SREBRNE ADAGIO

Wybór poezji
Data wydania: 2010

„Poezja Grabowskiego to liryka zrodzona w nagłym błysku, ulotnych przeżyć człowieka złączonego z określonym, nazwanym miejscem i czasem., ale i wielkiej Tajemnicy, ciągłego niedosytu oraz niepewności, dramatu i poznawania Boga i ocalania człowieka, bo „niepojęte” jest w „Nim”, ale także i w „nas”.

Ta poezja, bez wątpienia, porusza emocje, prowokuje pytania, bo przecież, któż chciałby wędrować ku… Nicości?”.

Fragment opinii o książce pióra dr hab. Krystyny Turo. Gdańsk, 2005

SREBRNE ADAGIO.

Wybór poezji,

(+ płyta CD; wybrane wiersze czyta Ignacy Gogolewski).

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., Pelplin 2010, ss. 392 (202 wiersze).

Projekt wydawniczy został dofinansowany przez Samorząd Województwa Pomorskiego oraz Starostwo Powiatowe w Malborku.

 

Wstęp pt. Światło niedomkniętych tajemnic (o poezji Jana P. Grabowskiego) napisał dr Waldemar Smaszcz. Recenzje wydawnicze i opinie o tej książce napisali: dr hab. Anna Nasiłowska z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk; dr Agnieszka Pietrzyk; prof. dr hab. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego; prof. dr hab. Joanna Rutkowiak z Uniwersytetu Gdańskiego; dr hab. Krystyna Turo z Uniwersytetu Gdańskiego; Anna Czaja z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie Wielkopolskim; Anna Makowska, redaktor arkusza poetyckiego Dotknięcie mroku wydanego w ramach Biblioteki Literackiej Gorzowskiego Towarzystwa Kultury, Gorzów Wielkopolski, 1981 r.; dr Marcin Lutomierski z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Do książki załączona jest płyta CD, na której 19 wybranych przez siebie wierszy czyta Ignacy Gogolewski, aktor Teatru Narodowego i Teatru Polonia w Warszawie. (Są to następujące wiersze: Dziękuję, dziękuję… (1992); Ukojenie (1988); Przed wejściem w Bezmiar (1995); Jeszcze przebiegam pod światłami gwiazd, pochylony w sobie (1987); Oto obraz ściszony (1987); Jak szelest jedwabiu (1990); Błękitny maj: moment uwznioślenia (1992 ); Kilka strof na początek lata (1993); Zrywanie papierówek (1993); Przywożę z sobą sierpnia już wczesną jesień (1993); Pięć liryków znad jeziora Mausz (1995); Urodzaj światła (1991); Przystanek w błękicie (1986); Jakaż tu cisza… (1994); A wokół ta magiczna harmonia natury (1995); Listopad, Gdańsk ulica Długa (1995); Słuchając Kanonu D-dur Johanna Pachelbela (1997); Pozostawiam… (1998); Uważność (1997).

 

