UKRYTE SPOJRZENIE

Minipowieść
Data wydania: 1980

 

„Jest to druga książka Grabowskiego, mam nadzieję – za nią przyjdą następne. Jeśli można życzyć czegoś młodemu prozaikowi – to tego, żeby zbierając żniwo doświadczeń, niezbędnych epikowi – nie strząsnął z nich tęczowej rosy, która nawet najzwyklejszym sprawom dodaje niezwykłego blasku”.

 Fragment recenzji Reginy Witkowskiej. Sopot, 1981.

UKRYTE SPOJRZENIE,

minipowieść,

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1980, ss. 124.

 

Okładkę i stronę tytułową projektował: Janusz Goliński.

Wydanie pierwsze, nakład 10000 egzemplarzy

 

Publikacje w prasie: 

 Świt i poranek – Sekwencja druga, fragment powieści Ukryte spojrzenie, „Warmia i Mazury”, Olsztyn, nr 9/1979.

Niedospanie, fragment powieści Ukryte spojrzenie, „Ziemia Gorzowska”, tygodnik, Gorzów Wielkopolski, nr 30/1980, 22 sierpnia, s. 7.

UKRYTE SPOJRZENIE

minipowieść

 

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1980, s. 124.

Okładkę i stronę tytułową projektował: Janusz Goliński

Wydanie pierwsze, nakład: 10000 egz.

 

1

„Czas jest przejawem rzeczywistości jakby wszechobecnej: tej, która jest, która była i która dopiero będzie albo możliwe, że będzie, bo potencjalnych możliwości jest wiele, lecz wszystkie umierają w zalążku z chwilą, gdy następuje realizacja jednej z nich, czyli w momencie, gdy przyszłe staje się teraźniejszym. Tylko czas i jedynie czas jest kategorią umożliwiającą uchwycenie teraźniejszości w całej jej skomplikowanej, wymykającej się jednoznacznym określeniom, złożoności.

W niedalekiej przeszłości, gdy przemierzałem w łódce ściemniałą od mroku toń jeziora, zawsze wydawało mi się, że dobiega mnie ledwie słyszalny hałas pociągów tłukących się o wysoki widnokrąg i ich szybko rozprzestrzeniający się po przestworach wody gwizd.

Pamiętam dokładnie, że ów żelazny pogłos i metaliczny, wysoki gwizd dobiegały mnie zawsze wtedy, gdy znajdowałem się na wodzie: pomiędzy nieodległym brzegiem z niewielką płaszczyzną piasków przechodzącą w łąkę i wiśniowy ogród, a wyspą broniącą swych brzegów płaskimi głazami, które zdumiewały mnie zawsze swoją wielkością i tajemnicą swojego pochodzenia, jako że podwodne obszary jeziora – dokąd udało mi się dotrzeć – były przeważnie piaszczyste.

Kiedy znajdowałem się na brzegu i spacerowałem okalającą jezioro ścieżką, wyczekiwany przeze mnie odgłos był niesłyszalny. Może tłumiły go moje stąpnięcia po coraz bardziej wilgotniejącej trawie, może szelesty trzcin i tataraku, przez które przemykało do gniazd wodne ptactwo, a najpewniej zagłuszała go skrzekliwa muzyka żab, niosąca się aż pod niebo.

Również, kiedy przebywałem na wyspie, obserwując zapadanie nocy, pogłos ten był niedosłyszalny.

Właśnie na wyspie, stającej się po zapadnięciu nocy schronieniem dla przelatujących ptaków, miejscem odpoczynku zabłąkanych chrabąszczy, ciem i nietoperzy, dobiegały mnie zewsząd najrozmaitsze szelesty, skrzypnięcia i szmery, lecz wyczekiwany odgłos może właśnie rozpływał się pośród tych szelestów, skrzypnięć i szmerów. Dopiero, gdy zza jeziora powstawała wielka, lśniąca od rosy tarcza Księżyca, szeleszczące chmary puszystych nocokrążców szybowały wprost w oślepiające światło. Po chwili mogłem usłyszeć lekki syk rozstępujących się fal: to zmylone odbiciem Księżyca owady wybierały tę rzekomo bliższą, bo jaśniejszą, jego podobiznę. Wkrótce doświadczywszy złudności lustrzanego odbicia, wracały – jeżeli zdołały uratować się ze zgubnej otchłani – na wyspę lub odpływały w ciemne powietrze.

Noc rosnąca w jasność bijącą ruchliwymi blaskami od wody uspokajała się, a z otchłani coraz bardziej wygwieżdżonego nieba spływały na usypiającą ziemię nieodgadnione szepty. Stałem zapatrzony w przepełnione światłością niebo, z którego raz po raz ześlizgiwały się złote smugi meteorów. Wyczekiwałem znajomego odgłosu przemierzających niewidzialne, pozahoryzontalne przestrzenie pociągów, lecz niebo mieniło się jasnoniebieskimi ogniami, pozostawało milczące, obojętne na ziemskie odgłosy. Chwila powrotu, przeprawy w wypełnionej ciemnością łódce przez szerokie rozlewisko jeziora była znowu oczekiwaniem na ten pogłos oddalających się pociągów.

Brzeg zbliżał się nieuchronnie. Wyciągałem łódkę pachnącą głębią, spoglądałem po raz ostatni tej nocy w prześwietloną Księżycem ciemność wiszącą nad jeziorem, a następnie przemierzałem zielone przestrzenie wiśniowego ogrodu ociężałego od dojrzewających owoców.

Usłyszany pogłos oddalającego się pociągu trwał we mnie długo i nie wiedziałem: czy usłyszałem go naprawdę, czy też był on tylko moim wyobrażeniem?

 

Po Kubricku, czyli leni sen

– sekwencja pierwsza

 

 „Nadchodziło zakończenie. Zapowiadał je czas bezlitośnie pędzący naprzód i coraz bardziej ogromniejąca muzyka: po Gyorgu Ligetim – „Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa. Zegarek zdjęty z ręki i trzymany w zaciśniętej dłoni pulsował miarowo, mieląc ostatnie minuty. Czarne otchłanie Kosmosu, tak bliskie, że niemal w zasięgu ręki odsłaniały widzom swoją Tajemnicę, którą niewielu z nich zrozumiało.

Czerń sztucznego Kosmosu z wolna dogorywała pozbawiona łukowego żaru. Wreszcie nieodwołalnie nastąpił „koniec” i ekran odsłonił martwe bielmo wielookiej ciżbie. Pomału zaczęły rozżarzać się światła, a mrok czeznąć.

Stanisław usiłował wyrzucić z pamięci zdarzenia, jakie rozegrały się przed chwilą na ekranie. Pomyślał, że do najbliższych drzwi będzie dalej, niż przypuszczał. Chciał jak najprędzej wyswobodzić się z ciemnego pudła, w którym na kilka godzin zatrzaśnięto wszystkie wyjścia, by mógł wraz z innymi dostąpić oczyszczenia z codzienności. Na razie siedział w pozycji, która wydawała mu się najwygodniejsza: nogi, wyswobodzone przedtem z butów, wsunął w ciasną czeluść pod najbliższy fotel, ręce swobodnie na wąskich poręczach. Taka pozycja pozwalała bez wysiłku śledzić rozgrywające się wydarzenia. Najwygodniej zapewne byłoby oprzeć nogi na oparciu najbliższego fotela. Na to jednak Stanisław nie mógł sobie pozwolić, gdyż było zbyt tłoczno i ciasno.

