak powiedzieć – wystarcza na dłużej. A też na dłużej możemy z nim zostać.

 

Waldemar Smaszcz, …nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach, nigdy zbyt dużo o kosach. Recenzja tomu wierszy Jana P. Grabowskiego Przez chwilę… Wiersze z lat 2010–2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r. Białystok, 5 listopada 2012 r.