 Zawartość: Dotknięcie mroku. Poezje z 1977 r.: Dotykanie czasu; Spacer podmiejski; Jeszcze wczoraj…; Bezdomni; Poczekalnia; Ona; Z nocy w noc, z ciemności w ciemność; Posłuchajmy jeszcze…; Czarne jaśminy; Tamten wczesny krajobraz. Żółta poczekalnia.  Poezje z lat 1978–1982: Dwa ogrody; Msza; Ślad garroty; Mój sąsiad; Deszcz; Dzień jutrzejszy jest jak słoneczna równina; Wymiar niewidzenia; W dialekcie wzroku; Słyszę tylko głos nocy; Znad odległości niewidzialnych czuję dotyk nocy. Deszcz i płomień. Poezje z lat 1983–1984: Zanim woń żeglugi; Znajomi poeci w zanikającej jasności; Jasna twa piękność rozświetla; Żółty kot i niebianin; Jesteś ze mną, więc jesteś moim światłem; Strefa turmalinu; Nad nocnym ogrodem morza; W twoich źrenicach widzę tęsknotę i wiarę; Patrzę każdego dnia przez wielkie szkło powiększające przestrzeni; Deszcz i płomień. Łaska widzenia. Poezje z lat 1986–1987: Oto obraz ściszony; Jeszcze przebiegam pod światłami gwiazd, pochylony w sobie; Codzienność; Przez chwilę; Łaska widzenia; Niezmienność; Kwarcowa góra; A więc to tylko przemijanie?; Przystanek w błękicie; Łagodność; Listopad; Poziom światła. Jak szelest jedwabiu. Poezje z lat 1988–1990: Ukojenie; Modlitwa; Nikt ci żadną kradzieżą; Jak szelest jedwabiu; Zielone święta; Tęsknoty ciotki Anny; Zmysłowa gęstość cieni; Tafta; W krajobrazie czerwieniejących buków; Pisałem…; Wtedy, gdy śpią. Urodzaj światła. Poezje z lat 1991–1992: Nie do końca wiem; …i wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność; Błękitny maj: moment uwznioślenia; A jednak ciągle patrzymy w przyszłość; Wieczór pod Czantorią; Urodzaj światła; Wrzesień: powietrzność; Prośba przed adwentem; Tyle ci rzeczy chciałem powiedzieć; Idziemy powoli do… Nieskończoności; Dziękuję. Dziękuję… Szkarłat i błękit. Poezje z lat 1993–1994: Pomiędzy zachwytem, a lękiem; Jeziora sztumskie; Kilka strof na początek lata; Zrywanie papierówek; Przywożę z sobą sierpnia już wczesną jesień; Niedługa podróż; Aż do zachłyśnięcia błękitem; Jakaż tu cisza…; Niewypowiedziane jest piękno jesieni; Czyżby zwabiły cię bielą te pierwsze, grudniowe śniegi?; Kilka refleksji o bliźnich. Kolor chryzoprazu. Poezje z lat 1995–1996: Przed wejściem w Bezmiar; Przebudzenie o świcie; Magnolia w oliwskim ogrodzie; Aerostaty, Jowisz i Akwarydy; Lipcowe akwarele; Kiedy podchodzimy…; Zanurzając dłonie w wodzie zielonej jak nefryt; Ach, witaj mi…; Nad wodą spokojną i czystą; Stałem urzeczony przestrzenią ze światła utkaną i ciszy; Noc. Noc nad jeziorem zapada; A wokół ta magiczna harmonia natury; Listopad. Gdańsk. Ulica Długa; Gdańsk w Zaduszki. Listopad…; Słuchając Kanonu D-dur Johanna Pachelbela. Chwile uważności. Poezje z 1997 r.: Nie wiesz, czy posiadłeś zdolność do odczuwania cudowności świata; Wielkanocna sumaNaprawdę, „nic”?; Na Pohulance swój koncert dziś sójki bezpłatnie dają; Na wieczny – wobec nas – krajobraz patrzymy; Na łące: w Wiczlinie; Piosenka dla żony; Przeglądamy fotografie; A na Oruni już jesień dżdżysta czekała; Uważność. Slow-fox w chamois. Poezje z lat 1998–1999: Nastroje; Uwolnieni; Przy fontannie w Loreto; Slow-fox w chamois; Dopiero za drugim przyjazdem…; Niezapomniany ogród; Czy wiedzą?; Osobiście… doznając pięknej jak hostia wrześniowej niedzieli; Czyj to głos, jakiż to ptak już o chłodach śpiewa?; Pozostawiam…; W śnieżnym lesie. Sonata obojowa. Poezje z lat 2000–2002: Chodź, pójdź za mną…; Koncert B-dur na trzy oboje Georga Philippa Telemanna; Nic: tylko życie; Wszystko jest moje; Pod Lirydami się zatrzymałem; Kto cię azalio stąd dostrzega?; Wywyższenie; Zastaję cię poranku; Purpurowa serenada; Panna Jeziorna; Wczesne popołudnie; Wieczorne pożegnanie; Październik, jakże wiele…; Bo w mieście – październiku – prawie cię nie ma; Antrakt; Śnieg pod nogami nam zaśpiewał; Cóż pozostaje w pogoni za wymykającą się prawdą świata? Złoto i biel. Poezje z lat 2003–2004: Spotkanie; Pogodna rezygnacja; Nareszcie tyle wokół światła; Już najwyższa pora zajrzeć do parku w Oliwie; Zdumienie; Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością; Złotnik niewidzialny; Fotografie nad Zatoką Gdańską; Cóż, odjechałem…; O, tego mi trzeba było dzisiaj – Panie; Niemal cały dzień nad jeziorem; Najpiękniej jest tuż przed wyjazdem; Dotykalność; Z powściągliwą nonszalancją; Wiersz nieśpieszny; Tylko Ty i ja tutaj: w złotej widzialności dnia, w gorącym Słońcu września; Złoto i biel; Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka; Kiedy dzień – w zieleniach i purpurach – spać się kładzie; Wszechświat nade mną… Lascia la spina. Poezje z lat 2005–2006: I „dlaczego” – coraz częściej sobie i Tobie – zadaję pytanie; Słuchając arii Piacere „Lascia la spina cogli la rosa”; O, Pani, jesteś tak piękna jak po nocy świt; Czułem, że znikam w deszczu jak kropla w wiadrze deszczówki; Spacer w deszczu; Już kwiecień… ; W taki czas cisza; Czy już otworzyła się przed Tobą – Ojcze – brama Wieczności?; O, piękne to chwile; O, Toruń, dawne, minione czasy…; Późna noc lipcowa; Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno; Z czułością, więcej niż z czułością; Życie: niemal niematerialny, jak tchnienie lekki, jak malowany światłem, jedwab; Wieczór po upalnym dniu; Przeminęły dni ze złotym tłem upału; Do zobaczenia, powtarzam. Bo cóż innego mógłbym mówić, powtarzać?; Październik, jakbyś przybliżył się…; Bez lęku; „Wstawaj, pospiesz się, moja ukochana…”. W tempie andante. Poezje z 2007 r.: W tempie andante; Bo ona jest Słońcem – ja, zapewne, Księżycem? – w naszym planetarno-rodzinnym układzie; Tuż obok majowego poranka; Pijany; Wiatrem… uniesienie; Tam, gdzie pada piękne światło przedwieczorne; O, uzdrawiająca obecności jeziornych widoków; A na wyciągnięcie ręki świt zaglądający przez okno uchylone; Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej, byłem; Ballada o deszczu; Ballada o wodzie jeziornej, łące i nocy; Bo gdzież – oprócz wspomnień – dojść można, gdy nieodwołalnie kończy się lato?; Witold Leszczyński; A dlaczego mielibyśmy ten świat zrozumieć?; Pochwała eisweina; Na wieczór wigilijny cały rok czekamy. Bliżej impresji. Poezje z lat 2008–2009: Stąd i aż poza gwiazdy sięgać, wybiegać dalej niż przyszłe dni; Białe skrzydła u stóp; L’arte del violino; O, witać, pogodnie witać; Dytyramb na zakończenie zimy; Kilka notatek na marginesie arcydzieła, czyli filmu Lecą żurawie Michaiła Kałatazowa; W wyciszeniu; W uwolnieniu; W uniesieniu; Jakże o tamtej nocy choćby kilku słów nie zapisać?; Dlaczego istnieje coś raczej niż nic?; Odwiedzam. Odwiedzam wielki jak chmura liliowa krzew bzu w Parku Oliwskim; Słuchając morza, które „coś” mi chciało powiedzieć; Malinowe niebo; Jakże piękne są te wszystkie, minione, dni; Krawiec i wrzesień; Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda; Wrażenie. Utwory najnowsze. Poezje z 2010 r.: Refleksja na początku kwietnia Anno Domini 2010; Droga do źródła; W łódceCzas upałów już minął.