Tymczasem wprasowany w jeden z ciasnych rzędów sali nabitej snobistyczną publicznością oczekiwał pełnego rozjaśnienia. Wszyscy oczekiwali z nie ukrywaną niecierpliwością, aż stanie się na tyle widno, że będzie można wyswobodzić się z ciasnego fotela.

Niebawem cała przestrzeń olbrzymiej sali, nagle wydobyta z mroku, zaskoczyła wszystkich intensywnością barw, które z każdą chwilą płowiały, matowiały, by wkrótce zupełnie zszarzeć, przybrać odcień światła przesączającego się przez żółtobrunatne szkło. Ludzie ocykali się z półsnów, z drzemki, mrużyli oczy, kręcili głowami, znienacka oślepieni intensywnością światła, mamrotali do siebie ciche słowa, otumanieni jeszcze gasnącymi przeżyciami, patrzyli zmęczonym wzrokiem na milczący ekran jakby nie dowierzając, że jeszcze przed chwilą Kosmos powierzył im do wspólnego rozwiązania swoją Tajemnicę.

Narastał gwar, twarze łagodniały odzyskując na krótką chwilę zwyczajność, gdzieniegdzie błyskały już uśmiechy. Wszędzie wokół poprawiano peruki, fryzury, nakładano nową pomadkę i puder, zaciągano krawaty, próbowano pierwszych dialogów dbając o to, by brzmiały  głośno i znawczo. Wreszcie twarze i uśmiechy były gotowe do publicznego pokazania: powoli podnoszono się z foteli i tłumnie zmierzano do wyjść, które w porę zostały szeroko rozwarte”.

2

Ta, zatem noc przeczuwanego już wtedy, na jeziorze, a jednak nieprzewidzianego wyjazdu miała być wydarta ze snu dościgającego mnie przez kilka ostatnich dni?

Za każdym razem, gdy otaczały mnie ciemności lub gdy przenikałem rozszerzające się obszary cienia czułem, że ogarnie mnie kilkudniowe zmęczenie, a na oczy opada sen, którego nie rozpraszały nawet promienie jaśniejącego zewsząd Słońca.

Zmęczenie narastało wraz z metrami przesuwanej na ekranie taśmy, wraz z powrotami do tego samego ujęcia, wypróbowywania kolejnej możliwości montażu. Było niemal niewyczuwalne: osiadało pyłem zniechęcenia ( a może było to zwątpienie? ) na przemykającym poza mną, poza miejscem, w którym się znajdowałem, poza moją świadomością – czasie. Przylegało do mego ciała, przywierało do skóry izolującą od żywszych odczuć warstwą.

Z każdym dniem, który był dla mnie tylko okresem długiej jasności, jako że w tej porze roku zachodzące na siebie zmierzchy i świty oddzielają krótkotrwałe noce, z coraz większym trudem pokonywałem gęstniejący wokół mnie obszar rzeczywistości. Wdychając orzeźwiające powietrze świtów przytomniałem na moment z tamtej – filmowej – rzeczywistości, by niespodziewanie stwierdzić, że wczoraj niczym nie różni się od dzisiaj, a jutro będzie takie samo jak chwila obecna. Świtem, gdy wstawałem na kilka chwil od montażowego stołu, dobiegał mnie zapach wilgoci unoszącej się z szybko parującej zieleni w kierunku zamglonych błękitów. Zdumiewało mnie, że ta realna rzeczywistość tak niewiele różniąca się od tamtej – filmowej, bo obie były niedotykalne – stawia mi taki opór. Przechodziłem, więc z jednej rzeczywistości do drugiej wiedząc, że tak w jednej jak i w drugiej pozostanie po mnie tylko rozwiewający się ślad mego istnienia. A czy pozostanie także choćby nikły ślad tego, co zdążyłem zobaczyć, zapamiętać, zrozumieć? Czy przeniknie, znajdzie swój wyraz, utrwali się na krótszy lub dłuższy czas?

Zmęczenie rosło we mnie zwielokratniającym się ciężarem. Każdy krok był pokonywaniem nie znanej mi przestrzeni, każdy gest – próbą wyswobodzenia się z tężejących obszarów ciemności. Ociekałem tym zmęczeniem, które – kto wie – czy nie było zniechęceniem i zwątpieniem?

Zniechęceniem do czego: czy tylko do rzeczywistości, która na ekranie nagle ukazywała swoje nowe możliwości i oblicza? Czy też do swego wyobrażenia, które po raz pierwszy zobaczone na ekranie okazało się zupełnie inne wobec tamtego, ustalonego po wielokrotnych i wielostronnych przemyśleniach? Przemyśleniach ucieleśniających się w kolejnych wersjach i odmianach scenariusza?

A jeśli to zmęczenie było oznaką zwątpienia? Może już nie w filmową rzeczywistość, ile w tę wewnętrzną: wykreowaną w filmie, istniejącą po każdym ożywieniu taśmy?

Przedzielałem tę rzeczywistość coraz to nowymi ujęciami, coraz to innymi odmianami ujęć. Za każdym razem jednak – podczas kolejnej projekcji zmontowanego fragmentu – czułem jej obcość, chociaż nie było żadnej wątpliwości co do tego, że powstała z mojego scenariusza. Rozpoznawałem go w każdym rozbrzmiewającym z głośników słowie, w każdym kadrze utrwalonym być może na zawsze, lecz w płynnym żywiole.

 

 „Z początku w wyjściach powstał zator, spowodowany zapewne zbyt intensywną ochotą na wyjście tych, którzy zdecydowali się opuścić salę jako ostatni. Z kolei ci, którzy wychodzili jako pierwsi, zatrzymywali się tuż za drzwiami osaczeni czarnym powietrzem letniej nocy. Pod naporem ostatnich wychodzących zator co i raz pękał, w drzwiach stawało się luźniej i przestronniej. Niebawem też kurtyna ciemności zaczęła wypełniać drzwi, aż wreszcie zasnuła je zupełnie. Od czasu do czasu przerywał ją jeszcze ktoś wychodzący lub wchodzący, lecz teraz już bez przeszkód niewidoczny strumień łagodnej nocy począł wlewać się do prawie opustoszałej sali.

Stanisław musiał zrezygnować ze swojej wygodnej pozycji. Wstając co chwila przepuszczał zmierzających do wyjścia lub – w chwilę potem – powracających.

Obserwował w milczeniu z wolna narastający rozgardiasz: ludzi snujących się parami lub pojedynczo, siadających tu i ówdzie, szeleszczących słodyczami, niezręcznie rozlewających pod fotelem alkohol do niewielkich kieliszków.

Śmiech pojawiał się częściej i był coraz swobodniejszy, chociaż – gdy ktoś przypadkiem natrafił wzrokiem na martwe oko ekranu – widać było, że od razu pokorniał, a wesołość zastępowały na krótki czas cisza i zastanowienie. Zupełne lekceważenie dla rozgrywających się przed kilkoma minutami na ekranie wydarzeń przejawiał jedynie (nie wiadomo skąd znalazłszy się w tym miejscu gremialnego poznawania Tajemnic) wypielęgnowany jamnik z beztroską buszujący wśród rzucanych na podłogę odpadków”.

3

Gdzie się znajdowałem, kim czy raczej czym byłem przez te nie kończące się dni, noce i dni na powrót? Trwałem w teraźniejszości, chociaż czas regulujący mój plan dnia, który niespodziewanie przechodził w noc, nie był żadną rękojmią, żadnym dowodem na to trwanie. Niepostrzeżenie przechodziłem w teraźniejszość tego powstałego z mego scenariusza filmu. Dostrzegałem – raz po raz oglądając kolejne sekwencje – że wprawdzie został zarejestrowany fragment rzeczywistości, ale czy była to najwierniejsza jej odmiana?