 

 

OTO OBRAZ ŚCISZONY

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Oto jadę pociągiem półtorej godziny. Blisko,

lecz dla mnie to cała wyprawa i

powrót do tej dawnej-niedalekiej przeszłości.

Powrót do tego, co było, a wciąż jeszcze trwa.

 

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony

jak szept. Ściszony jak moje życie,

lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei,

ile Słońca i barw.

Ileż oczekiwania i zmagań z nocami.

Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem.

 

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku…

 

Na wszelki wypadek mam i to wspomnienie.

Na wszelki wypadek.

Bo to wszystko wokół jest ulotne jak sen i trwa

nie dłużej, niż sen.

 

Oto cała Wieczność i Nieskończoność

jest w tym jednym wspomnieniu, w tym jednym obrazie.

Zawsze, kiedy wracam ulicą pod starymi lipami.

 

(1987)

 

 

JAK SZELEST JEDWABIU

 

 

Jak szelest jedwabiu

jest to twoje życie. Umykające i szybsze,

niż samolot unoszący cię w przestworza.

 

Taka krótka chwila stąd i

aż ponad chmury. Kilka minut,

a już prawie jesteś w niebie

– przynajmniej w jego pierwszej strefie –

wysoko ponad Ziemią… Tyle tu błękitu, przestrzeni i

 

Słońce… A pamiętasz?

Kiedy samolot szybko leci w górę,

to wtedy stąd wygląda jak błyszcząca iskierka.

W niej – ty, całe twoje życie. Przeszłość i pamięć

o tobie zostają tu, na Ziemi,

gdzie twoje stałe miejsce. I życie przez tę jedyną chwilę.

 

Zaledwie kilka godzin trwa najdłuższy lot,

a zostawiasz za sobą niemalże pół świata.

I te wszystkie żółte i zielone kraje,

wyspy spod Zwrotnika Raka i morze…

wielki ocean wody – z przeciwległym brzegiem,

na którym czekają roztrzepotane kolibry

jak szelest jedwabiu. Umyka więc twoje życie

niedostrzegalnie i na co dzień w kręgu spraw

ciągle powtarzających się jak wciąż te same dni.

 

I być może nie potrafisz dokładnie nazwać tego,

co cię pcha Tam: w górę, w niebo.

To cię wzmacnia: bliskość Słońca, przestrzeni i błękitu.

 

A potem – już na ziemi – przyjaźniejsze się staje

wszystko co trwa chwilę… jak szelest jedwabiu.

 

(1990)

 

 Synowi Szymonowi

 

BŁĘKITNY MAJ:

MOMENT UWZNIOŚLENIA

 

Jeszcze jeden spacer przez

wybłękitniały od kilkunastu dni maj.

 

I aż tyle nieba ponad nami

i w nas. Nagle… wybuchającej zieleni

już nikt nie dostrzega.

 

Wręcz nieprzyzwoitością więc jest

przebywanie wśród czterech ścian,

gdy taki czas. Aż nie chce się wierzyć,

że gdzieś Tam niż, deszcze i chłód…

 

Bo u nas ciągle północnowschodni,

kontynentalny wyż i wiatr od wschodu:

zjawisko zdarzające się niecodziennie.

Z niedowierzaniem patrzymy na zachód:

Tam ciągle cisza i nic nie wróży

niespodziewanej zmiany pogody. A ten błękit

 

– tutaj, stąd – uszlachetnia nas –  z wolna,

i – prawie niedostrzegalnie… przemijających.