Wyobrażenie reżysera, powstałe z mojego tekstu, wydawało mi się ciągle obce, chociaż te pejzaże, sytuacje i dialogi były moje, to znaczy zapisałem je w pewnej chwili nadając im swój własny styl. Zapewne we wnętrzu tego montowanego przeze mnie filmu byłem ja, lecz wszystko dotąd zapisane w słowach i nagle ukonkretnione w obrazie – straciło swoją wieloznaczność. Spośród wielu możliwych do odkrycia rzeczywistości zapisałem tę wieloznaczną. Tymczasem podczas montowania filmu widziałem tylko jedną jej odmianę. I nie pocieszała mnie nawet myśl, że każdy odbiorca dozna i zrozumie to inaczej. Przeto spędzałem noce i dnie na zastanowieniach, na wielokrotnych powrotach do tych samych ujęć, na wybieranie spośród nich najwłaściwszego. Powracałem raz i jeszcze raz do ostatniego miejsca taśmy i filmu.

W takich chwilach nagle ogarniających mnie wątpliwości wychodziłem na kilka chwil z mojego miejsca odosobnienia. Kluczyłem kilka chwil jasno oświetlonymi korytarzami, odpowiadając na pozdrowienia prawie nie znanych mi ludzi. Niektórzy z nich zastępowali mi drogę, a wówczas okazywało się, że twarze ich są mi skądś znajome. Niezmiennie odpowiadałem na te same pytania, ograniczające się zazwyczaj do tego samego.

Teraz nie jestem w stanie dokładnie przypomnieć sobie przebiegu tych dialogów, lecz prawdopodobnie były to rozmowy bardzo skonwencjonalizowane, a ich celem było zaznaczenie naszej (tego kogoś i mojej) obecności w zaistniałej sytuacji. Przede wszystkim musiałem wyzwolić się od myślenia o czekającym na mnie tam, w mroku, filmie. Wprawdzie samo wyjście z zamknięcia sam na sam z filmem miało na celu odświeżenie pamięci, to jednak chciałem, by nie polegało ono tylko na prowadzeniu konwencjonalnej rozmowy z kimś, kto był zupełnie mi obcy. Rozmawialiśmy tedy o sprawach jak najbardziej oczywistych, podczas gdy ja byłem już myślami na tarasie i patrzyłem w poranne lub nocne niebo albo przeglądałem w filmotece fragment jednego z wcześniejszych filmów Federico Felliniego.

Następowała wreszcie chwila, gdy rozmowa kończyła się również konwencjonalnym pożegnaniem i miałem już przed sobą tylko korytarze oraz schody.

 

  „Ciągłe wstawanie i przepuszczanie bezustannie krążących ludzi zaczęło go wreszcie drażnić tym bardziej, że było to krążenie – jak zdążył zauważyć – bez wyraźnego celu. Domyślał się, że ludzie chodzeniem odpędzają senność coraz bardziej ich ogarniającą w miarę pogłębiania się nocy. Niektórzy przechodząc przed pierwszym rzędem foteli nagle stawali, odwracali się tyłem do ekranu i długą chwilę wodzili zaspanym wzrokiem po tych, co nie zdążyli jeszcze wyjść lub już powrócili. Szukali w ten sposób znajomych, a może chcieli im tylko pokazać, że również są obecni na tym samym seansie, co oni.

Stanisław również sam najchętniej by wyszedł. Tym bardziej, że w pewnym momencie dostrzegł obecnego na seansie wraz z żoną znajomego, który skinął na niego, lecz musiałby zabrać ze sobą siedzącą obok dziewczynę, senną i nie przejawiającą w tej chwili najmniejszej ochoty na cokolwiek. Wprawdzie z chwilą zapadnięcia ciemności po rozpoczęciu seansu wsunęła mu swoim zwyczajem rękę za pasek spodni, lecz szepnął jej, pochłonięty rozwijającymi się na ekranie wydarzeniami, że przynajmniej przez najbliższe trzy godziny powinien być dla niej ważniejszy – od wszystkiego innego – Kubrick. Niechętnie przystała na jego propozycję, siedziała milcząco przez całą sekwencję „komiksową”, wreszcie dotknęła przepraszająco wilgotnymi ustami jego twarzy, a zaraz potem na dobre zainteresowała się filmem, zwłaszcza, że z głośników popłynął walc »Nad pięknym, modrym Dunajem« .”

4

 Z wysokości tarasu spoglądałem w nieodległą dal, gdzie między szczelinami wysokościowców huczał uliczny gwar. Na miasto z wolna zapadał wieczór. Prześledziłem cały widnokrąg i gdy oczekiwanie na pierwsze gwiazdy nie przyniosło spodziewanego rezultatu – gdyż ogromna powłoka kurzów, zasłaniających niebo, trwała jeszcze w nagrzanym powietrzu – powróciłem do miejsca swojego odosobnienia. Zanurzyłem się w przestrzeni wiecznie oświetlonych korytarzy. Szybko zbiegłem po kilku kondygnacjach schodów i dopiero gdy ogarnęło mnie chłodne powietrze podziemi wiedziałem, że tuż obok musi znajdować się filmoteka.

Podszedłem do półki z filmami Felliniego, wybrałem pierwszą z brzegu szpulę z Osiem i pół. Zanim taśma opuściła pół szpuli – zatrzymałem projektor. Przewinąłem taśmę. Powracałem do tego samego fragmentu taśmy może dwa, a może trzy razy – dziś już nie pamiętam. Zastanowiło mnie, że za każdym powtórzeniem widziałem, czułem inną rzeczywistość, chociaż tam – zarejestrowana na taśmie – była ona ciągle ta sama i taka sama. Potem sięgnąłem jeszcze do Resnais’a. Z Muriel było podobnie, a może tak samo. Wykreowana rzeczywistość oglądana niemal kadr po kadrze była coraz to inna podczas każdej projekcji. Poznawszy mechanizm istnienia światów Felliniego i Resnais’a, Cassavetesa i Saury, wydawało mi się, że poznam metodę stwarzania rzeczywistości wykreowanej.

W kilka chwil potem, gdy wracałem do swego miejsca odosobnienia, znowu ogarnęły mnie wątpliwości: przecież poznając sposób przetwarzania rzeczywistości przez innych, nie rozwiązałem ostatecznie… swojego sposobu. Zapisanie w scenariuszu wrażeń z dotknięcia rzeczywistości – bo było to niewątpliwie tylko dotknięcie – a potem mechaniczne ich zarejestrowanie na taśmie nie było przetwarzaniem rzeczywistości, lecz tylko odzwierciedleniem fragmentu przestrzeni trwającej w pewnym czasie. Śledziłem na niewielkim ekranie przesuwającą się taśmę, na której reżyser zarejestrował właśnie taką, zaledwie rozpoznaną przeze mnie a już przetworzoną przez siebie rzeczywistość. Przeglądałem coraz to nowe szpule i ogarniało mnie złudzenie, że uda mi się z rzeczywistości zarejestrowanej na taśmie stworzyć integralną całość, zdolną do wywarcia określonego wrażenia na widzu.

Za mną, poza tymi wyciszonymi ścianami chroniącymi to miejsce odosobnienia przed wszelkimi odgłosami z zewnątrz, trwała noc przechodząca niepostrzeżenie w dzień, a dnie były tylko krótkotrwałymi błyskami światłości w wiecznie trwającej Nocy. Ogarnięty zmęczeniem, we władaniu nie gasnącej świadomości – usiłowałem pochwycić zdarzenia, którym nie było dane naprawdę zaistnieć. Mimo to czułem je niemal tak blisko, że wydawały się prawie dotykalne. Chwilami czułem, jakbym śnił niemal realny sen.