I ból istnienia już nie jest tak dokuczliwy.

I zapominamy o kruchej materii naszych ciał.

I nawet o tym, że wszystko – prócz nas – trwa… wiecznie.

I choćbyśmy wysoko wznieśli się…

 

ponad tę niebieską zieleń oliwskich wzgórz –

to przecież jeszcze jesteśmy tutaj:

ciągle pełni rozterek, zwątpień i niepewności.

 

Zapominamy jednakże o tym

– na chwilę. Tylko na jedną chwilę – kiedy…

pochylamy się nad świeżo ściętym pniem sosny,

która przeżyła lat sto pięćdziesiąt. A może i więcej.

Albo, gdy nagle stajemy

onieśmieleni wielkim, błękitnym krzewem: „górą” bzu.

 

Więc to tak? Więc aż tak

intensywnie może trwać życie?

Więc naraz i nagle może zdarzyć się aż

tyle błękitu i tyle zieleni?

 

Więc aż tyle życia

i na tak krótko? Siadamy na ławce

pod tą „górą” bzu. Wdychamy jej zapach.

Jesteśmy. Żyjemy.

 

(1992)

 

 

SŁUCHAJĄC KANONU D-DUR

JOHANNA PACHELBELA

(Z najjaśniejszymi obiektami: Jowiszem i Saturnem

na wigilijno-noworocznym niebie)

 

Jako pierwsze – planety: Jowisz i Saturn

nam się objawiały. To nie był przypadek.

 

Albowiem to one są – prócz Słońca i Księżyca –

najjaśniejszymi, w ten czas, nieba obiektami.

 

Dopiero później można dostrzec

gwiazdy. Najprzód więc te z… „trójkąta letniego”,

który obejmuje najjaskrawsze światła

z konstelacji: Lutni, Łabędzia i Orła. Lecz ozdobą

firmamentu największą jest gwiazdozbiór Oriona…

 

Staliśmy, więc pod światłami zasypanym niebem.

Ich blask wieczny i nie ogarniony palił się nad nami…

 

A mróz srogi trwał tuż obok. I wypełniał 

sobą całą wolną przestrzeń. Ale my czując

jego narzucającą się coraz bardziej obecność

nie zwracaliśmy na niego uwagi. Chociaż był.

 

Ponieważ istnienie swoje dotkliwie poświadczał

– gdy rozmawialiśmy – obłokami pary. Bo przecież 

jeszcze tu jesteśmy. Nieśmiertelni na chwilę. Uwzniośleni

widokiem… czerwonej Betelgeuzy, jaskrawego Syriusza,

samotnego – nad nim – Procjona i – jeszcze wyżej – Bliźniąt.

 

A potem ruszyliśmy w kierunku południa

zostawiając za sobą rozświetlone miasto. A także i tych,

co przez zaparowane szyby próbowali dojrzeć

pierwszą gwiazdkę. Czy ujrzeli? W tych łunach? Kto wie.

W każdym razie zrozumieli – skoro Słońce zaszło –

że najwyższa pora lampki na choince zapalić i siąść do wieczerzy.

 

A my zostawiając za sobą

miasto, ludzi, ciepłe mieszkania… przez śniegi

poszliśmy. Ku – na nieboskłonie – wzgórzom.  

 

A wtedy noc przed nami otworzyła przestworza.

I wówczas można było usłyszeć tę niebiańską muzykę

płynącą z najwyższych stref świata. A może już… zewsząd? 

 

(1997)

 

 

DZIEKUJĘ. DZIĘKUJĘ…

 

Dziękuję. Dziękuję…

za każdy darowany mi dzień.

Dziękuję za przebudzenie o świcie,

po nocy przespanej spokojnie:

bez bólu i nagłych cierpień. Dziękuję Ci za to,

że pozwalasz mi być jeszcze tutaj, wśród tego świata.

I że mogę podziwiać jego nieodgadnione

i niepochwytne piękno. Dziękuję Ci

za tę przestrzeń stąd i aż po widnokres. A także

za zorze wieczorne szkarłatem i purpurą obwieszczające

koniec coraz krótszego dnia,

który mija na zawsze. Bez powrotu…

jak ja. Jak my. Jak wszyscy.

Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?

 

(1992)

 

 

Srebrne-adagio_płyta-CD

 

Płyta została nagrana w kwietniu 1999 r.,

zawiera 19 wierszy z lat 1986-1998.

 

 

Ignacy-Gogolewski_zdjęcie

Ignacy Gogolewski

 

 

 

Wiersz pt. Oto obraz ściszony (1987) 

  

Wiersz pt. Błękitny maj: moment uwznioślenia (1992)  

 

 Wiersz pt. Dziękuję, dziękuję… (1992) 

 

 

 

 

 

 

Waldemar Smaszcz

 

 Światło niedomkniętych tajemnic

(o poezji Jana P. Grabowskiego)

 

Od dawna obcuję z poezją Jana P. Grabowskiego, mojego jeszcze uniwersyteckiego kolegi. Nie dlatego wszakże, że się znamy od lat, ale że jego wiersze są mi wyjątkowo bliskie poprzez jedyną w swoim rodzaju aurę, rozpoznawalną dykcję poetycką i światopogląd nie tylko artystyczny. Niejednokrotnie o nich pisałem, a nawet – co uważam za najpiękniejszy wyraz relacji między poetą a krytykiem – czytałem je jeszcze zanim ukazywały się w książkach.

Nie mogę powiedzieć jednak, że działo się tak od początku twórczości Jana P. Grabowskiego. Pierwszym tomem, który po prostu mną zawładnął, był zbiór pt. Wiersze wybrane[1], wydany w 1991 roku. Do dziś „żyje” we mnie choćby strofa otwierająca liryk Dom[2]:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Od pierwszej lektury uległem urodzie tych fraz, że… trudno mi było się przełamać, aby o nich napisać. One po prostu  s ą,  stały się – daruje mi autor – „moimi”. Tak właśnie widziałem to, o czym jest tu mowa, a więc krytyk w tym przypadku nie miał nic do roboty. Czytałem dalej:

 

[…]

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się Wiecznością.

Bo – niekiedy – Wiecznością jest także i chwila.

 

Autor ma niebywały talent kreowania czasu świętego, który jest bez „przed” i „potem”, po prostu jest. Po przekroczeniu pewnego punktu w życiu przekonujemy się, że tak ważny wcześniej pęd do przodu przestaje poruszać nasze emocje. Przyswoiliśmy, bowiem niemało z otaczającej nas rzeczywistości, bez trudu rozpoznajemy to, co jest nam bliskie, a nawet co może okazać się na tyle „nasze”, że warto podjąć trud poznania i akceptacji. Chętniej zaś przywołujemy minione, jakby dopiero teraz w pełni smakując zapamiętane zapachy, krajobrazy, wrażenia. I jest nam z tym dobrze, jak w kojącym śnie, z którego niechętnie się budzimy. Bo jak się oderwać od  obrazów ogarniających nas niby najpiękniejsze doznania.

„Obraz  p r z e j r z y ś c i e j ą c y – pisze poeta – ściszony jak szept” [podkreśl. – W.S.]. Czytając, podążamy za autorem, który bezpośredniością wypowiedzi potrafi uwiarygodnić każdą sytuację: „Ściszony jak moje życie…” – wyznaje, nie wahając się  dodać: „…lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei, / ile Słońca i barw. / Ileż oczekiwania i zmagań z nocami. / Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem”, może powiedzieć to wszystko, gdyż nie uległ ciemności, a nawet potrafił ją pokonać:

 

            […]

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku.

 

Ilu z nas zmagało się z ogarniającym zwątpieniem, z pochłaniającymi ciemnościami? Ilu nie udało się ich pokonać? A może warto było powrócić do zapachów i smaków z czasów, gdy byliśmy szczęśliwi, albo spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, skąd pada na nas tyle światła i w dzień, i w nocy?

Wymaga to, z pewnością, przełamania przyzwyczajeń, ustalonych rytmów, a może nawet zaprzeczenia im, także za cenę wyśmiania. Wystarczy zbudzić się przed świtem, by zobaczyć najczystszą chwilę, gdy Bóg daje dzień, a w południe posłuchać dzwonów na Anioł Pański, jedynych dźwięków, „które jeszcze mogą przebić się przez nieustający hałas miasta”. Poeta nie kryje, że czysta przestrzeń, której wypatruje, „coraz częściej jest tylko obrazem zapamiętanym”, ale tym bardziej pragnie o niej przypominać.

     *     *     *

  Prezentowany wybór poezji Srebrne adagio. Poezje wybrane, gromadzący utwory od debiutanckiego wiersza Dotykanie czasu i zbioru Dotknięcie mroku, wydanego w roku 1981, w pełni ukazuje drogę artystyczną Jana P. Grabowskiego. Od początku głównym zagadnieniem jego twórczości – jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało – była  W i e c z n o ś ć.  Poeta „dotykał czas”, by przekonać się, a może raczej upewnić, że jest  p r o g i e m  wieczności.  Zwróćmy uwagę na wspomniany debiutancki wiersz, artystycznie, co oczywiste, niedorównujący późniejszym utworom, ale niezwykle interesujący jeśli idzie o określenie źródeł tej poezji:

 

Rokrocznie:

o tej samej porze

ziemia nagrzana Słońcem,

ukołysana wiatrem i nasycona deszczem

rodzi różnokolorowy plon.

 

Ziemi

strzegą kamienie po miedzach.

Niekiedy

– gdy zgubisz się w powtarzalności pór roku –

podejdź, przyłóż ucho i

posłuchaj kamiennych szeptów o

przemijaniu.

 

W takich chwilach kamienieje

też czas. Ciepłem ciała poczujesz

jego szorstki dotyk.

 

Słońce, deszcze, wiatry…

będą z wolna ścierały

zastygły w kamieniu – czas.

Ty – możesz rozbić kamień.

Nie rozbijesz jednak – czasu, który ciągle pozostaje

najtwardszą przeszkodą do…

Wieczności.