 

„Dziewczyna siedziała na wpół śpiąca. Głowę oparła na jego ramieniu, rękę położyła na jego udzie jakby w obawie, że niespodziewanie może ją zostawić. Tymczasem przerwa wydawała się coraz dłuższa. Zupełnie jakby nagle wszyscy zapomnieli, że tej nocy czeka na nich jeszcze jeden film.

– Może wyjdziemy na chwilę? – zapytał dziewczynę łagodnie, budząc ją z drzemki.

– Nie, nie, zostańmy tu – odpowiedziała – przecież nikt nie wyszedł.

– Wyszli, prawie nikogo nie ma – odrzekł szybko Stanisław i zaraz dodał – zauważyłem Ziemowita, był z żoną, chciałaś poznać jego żonę.

– Ziemowit był z żoną? – dziewczyna ożywiła się, otworzyła oczy i rozejrzała wokół po prawie pustej sali – przecież nikogo nie ma.

– Wyszli, mówiłem ci już, jak chcesz ich poznać, to musimy wyjść.

– Teraz? Musimy? Ja… zostaję – zadecydowała nagle dziewczyna. – Zresztą, spać mi się chce. O, popatrz, wszyscy śpią.

Stanisław powiódł wzrokiem po prawie opustoszałej sali. Gdzieniegdzie, z odrzuconymi w tył głowami i rozwartymi ustami, spały wypudrowane i wyszminkowane starowiny.

– Przecież wszyscy wyszli – odpowiedział – a te śpią od samego początku. Czy nie słyszałaś ich pochrapywania podczas seansu?

– Nie, nie słyszałam – odrzekła ziewając.

– Przecież wiesz, one przychodzą do kina tylko spać. Niby cierpią na bezsenność, hałasują przez pierwsze minuty, a potem nagle zasypiają.

 – Nie dziwię się im, dawno minęła północ. Jeżeli już tak koniecznie chcesz, to możesz wyjść, tylko nie zapomnij o mnie, nie chcę by świt zastał mnie tu samą.

– Wrócę niebawem, a i ty gdzieś nie przepadnij.

– Będę spać. Posłusznie. Zresztą, gdzie tu można przepaść? Wszędzie noc. Słuchaj, a może darujemy sobie ten drugi film. To jakaś fantastyczna opowieść o Lawendowym Wzgórzu, może nic ciekawego…

– Poczekajmy, może nie jest najgorszy – Stanisław zbierał się do wyjścia.

– Jak nikogo nie spotkasz, wracaj szybko, wyjdziemy. Nie chcesz iść do ciebie?

– Do mnie? Zobaczymy. Najpierw musisz się wyspać.

– To te staruchy tak na mnie działają. Nie zauważyłeś, że wszyscy przechodząc obok nich nie mogą powstrzymać się od ziewania?

– Doprawdy? Może ci się tylko tak wydaje? – zapytał.

– Być może – odparła dziewczyna – być może wydaje mi się tylko.

Stanisław w chwilę potem przechodząc obok pochrapujących starowin istotnie poczuł woń snu. Powstrzymał ziewanie i czym prędzej przemknął obok tej oazy głośnej ciszy”.

5

 Rozczepiałem włókna przeszłości. Teraz wszystko jest już przeszłością: dzień wczorajszy, te dni i noce spędzone nad montowaniem filmu oraz tamte wieczory nad jeziorem, przebyte nie wiadomo kiedy i jak. Wieczory zasłuchane w odgłosy pociągów tłukących się o wysoki horyzont.

Przywoływałem, zatem jedno z włókien przeszłości nie wiedząc, czy oprócz niego nie istniały jeszcze inne. Miałem, więc poruszać się w obszarze tylko jednego? Chociaż nawet teraz, gdy piszę te słowa – a więc w punkcie istnienia między dwoma niebytami: przyszłością i przeszłością – nie wiem, czy doznaję jednego włókna teraźniejszości. Może jest ich kilka lub kilkadziesiąt, a ja doznaję tylko jednego? A może wszystkie łączą się w jedno i dopiero kiedyś, w dalekiej przyszłości, dojrzę, że była ich tak wielka liczba?

Z obszaru, zatem jedynego włókna przeszłości konstruuję teraźniejszość, która wciąż umyka i nawet gdybym chciał ją zapisać – jest to niemożliwością nie tylko fizyczną.

Zapisywanie teraźniejszości jest więc zapisywaniem przeszłości. Przyszłość, która jest przede mną, i którą mogę tylko przewidywać, jest zdeterminowana przeszłością. Cokolwiek teraz się rozgrywa, nie pozostaje bez wpływu przeszłości.

Mój wyjazd powoli ziszczał się: wracałem do przeszłości, lecz teraz stwarzałem już ją na nowo. Kiedy usłyszałem odległy stukot pociągu pod wiaduktami – powróciło tamto przypomnienie znad jeziora. Z każdym krokiem przemierzanym po ciemnych ulicach uśpionego miasta przybliżało się spełnienie wyjazdu. Za kilka chwil będę odjeżdżał z rozświetlonego dworca  jednym z szybkomknących pociągów. Będę oddalał się od tego uśpionego miasta przez gęsty mrok. Stukot pociągu powtórzą echa i – być może – odbite od zamglonego nieba odezwą się nad jeziorem.

Dworzec wobec nocy leżącej cicho nad miastem wydał mi się niespodziewanie głośny i widny. Przepełniał go niespokojny ruch gromadzących się w niewielkie grupki, to znowu przemierzających całą prześwietloną przestrzeń. Ci sami, którzy przed chwilą znikali w półmroku peronu niebawem powracali, otrząsali się z ciemności i chłodu, po czym stawali na stronie, by przypatrywać się sobie nawzajem lub zawiesić wzrok gdzieś w letnim powietrzu, za szybą zmatowiałą od chłodu. Potrącałem spacerujących, którzy zapewne brali mnie za jednego z tych, którzy tylko niekiedy pojawiają się w dworcowych poczekalniach. Starałem się nie myśleć o zmontowanym filmie. Mógłbym go przemontować raz i jeszcze raz. Z każdym razem osiągnąłbym jakąś zamkniętą całość. Tylko byłaby ona zamknięta wobec czego? Wobec mniemania, że każda myśl  musi mieć zakończenie? Wydawało mi się to absurdalne. Ostatecznie tam, na Lawendowym Wzgórzu, będę mógł powrócić do filmu, przemyśleć raz jeszcze to i owo. Przemierzałem po raz nie wiadomo który gwarną przestrzeń dworca.

Kilkakrotnie zapowiadany pociąg ekspresowy spóźniał się coraz bardziej. W pewnej chwili owładnęła mną nawet myśl: czy nie lepiej byłoby zrezygnować z tego wyjazdu tak niespodziewanie, jak się zdecydowałem? Zwiększające się opóźnienie ekspresowego pociągu było złą wróżbą. Mogłem w nocnym spacerze przemierzyć miasto: iść aż do rana coraz bardziej widniejącymi ulicami. Dotrzeć na koniec do swego mieszkania, wyłączyć telefon, zamknąć się na najbliższy dzień, noc, dzień i może jeszcze jedna noc – by podczas snu, a spodziewałem się, że mnie nie odstąpi, zapomnieć o wszystkim, pogrążyć się w nieświadomości. Być sobą, lecz zupełnie niewrażliwym przede wszystkim na czas oraz na te otaczające mnie rzeczywistości, z jakich nie wiadomo która była ta naprawdę najistotniejsza.