 

Kontrastowe zestawienie ziemi, pokrytej różnorodną roślinnością, przez co poddanej przemienności pór roku oraz kamieni, niemal niepodległych czasowi, pozwoliło poecie zbudować jakże wyrazistą sytuację liryczną. Kamienie „strzegą ziemi” i szepczą „o przemijaniu”, stąd już tylko jeden krok do obrazu poetyckiego: „W takich chwilach kamienieje / też czas”. Człowiek może wprawdzie rozbić kamień, ale pozostaje bezradny wobec czasu, „najtwardszej – powtórzmy – przeszkody do… / Wieczności”.

Wieczność przywołuje poeta także poprzez wiersze-modlitwy, mające charakter rozmów ze Stwórcą. Najlepsze z nich przywodzą na myśl jedno z pierwszych tego rodzaju naszych arcydzieł – pieśń Jana Kochanowskiego „Czego chcesz od nas, Panie…”, z tą różnicą, że w przypadku Jana P. Grabowskiego są to zawsze modlitwy indywidualne, jak ta, zatytułowana Łaska widzenia:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

 

Trudno o piękniejszy wyraz hołdu dla Stwórcy niż to pierwsze, a więc szczególnie nacechowane zdanie: „Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze”. Można dodać z uśmiechem, że nawet ks. Jan Twardowski nie byłby w stanie zdobyć się na więcej. Ufność poety jawi się na miarę ufności dziecięcej, chociaż nie mamy wątpliwości, że autor tych słów jest człowiekiem dojrzałym; mówi wszak o „szczęśliwej godzinie” spotkania z Bogiem, czyli o śmierci.

Po tym inicjalnym czterowierszu nie zmienia się wprawdzie charakter owej dziękczynnej modlitwy, ale zaskakiwać może sprowadzenie wspomnianego „wszystkiego” do tytułowej „łaski widzenia”: 

 

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń. Dałeś mi wzrok,

 

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na druga stronę ciemności…  

[…]

 

Niemal cały przytoczony fragment, poza pierwszym zdaniem, wskazuje na metaforyczne rozumienie widzenia, które wprawdzie pozwala „zawierać przymierze ze światłem” (to konkret), ale „wyprowadza pragnienia i myśli / na drugą stronę ciemności”. Metafora ta z całą pewnością przenosi najważniejsze sensy wiersza „na drugą stronę”, albo w inny, symboliczny wymiar, także sam trud poety:

 

[…]

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

 

Jednak granica między – nazwijmy je tak – widzeniem symbolicznym a realnym okazuje się bardzo płynna, co w niczym nie zaciera   najważniejszych sensów. Przywołany już tu ks. Jan Twardowski pisał: „Zachwyca mnie otaczający nas świat, jego kolor, dźwięk, zapach, różnorodność. […] Zdumiewam się i zachwycam urodą i dziwnością widzialnego i niewidzialnego świata. To, co widzialne, dotykalne, pozwala określić granice niewiadomego i niepoznawalnego. Bez tej jedynej bliskiej miary świata nie dałoby się też dostrzec i pojąć jego nieuchwytnych tajemnic”.

Jan P. Grabowski wyznaje: „Dałeś mi wzrok, abym tutaj i teraz / nie czuł się samotny i zagubiony w mroku”. I każdy, kto zna bliżej autora tych słów, wie, ile znaczą. 

     *     *     *

 Odtąd poeta, obdarowany przez Stwórcę nie tyle wzrokiem, co  – powtórzmy –  „ł a s k ą  w i d z e n i a”, bodaj każdym wierszem wielbi Pana w jego dziełach. Każdy dzień, nie tylko ten w potocznym znaczeniu uważany za piękny, tyle niesie, że nie sposób nie dziękować Boskiemu Siewcy za niepojętą hojność. Zatrzymajmy się choćby – nomen omen przy „Przystanku w błękicie”, już w samym tytule łączącym ziemię z niebem, widzialne z niewidzialnym, poznawalne z Tajemnicą (tak właśnie, pisaną wielką literą):

 

Cóż może być ważniejszego

prócz tych barw i woni,

gdy jadę pociągiem przez scenę jesieni?

 

Cóż może być bardziej radosnego

i zarazem wzniosłego – przez tę krótką chwilę –

gdy pociąg przystaje,

a najbliższe drzewa to jeden wielki świergot

i – wydaje się – jakby więcej na nich było ptaków, aniżeli gałęzi?

 

Wokół mnie szkarłatniejący wszechświat liści.

Jakże stąd blisko

i zarazem daleko do niewidzialnych granic przestrzeni.

 

Jakże stąd blisko do nieba.

[…]

 

Jestem przekonany, że większość z nas doświadczyła podobnych przeżyć, ale kto miałby  o d w a g ę  tak właśnie to ująć? Kiedy zaś nie potrafimy sięgnąć po słowa z owego szczególnego leksykonu, przechowującego jedyne w swoim rodzaju nazwy człowieczych uczuć i emocji, zdumienia i zachwytów, wreszcie łez radości i wzruszeń, skazani jesteśmy na nieuniknioną oschłość i na pewno nie wykrzykniemy już: „Jakże stąd blisko do nieba”. A wówczas niebo, jak horyzont, w kierunku którego tyle razy biegliśmy w dzieciństwie, będzie się od nas oddalało, aż zniknie… za horyzontem. 