Po śnie – też nie zapewniającym uwolnienia od przeszłości  – znalazłbym się na powrót w tym samym punkcie poznania. Mógłbym wprawdzie zobojętnieć na otaczającą mnie przestrzeń i na rozważania o rzeczywistości, lecz wtedy zapewne doścignąłby mnie czas i prawdopodobnie musiałbym mu się zupełnie podporządkować.

Tymczasem czekałem na spóźniający się pociąg: doświadczałem czasu z każdą chwilą powolniejącego. Spoglądałem w zmęczone lub jakby zbyt ożywione twarze czekających. Gdzieś w tłumie krążącym między ławkami wydawało mi się, że spostrzegam kogoś znajomego. Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, jakby zastanawiając się nad konsekwencjami rozmowy, którą moglibyśmy podjąć, bo przecież nie można cały czas milczeć przebywając w czyimś towarzystwie.

Może to czekanie, a może raz po raz dobiegający głos z megafonów zadecydowały, że obaj przystaliśmy na rezygnacje z rozmowy. Milczenie, zresztą dotknęło nie tylko nas. Obserwowałem ożywionych dotąd ludzi, którzy na głos megafonu nagle milkli, twarze ich spinała wściekłość, szli nagle gdzieś w poszukiwaniu i wracali pokorni, zrezygnowani. Zajmowali nie zajęte dotąd miejsca na ławkach i patrzyli przed siebie obojętnym wzrokiem.

 

„Do drzwi było jednak niedaleko. To tylko gęstwa ludzka szczelnie podczas seansu wypełniająca niezliczone rzędy foteli stwarzała wrażenie, że były zbyt odległe, zbyt mocno zatrzaśnięte.

Stanisław po przejściu kurtyny ciemności od razu poczuł na twarzy ciepły dotyk nocy. W mroku przesuwały się jakieś cienie. Płynęły niedostrzegalnie przez pachnące powietrze. Do zapachu przekwitających bzów rosnących tu w wielkiej obfitości, dołączyła się woń świeżego chleba dolatująca z niewielkiego, sąsiadującego z kinem, budynku. Przez na wpół uchylone okienko wbiegał w gęstą ciemność grupy snop światła, przez które co chwila przemykali spacerujący.

Stanisław usiłował rozpoznać wśród nich Ziemowita, ale było to prawie niemożliwe, gdyż światło obejmowało tylko nogi przechodzących.

Większość ludzi jednak stała, wiodąc niegłośne rozmowy. Od czasu do czasu w ciemności pełgał przez krótka chwilę niebieski ognik, który najczęściej wędrował koliście. Wkrótce potem gasł, a na torze jego niedawnej wędrówki pojawiało się kilka rozżarzonych punktów.

Znienacka ktoś dotknął jego ramienia. Domyślił się, ze dłoń ujmująca go pod ramię i wiodąca go gdzieś na ustronie, pod krzewy bzów, musiała należeć do Ziemowita.

– Jak mnie poznałeś? – zapytał.

– Zgadnij – usłyszał w odpowiedzi.

– Zauważyłeś w drzwiach?

– W drzwiach wszyscy są podobni, zwłaszcza, że światło oświetla ich od tyłu.

– Poza światłem w drzwiach wszędzie jest przecież ciemno.

– A po czym taksówkarze poznają? – pytał śmiejąc się Ziemowit.

– Po butach. No, oczywiście, przecież przechodziłem obok piekarni!

Szli coraz głębiej zanurzając się w mrok.

– No, nareszcie – usłyszeli w ciemności kobiecy głos – a już myślałam, że mi zginiecie w tym tłumie.

– A nie, nie, już jesteśmy – mówił Ziemowit.

– W ciemnościach poznajemy się po dotyku… – powiedział Stanisław.

– No, a jeżeli jest chociaż gdzieś trochę światła, to po butach – dodał Ziemowit.

– Tak, ale musi to być niskie światło.

– Niskie światło? Buty? – pytał kobieta. – Czy to jest nowy sposób poznawania w mroku znajomych?

– Nie poznawania, a rozpoznawania – poprawił ją Ziemowit. – A z tymi butami to jest tak, że pasażerów oczekujących na samochód taksówkarze oceniają po butach. Prawdopodobnie po butach najłatwiej rozpoznać cudzoziemca. Podobnie i ja, obserwując przez chwilę ludzi obok piekarni, rozpoznałem go po butach.

Stali pod gęstym baldachimem gałęzi wydzielających ledwie wyczuwalną woń wilgoci.

– Myślałem, że się w końcu nie zdecydujesz – zaczął po chwili Ziemowit.

– Na co? Na film? – zapytał Stanisław.

– Nie, na wyjście – usłyszał w ciemnościach śmiech znajomych.

– A, tak, rzeczywiście, myślałem, że już nie wyjdę. Dziewczyna mi zasnęła…

– Ale to chyba nie ta sama, co ostatnio? – padło niewyraźne pytanie z mroku, tak że przez chwilę Stanisław zastanawiał się, czy zadał je Ziemowit, czy też Maria, jego żona.

– Nie, nie ta sama, ale czy dla ciebie to nie wszystko jedno? – zapytał, kierując to pytanie tam, gdzie powinien stać Ziemowit.

– Dla mnie? Teraz już chyba tak – odparł niepewnie Ziemowit.

– Dlaczego „chyba”? – ze zdumieniem, którego nie tłumiła ciemność, zwróciła się Maria do Ziemowita.

– A, nie, nie. Teraz już na pewno wszystko jedno – prostował swoją odpowiedź Ziemowit.

W mroku słychać było mokry, głośny pocałunek.     

 – A ty? Nie zamierzasz nic u siebie zmienić? – Ziemowit mówił teraz już jakby mniej pewnie.

– Zmienić? Nie zastanawiałem się nad tym. Chociaż… czasami… – Stanisław próbował znaleźć jakąś odpowiedź – a zresztą, cokolwiek bym zmienił, to i tak wszystko pozostanie jak przedtem… – Te ostatnie  słowa dodał ciszej.

– Co takiego? – dziwił się Ziemowit.

– Nic, nic ważnego – odpowiedział Stanisław. – Skąd tu tyle ludzi? – zapytał, zmieniając niewygodny dla siebie temat rozmowy.

– Cóż, ciekawy film – usłyszał z mroku głos Ziemowita.

– Ciekawy? Dziwne, ze dopiero teraz wszyscy o nim się dowiedzieli. Dwa tygodnie temu w „Centrum” można było dostać bilety bez kłopotu, a na seansach było nie więcej, jak po kilkanaście osób. I co, uważacie, że wszyscy nagle przejrzeli?

– No, my też dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj, ze film jest ciekawy, bo wszyscy o nim mówią – tłumaczyła się Maria.

– A gdyby nie mówili, to byście nie przyszli?

To pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, bo wewnątrz kina rozległy się dzwonki i wszyscy z wolna znowu zaczęli tłoczyć się w drzwiach. Powstał zamęt i ścisk, pośpiesznie gaszono papierosy, które świetlistymi łukami wędrowały w pobliskie gąszcze i świeciły tam jeszcze jakiś czas.

Postanowili przeczekać największy tłok. Wtedy Stanisław poczuł, ze Maria przysunęła się do niego, że szuka w ciemności jego ręki. Odstąpili kilka kroków pozostawiając Ziemowita zapatrzonego w ciemny tłum.

– Czy na pewno? – zapytał.

– A jak myślisz? – odpowiedziała.

– W ciemnościach poznajemy się po dotyku – powtórzył i zaśmiali się z cicha. Stanisław poczuł na karku ciepły ciężar objęć Marii.

– Dlaczego mnie nie chcesz? – szepnęła.

– Nie chcę? Nic podobnego – powiedział cicho i mocniej przygarnął ja do siebie. – Ale musimy już wracać – dodał zaraz.

– Lecz jutro… – zatroskała się.

– Jutro? Raczej dzisiaj – sprostował – nie wiem jak będzie z popołudniowym seansem. Wracajmy, jeszcze zobaczymy, tyle dni przed nami.

Ziemowit ze spokojem wdeptał rozżarzony niedopałek w żwir ścieżki.

– Wchodzimy – rzekł – a czy nie zauważyliście, że jakby pochłodniało?

Nie zdążyli odpowiedzieć, bo nagle ogarnęła ich brunatna ulewa świateł sali. Ludzi jakby orzeźwił mrok, stali się rozmowniejsi, bardziej weseli. Ze spokojem spoglądali na białą płaszczyznę nie zasuniętego ekranu, chociaż zapewne był to spokój tylko pozorny, bo gdy Stanisław popatrzył na nich umykali wzrokiem gdzieś w bok. „Nie rozszyfrowali jednak Tajemnicy – upewniał się – ale nie przyznają się do tego. O nie. Za dużo by ich to kosztowało. Jeszcze pojęliby coś nie tak, a wtedy by sobie nie darowali, że powiedzieli to, że chcieli nazwać Nienazwane. Wystarczyło, że przyszli, że pokazali się, porozmawiali o tym i owym”.

– No to idziemy na swoje miejsca – rzekł Ziemowit przerywając mu chwilę zamyślenia, po czym zniknął wraz z Maria w tłumie”.

6

 

Za oknem trwa noc. Nie dostrzegłem kiedy, ani jak i skąd przybyła. Nie mogła nadciągnąć od strony Zalewu i Morza. Tam dzień trwał najdłużej. Nawet wtedy, gdy wszedłem do Konwaliowej Doliny, czułem na jej dnie ciepło dnia, podczas gdy z góry osypywał się na mnie chłodny mrok z cicho stojących sosen. Może z powodu tego mroku, który nieporuszenie trwał w lesie, nie bez trudu dotarłem na Lawendowe Wzgórze. Jak mi dokładnie opisywał Ignacy, powinienem trafić zaraz przy końcu Konwaliowej Doliny na ścieżkę niebawem przekształcającą się w drogę. Ta niechybnie zawiedzie mnie już na Lawendowe Wzgórze. 

Z pociągu, którym dojechałem na niewielką stacyjkę położoną między rozległą plażą nad zatoką Zalewu a nieprzerzedzoną jeszcze przez wpływ cywilizacji ścianą lasu, wysiadło zaledwie kilka osób. Z niewielkiego domku, który, jak się niebawem okazało, był budynkiem stacyjnym, wybiegło kilka osób na przywitanie przyjezdnych. Powitania były niezwykle serdeczne i jakby nazbyt głośne jak na tak małą stacyjkę.

Pobliskie wody Zalewu, stojące nieskazitelną płaszczyzną pod równie czystym i spokojnym niebem, powtórzyły echem ten niespodziewany gwar. Niebawem, zwabione głosami, nadciągnęły z plaży gromady ludzi, by – jak przypuszczałem – przypatrywać się milcząco scenie powitań. Stali w niedalekiej odległości, lecz nie znowu w tak bliskiej, bym mógł w ciemniejącym powietrzu rozpoznać ich twarze. Wydawali mi się zaskoczeni i tym przyjazdem kilkunastu osób, i głośnym powitaniem oczekujących.

Mój przyjazd miał być przyjazdem niespodziewanym. Wiedziałem, że gdy uprzedzę Ignacego o swoim przyjeździe, gotów jeszcze poczynić jakieś niechętnie przeze mnie widziane przygotowania. Chciałem już od pierwszych chwil stać się niemal domownikiem, nie gościem. Spodziewałem się, że jako lekarz sanatorium na Lawendowym Wzgórzu nie będzie miał ani czasu, ani zbyt wiele sposobności, by mnie jak gościa przyjmować.

Chwilę zaledwie trwało moje zapatrzenie w scenę rozgrywającą się na peronie. Przyjezdni wraz z osobami, które ich przyszły powitać, powoli znikali za ciemniejącym obrzeżem lasu. Jeszcze w wieczornym powietrzu trwały ich ledwo słyszalne rozmowy, podczas gdy oni wspinali się już krętą drogą gdzieś w kierunku Lawendowego Wzgórza. Ci, którzy nadeszli od strony plaży, wyglądali zupełnie tak, jak gdyby bali się naruszenia swojej odrębności i odmienności. Stali milcząc i dopiero gdy przyjezdni już odeszli, rozpoczęli powolny odwrót w kierunku plaży.

 

„Z niegłośnym trzaskiem widzowie opuszczali fotele, siadali rozglądając się na boki, szeleścili papierkami cukierków, wiedli głośne rozmowy. Szmer narastał. Dopiero, gdy na ekranie pojawiły się napisy czołówki kolejnego filmu, hałasy pomału wygasły.

– Już myślałam, że nie wrócisz – mówiła dziewczyna – niepokoiłam się.

– Przecież widzisz, że jestem – odpowiedział Stanisław.

– I jak dyskusja? – spytała szeptem.

– Nie było żadnej dyskusji – odparł śledząc pierwsze sceny filmu, a w chwilę potem dodał: – Czy sądzisz, że ludzie wyszli podyskutować?

– Aż tu słyszałam ich rozmowy.

– Rozmowy tak, ale wątpię, żeby w nich padło chociaż słowo o czymś istotnym. Owszem, być może mówili o widowiskowości filmu, może nawet niektórzy o Kubricku, ale o istocie rzeczy chyba nie. Nie wyglądają na takich, którzy by o tym mówili.

Ktoś zwrócił im uwagę, że rozmawiają zbyt głośno. Zamilkli więc nie kryjąc cichego śmiechu, gdy uciszającymi okazały się dwie starowiny, które wyspawszy się na „Odysei kosmicznej” nagle nabrały ochoty na film o Lawendowym Wzgórzu”.

7.

Nie spodziewałem się żadnego powitania. Mógłbym wprawdzie podążyć drogą za przyjezdnymi, lecz – jak mi o tym wspominał w liście Ignacy – Lawendowe Wzgórze było nazwą dla kilku podobnych do siebie wzniesień i błąkając się po leśnych drogach w poszukiwaniu właściwego wzgórza kto wie, czy nie zostałbym wzięty za jeszcze jednego z przyjezdnych, których celem było sanatorium. Przeto postanowiłem zasięgnąć informacji u zawiadowcy stacji, gdyż wydawał mi się człowiekiem najlepiej zorientowanym w najbliższej okolicy. Uchyliłem, więc drzwi, które wiodły do poczekalni i oczom moim ukazał się widok dość niecodzienny. Otóż za drzwiami poczekalni spodziewałem się zastać wyziębioną pustkę, jak zwykła panować na prowincjonalnych stacyjkach. Tymczasem wszedłem w jakąś przestrzeń wypełniona zielonym światłem, przestrzeń hałaśliwą i mroczną po kątach.