 

Waldemar Smaszcz. Białystok, 15 września 2010 r.

 

[1] Wiersze wybrane, Zabytkowa Papiernia-Muzeum w Dusznikach Zdroju, 1991 r.

[2] Autor w następnej książce pt. Szkarłat i błękit. Wiersze religijne i metafizyczne, Wydawnictwo Diecezjalne, Pelplin 1994 r.  zmienił tytuł tego utworu na Oto obraz ściszony.

Krystyna Turo

 

 Opinia na temat tomu poezji

Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio.

(Fragment)

 

Kolejny tom poezji Jana P. Grabowskiego, zatytułowany Srebrne adagio to autorski wybór wierszy powstałych w latach 1986–2003. Grabowski ma w swoim dorobku kilkanaście tomów poezji i prozy, w tym kilka ciekawie opracowanych i wydanych „wyborów”. Ostatni „wybór liryków” opublikowany w 2003 r. nosi tytuł Sonata obojowa. Muzyczny charakter tytułów dwóch ostatnich, autorskich „wyborów” nie jest przypadkowy, wnosi istotne, osobne znaczenia, ale równocześnie łączy je ze sobą.

Opublikowane w Sonacie obojowej wiersze to liryki z lat 2000–2002, utwory z lat przełomu, które w zbiorze ułożone zostały chronologicznie. Ten wydawałoby się formalny układ tekstów jest „przełamany”, każda chronologicznie wyodrębniona część opatrzona została własnym tytułem. I tak, liryki roku 2000 – to Adagio na obój, 2001 – Nic: tylko życie, 2002 r. – W świetle jasnoturkusowym. A zatem tytułowe adagio z tego tomu pojawiło się już w wyborze wcześniejszym, w Sonacie obojowej, w jej pierwszej części, otwierającej zbiór. Wspominam o tym, ponieważ oba te „wybory” rozpoczyna poeta dwoma tymi samymi wierszami, utworami, które, jak odczytuję, najpełniej odkrywają istotę poezji Grabowskiego, która jest „koncertem dla Pana pisanym. Na Jego chwałę, / a dla nas – na radość, na zachwyt nad światem”, gdzie to „w drodze ku Niemu wciąż jeszcze jesteśmy. W drodze, / której celu, ani przeznaczenia tak naprawdę nie znamy”.

Poeta bardzo stanowczo (Chodź, pójdź za mną…) zaprasza do wędrówki prowadzącej na spotkanie „Niespotykanego”, prosi o pozostawienie „dusznej klatki swojego mieszkania” i „codziennych: spraw, zdarzeń, wymiarów”. Zaprasza do wejścia „w krajobraz zimowy”, bo „to w nim, nie w liryku, spełni się poezja bez słów”. I tak właśnie jest: w krajobrazie, w przestrzeniach natury głęboko jest zakorzeniona poezja metafizycznej refleksji Jana P. Grabowskiego, liryka, która dotyka spraw najważniejszych, którą stwarza, jak twierdzi bohater liryczny, „mój Przewodnik podczas tej wędrówki”. Natura jest źródłem i przestrzenią istnienia metafizycznej poezji Grabowskiego, poezji dotykającej spraw bytu, przemijania, śmierci, miłości. Jest to poezja pytań zasadniczych: „Gdzież to zawędrowaliśmy? Gdzie jesteśmy? Nikt nie wie? / Może tylko On, który nas tu przywiódł, aby – właśnie nam? – / jeszcze raz pokazać… że jest. Że bez Niego nic nie może się obyć? / Bez niego i naszego, w tym stworzeniu, udziału?”. Poeta pytając o tajemnicę istnienia świata i człowieka wyśpiewuje pieśń na chwałę jego stwórcy, ujawnia muzykę własnej duszy zrodzoną w bezpośrednim doświadczeniu, zachwycie, wygraną w dziękczynieniu.

Zbiór wydany w 2003 r. – to poetycka Sonata obojowa, stworzona (jak czytamy we wstępie ks. infułata Stanisława Bogdanowicza) z okazji jubileuszu twórczej pracy poety, ale dodajmy – jest to poezja czasu wyjątkowego – liryka roku dwutysięcznego, lat przełomu, a zatem – tu: „sonata” i „adagio” – to utwory „wygrane” na chwałę Panu za „obecność” w tych wyjątkowych wielkich latach, latach niezwykłego jubileuszu.

Srebrne adagio ma także charakter jubileuszowy. Tu twórca dodatkowo jeszcze „wędruje” po rozległych przestrzeniach własnej liryki, wędruje i z dużą pieczołowitością wybiera z własnego, bogatego, 25–letniego poetyckiego dorobku to, co podniośle tworzy jego osobny, jubileuszowy tom – właśnie – „srebrny”.