Z niskiej ciemności, gdzieś obok drzwi, wybiegały ciężkie dźwięki muzyki. Usiłowałem dostrzec skład tej głośnej orkiestry, zupełnie zresztą niesłyszalnej na zewnątrz budynku, ale oprócz jakichś cieni szamoczących się w tak dość szybkiego tempa niczego nie udało mi się dojrzeć.  Postąpiłem kilka kroków. Dopiero, gdy wzrok przywyknął do zielonych ciemności, ujrzałem w głębi poczekalni kilka stolików, a wokół nich siedzące w milczeniu postaci kobiet. Nie wiem, jak zdołałem przejść między nimi, gdyż – co wydawało mi się szczególnie niecodzienne – nie zdawały się mnie dostrzegać i nie usuwały z drogi. Zmuszony, wiec zostałem niemal do przedzierania się miedzy kolejnymi stolikami. Do zapachu kurzu, unoszącego się niewidzialnymi kłębami od strony kąta, gdzie w dalszym ciągu grzmiała orkiestra, dołączył się ciężki fetor potu bijącego od rozgrzanych ciał. Rozpoznałem w nim również, brnąc wśród mocno wydekoltowanych piersi i wysoko odsłoniętych nóg, przenikliwy odór pudru i szminki.

Przebrnąwszy wreszcie przez tę niełatwą przeszkodę, znalazłem się tuż przy drzwiach przesłoniętych jakąś półprzeźroczystą zasłoną. Gdzieś za tym drzwiami spodziewałem się znaleźć zawiadowcę. Zapach potu, pudru i szminki – jako, że znalazłem się w niewielkim przeciągu – stał się mniej intensywny, za to dobiegła mnie woń gorącej pary i mokrych tkanin. W prawie zupełnych ciemnościach wyczułem jakąś postać stojącą tuż przy drzwiach.

– Pan też do kąpieli? – zapytał mnie ktoś dotykając mojego ramienia.

– Nie, tak tylko wstąpiłem – odpowiedziałem nie wiedząc, czy nie powiedzieć prawdy.

– Tak „tylko” pan wstąpił? Doprawdy? – usłyszałem w zielonej ciemności czyjś chichot.

– Wydawało mi się, że tu spotkam zawiadowcę – powiedziałem z wolna domyślając się, że nieopatrznie wstąpiłem do domu rozkoszy ziemskich.

– I nie omylił się pan – usłyszałem tym razem męski głos dobiegający jakby zza jakiejś ciężkiej zasłony.

– Chciałem pana zapytać…

– Też pan wybrał porę. Jeśli chodzi o rozkład jazdy… – to jest na zewnątrz.

– Kiedy mnie nie o to chodzi…

– Bo i nie miałby pan o co pytać. Dzisiaj nie ma powrotnego pociągu.

– Chciałem pana zapytać o najbliższą okolicę.

Wycierający się w mroku mężczyzna nagle zaprzestał swych czynności.

– Nie mogę udzielać wyjaśnień nieznajomym przyjezdnym.

– Kiedy mi chodzi tylko o doktora Ignacego z Lawendowego Wzgórza.

– O doktora Ignacego z Lawendowego Wzgórza, powiada pan? Tym bardziej nie mogę panu niczego powiedzieć.

– Jestem znajomym doktora Ignacego.

– Wie pan… każdy tak może powiedzieć. Znałem takich…

– Mam od niego list.

– List? – zapytał z niedowierzaniem zawiadowca – Z tym to się jeszcze nie spotkałem.

Podałem mu w mroku rozdartą kopertę z tkwiącym wewnątrz listem Ignacego. Mężczyzna skończył wycieranie, powiedział coś półgłosem do jednej z kobiet stojących prawdopodobnie tuż obok, po czym rzekł do mnie:

– Przejdźmy na górę, sam pan rozumie, jest tu zbyt ciemno, bym mógł cokolwiek odczytać.

– Więc nie wierzy mi pan? – zapytałem go sądząc, że zaprzestanie podejrzewać mnie o coś, czego zrozumieć nie byłem w stanie.

– Ja tego nie powiedziałem, ale sam pan rozumie – mówił zawiadowca, wiodąc mnie coraz wyżej po schodach wymoszczonych zielonym suknem – skoro uważa pan, że w liście jest coś ważnego…

– Nie na tyle jednak, by nie mógł mi pan uwierzyć i bez listu – szedłem niechętnie za tym człowiekiem, którego dziwna podejrzliwość wydawała mi się jakby nazbyt ostentacyjna.

 

„Ciemność spowijała jeszcze ziemię, opustoszałe ulice milczały w jaskrawym świetle lamp, gdy wracali z nocnego seansu. Drzewa stały nieruchome, ciche, uśpione przez ciepłe powietrze. Niebo podziurawione przez nieprzeliczone ognie gwiazd wydawało im się tak jasne, iż sądzili, że to już nadchodzący dzień, nie czekając odejścia nocy, spogląda na Ziemię.

    – Zajdziemy do parku? – zapytała nagle dziewczyna.

    – Teraz? Wiesz która jest godzina? – zdumiał się nagłą propozycją.

    – Przecież to nieważne. A na sen i tak jest już za późno. Idziemy?

    – Idziemy, idziemy – odpowiedział niezbyt zachwycony.

   Przestrzeń oświetlona jaskrawymi światłami przyulicznych lamp skończyła się wreszcie, a za nią stała nieporuszenie matowa i płytka ciemność. Dopiero po kilku krokach okazało się, że ciemność była znacznie głębsza niż można było z początku – gdy w nią wstępowali – przypuszczać. Asfaltowa alejka wybiegła w dal jasną smugą, gdzieś w mrok, między gąszcz krzewów i drzew. Zewsząd dobiegał zapach sosen, maciejki, którą obsadzono liczne klomby co jakiś czas przegradzające alejkę oraz – mokry i nieco gorzkawy – dzikiego bzu, a także trawy. Z ciemności raz po raz wyłaniały się bryły kamienno-żelaznych rzeźb, bezładnie poustawianych na klombach, przy skrzyżowaniu alejek, pośrodku niewielkich polanek.

– Tam chyba będzie najlepiej – powiedziała wyciągając rękę w kierunku ciemnej ściany pobliskich zarośli.

Nie odpowiedział. Schylił się szukając w zaroślach dogodniejszego przejścia i trzymając dziewczynę za dłoń – pociągnął za sobą. Wolną ręką rozgarniał czarne gałęzie, niechętnie ustępujące przed nimi. Niebawem ciemny gąszcz bzów otoczył ich ze wszystkich stron”.

8.

  Drewniane schody i podłoga, mimo że sprawiały wrażenie solidnych, skrzypiały pod każdym krokiem. Za nami, gdy przechodziliśmy obok wielu zamkniętych pokoi, uchylały się z cichym skrzypem drzwi, słyszałem jakieś szepty. W pewnej chwili obejrzałem się: w rozwarciu drzwi, nie szerszym niż na szerokość dłoni, ujrzałem na tle zielonkawego światła bijącego z wnętrza pokoju – zarys, fragment zarysu jakiejś kobiecej postaci, przywołującej mnie zachęcającym gestem wyciągniętej ręki. Usiłowałem zapamiętać te drzwi, lecz z każdym krokiem otwierały się następne i po chwili nie byłem już pewny, czy nie było to czasem zwykłe przywidzenie.

Tymczasem dotarliśmy do końca korytarza. Zawiadowca, ciągle coś mówiąc, otwierał z klucza drzwi. Jego gabinet, wobec panujących w całym budynku zielonych ciemności, okazał się nadspodziewanie jasny i przestronny. Wypełniały go jednak dość szczelnie liczne szafy z okazami fauny morskiej z pobliskiego Zalewu.

Pomieszczenie to, jaskrawo oświetlone zachodzącym właśnie nad Zalewem Słońcem, w pierwszej chwili wydawało się nieco osobliwe, gdyż było w istocie pokojem stwarzającym pozór prowincjonalnego luksusu, a jednocześnie… nastawnią kolejową z zainstalowanym w najbardziej oświetlonym miejscu mechanizmem służącym do, jak przypuszczałem regulowania ruchu nielicznych pociągów. Zawiadowca objaśniał swoje osobliwe  urządzenie gabinetu.

– Rozumie pan, musiałem pogodzić kilka funkcji w jednym ręku, a niełatwa to sprawa, niech mi pan wierzy, ot choćby prowadzenie tego domu.

– Rozumiem… – zacząłem, lecz przerwał mi.

– Zaraz, przywołam jedna ze swoich współpracownic. Mam nadzieję, że nie odmówi nam pan gościny?

Mówiąc to podniósł słuchawkę telefonu. Usiłowałem odwieść go od tego zamiaru, lecz on, nie zwracając na mnie uwagi, wydał komuś jakieś dyspozycje. Odłożył słuchawkę i zaczął rozwodzić się nad swoimi kłopotami. Postanowiłem cierpliwie przeczekać ten monolog. Obserwowałem jak Słońce z wolna zanurza się w  wodach nieodległego Zalewu.

 

„Dziewczyna oparła się o pień najbliższego drzewa. Stali przez chwilę obserwując rzednący mrok.

– Tutaj? – zapytał.

Skinęła potakująco głową. W ciemnościach, które tu wydawały się jakby gęstsze, dostrzegł błysk jej oczu. Przybliżył twarz do jej twarzy.

– Dlaczego tak patrzysz? – zapytała cichym głosem.

– Patrzę? – zdziwił się – przecież tu prawie nic nie widać, chociaż wydawało mi się…

– Że co? – jej oddech stał się bliższy, czuł niemal ciepło jej twarzy.

– Że dostrzegłem światło gwiazd w twoich oczach – powiedział z emfazą.

– Takiś romantyczny? – zaśmiała się w ciemności, odstępując od niego. – Jeżeli chcesz, znajdź mnie teraz. Znajdziesz?

Usłyszał śliski szelest wysokiej trawy, a w chwilę potem ciche wołanie:

– No, co znowu? – zapytał.

– Zdaje się, że natrafiłam na róże.

– Róże? Tutaj?

– Sam zobacz. Dzikie. Chodź, chodź.

Rozgarniając dłońmi ciemności dotarł do dziewczyny uwięzionej posród jakichś kłujących krzewów. Wymacał łodygi niewysokich roślin.

– Róże? Gdzie tu masz róże? – zapytał.

– A ten zapach…

– Podaj rękę – powiedział, gdyż mimo bliskości nie mógł jej odszukać.

– Co to jest? Jeżyny? Niemożliwe… – dziewczyna zaśmiała się ze zdziwieniem.

W ciemnościach szukali dojrzałych owoców.

W jakiś czas potem leżeli uspokojeni, zapatrzeni w ciemny błękit niskiego nieba. Czuli na sobie przyjazne spojrzenie Kosmosu. Zdawało im się, że niewidoczne oczy obserwują ich każdy ruch, gest, każde poruszenie.

– Popatrz, jakie niebo jest dzisiaj bliskie – Stanisław wstał i wyciągnął dłonie ku górze, a jej wydawało się, ze tymi dłońmi czesze świetliste grzywy bliskich gwiazd.

Dniało. Niebo blakło: z ciemnogranatowego zmieniło się w niebieskozielone, a potem – seledynowe. Gwiazdy gasły jedna po drugiej w coraz bardziej ogromniejącym brzasku. Niebawem na wschodniej części nieba poczęło coraz intensywniej rozlewać się złotożółte światło. Nad zielona czaszą parku wisiała spokojna, przetykana jedynie świergotem budzących się ptaków cisza.

Z półdrzemki, w którą – nieoczekiwanie dla samych siebie – zapadli, obudził ich coraz natrętniejszy hałas z odległych ulic”.

9.

 Moje zapatrzenie i zawiadowcy zwierzanie przerwało wejście dość młodej, mocno wydekoltowanej kobiety. Wraz z jej pojawieniem się w całym pomieszczeniu niemal natychmiast rozlała się woń pudru i szminki oraz czegoś prawie nieuchwytnego, czym zwykłe pachnieć młode kobiety czekające na mężczyzn. Twarz zawiadowcy rozjaśniła się, wyciągnął dłoń do kobiety:

– Więc? – mówił dotykając wolną dłonią obfitego biustu – mam nadzieję, że nie odmówi nam pan gościny. – Odwrócił stojącą, wskazał gestem na jej zwarte biodra. – Idealna linia, nieprawdaż? – pytał.

Przytaknąłem przypuszczając, że jakiekolwiek przeciwstawianie się mogłoby wpłynąć na niezadowolenie zawiadowcy, a co za tym idzie – nie uzyskałbym dokładnych informacji, jak dotrzeć do doktora Ignacego.

– Wobec tego życzę przyjemnego pobytu u nas…

– Kiedy… szukałem pana z zupełnie innej przyczyny.

– To nieistotne – odpowiedział zawiadowca, chowając mój list do szkatułki – na razie jest pan moim gościem, nieprawdaż?

– Chciałbym jak najszybciej dotrzeć na Lawendowe Wzgórze.

– Niech mi pan zaufa, dotrze tam pan z pewnością. Zresztą… nie zauważył pan nazwy stacji? Właśnie jest pan w „Lawendowym Wzgórzu”.

– Chodzi mi o dom doktora Ignacego na Lawendowym Wzgórzu – powtórzyłem raz jeszcze.

– Nie mógł pan trafić lepiej, zapewniam pana, lecz wszyscy przyjezdni, na których nikt nie czeka, muszą skorzystać z mojej gościny.

– List, który panu pokazałem…

 Jest to zwykła kartka z jakimś rozmazanym pismem – mówiąc to wyciągnął ze szkatułki mój list od Ignacego.

 Widocznie kiedy go pokazywałem panu w łaźni…

– Tak, to możliwe, że litery mogły się rozmyć, ale wybaczy pan, najpierw musimy tę kartkę sprawdzić.

– Nie rozumiem.

– Widzi pan, z podobnym listem, czy też dokumentem stwierdzającym czyjąś niezależność spotykam się nie po raz pierwszy. Musimy, więc sprawdzić, czy list jest autentyczny.

– Brzmi to jak podejrzenie…

– Tak właśnie może to pan traktować.

– Ale czy mógłbym wiedzieć, o co jestem podejrzany?

– Dowie się pan… w odpowiednim czasie. A teraz, wybaczy pan, będę przez chwilę zajęty.

Mówiąc to podszedł do owego mechanizmu piętrzącego się dziwnym kształtem w kącie i przełożył jedną z dźwigni. W takim momencie, korzystając z chwilowej nieuwagi, mógłbym spróbować ucieczki. Nie byłem jednak pewny, czy zawiadowca nie uprzedził już o moim przybyciu kogoś innego z Lawendowego Wzgórza, bo nie wierzyłem, by działał tylko w pojedynkę.

Postanowiłem poddać się rozwojowi wypadków. Liczyłem na to, że na pewno zdarzy się chwila czyjejś zmniejszonej uwagi i wtedy niepostrzeżenie będę mógł opuścić to miejsce.

Podążyłem, więc trzeszczącym korytarzem za młodą kobietą”.

 

1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.1
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.2
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.3
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.4
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.5
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.6
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.7
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.8
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.9
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.10
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.11
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.12
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.13
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.14
1977_Ukryte spojrzenie,DP,s.15

Ukryte-spojrzenie_recenzja_Reginy-Witkowskiej,s.1

 

Ukryte-spojrzenie_recenzja_Reginy-Witkowskiej,s.2