W Srebrnym adagio Grabowski jakby w zwolnionym tempie, w świadomym wyciszeniu i zamyśleniu (bo „adagio” z znaczeniu muzycznym – to utwór w zwolnionym tempie, a w tłumaczeniu dosłownym – to „cicho”, „powoli”) pokazuje własny dorobek, wybiera z niego to, co pozwala mu w skondensowaniu ukazać własne widzenie świata i osoby. Tak więc Srebrne adagio to tom osobny, szczególny, stworzony na nowo, na nowo skomponowany, na nowo nazwany; to tom poezji refleksyjnej, formułującej pytania egzystencjalne, ukazującej dramat człowieczego istnienia doświadczony w bezpośrednim przeżyciu, osobnym i samotnym ludzkim dotknięciu nieustannie zmieniającego się świata przyrody, jej całorocznego cyklu. I zawsze, obcowanie z naturą jest dla poety próbą dotknięcia Tajemnicy, bo tylko „na leśnej polanie”, „za miastem”, stojąc przed „górą bzu” można odnaleźć Boga i… siebie, bo „w mieście trudno znaleźć metafizykę. W przyrodzie ona jest wszędzie”.

Przyroda w poezji Grabowskiego jest przestrzenią, wydarzeniem, zjawiskiem niepowtarzalnym, które rodzi zachwyt, daje radość i prowadzi do refleksji: „aż tyle życia i na tak krótko?” Jest to liryka głęboko przeżyta, bezpośrednio doświadczona i… metafizyczna. I jakże realna w poetyckich obrazach, umocowana w oliwskich wzgórzach, kaszubskich jeziorach, Gdańsku–Chełmie, na ulicy Długiej w Gdańsku, w Gdyni–Wiczlinie, w Malborku czy Ustroniu Morskim; to poezja bardzo dokładnie określonego miejsca i czasu. To wręcz dokument, sprawozdanie, próba poetyckiego „zapisania” własnego istnienia, uporczywego znaczenia i utrwalania swojej obecności  w nieustannie zmieniającym się świecie. Wyrasta z ulotnej chwili zadumy, zamyślenia.

Poezja Jana P. Grabowskiego ma wielką szansę przetrwania, bo jest to liryka ogromnej ufności, ale i zwątpienia, poezja trwogi, bólu, ale i wielkiej radości, zachwytu, uświęcenia zwykłości oraz zdecydowanej pokory wobec kwestii absolutnych, „ukojenia”, „pogodnej rezygnacji”, ale i „wywyższenia” człowieka, poezja dziękczynienia oraz wiary w człowieka i w niewidzialnego, lecz osobowego Boga. Pojawia się w niej także i Nicość, np. w wierszu pt. Jedyne, co jest pewne? – rodząc pytanie i niepokój. Jej „obecność” to pewnik? Czy tylko pytanie prowokujące? Jeżeli nawet „Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?”.

Poezja Grabowskiego to liryka zrodzona w nagłym błysku, ulotnych przeżyć człowieka złączonego z określonym, nazwanym miejscem i czasem., ale i wielkiej Tajemnicy, ciągłego niedosytu oraz niepewności, dramatu i poznawania Boga i ocalania człowieka, bo „niepojęte” jest w „Nim”, ale także i w „nas”.

Ta poezja, bez wątpienia, porusza emocje, prowokuje pytania, bo przecież, któż chciałby wędrować ku… Nicości?.

 

 dr hab. Krystyna Turo. Uniwersytet Gdański. Opinia na temat tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. (Fragment). Gdańsk.

 

 

 

 

Anna Czaja i Anna Makowska

 

Niezwykła podróż, która na długo pozostanie w pamięci czytelnika,

a może i wpłynie na bieg jego życia,

czyli opinia na temat tomu poezji

Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Wybór poezji. 

 

Wszechobecne mieniące się barwy, zapachy, dźwięki miasta i lasu, i cisza jeziora, i niezwykła zdolność zatrzymania ulotności chwili, i w tym wszystkim refleksja nad miejscem jednostki we wszechświecie – tym małym tu i wielkim Tam. To tony znane już czytelnikom poezji Jana Piotra Grabowskiego, który wierszami „mówi świat” już od przeszło 25 lat. Przed nami jubileuszowy wybór jego tekstów, które teraz, w nowym układzie, nabierają dodatkowych znaczeń. Wyrazem innej jakości wydaje się być już sam tytuł zbioru – Srebrne adagio, który gromadzi wokół siebie sieć swoistych znaczeń i kontekstów[1]. W rezultacie nadaje on wyborowi wierszy jubileuszowy charakter, rys podsumowania, określając przy tym niespieszne tempo myśli i refleksji – i to zarówno autora zbioru, jak i czytelnika, który może „wejść” w świat poezji Jana P. Grabowskiego w rytmie adagio.

Okazuje się, że jeśli spełnimy ten warunek i zatrzymamy, choć na chwilę, to poezja ta jest w stanie nas całkowicie pochłonąć. Bo świat tych wierszy jest nam wszystkim znany – to przestrzeń realna – pór roku, krajobrazu za oknem, domu, pociągu, ulicy w Gdańsku czy jeziora. Grabowski opisuje więc przeżycia z tu i teraz. My jesteśmy uczestnikami tego świata. Poprzez formę – niemal prozatorską, dopowiedzianą do końca, czyni poeta przestrzeń swoich wierszy nam wszystkim, niezależnie od doświadczeń literackich i czytelniczych upodobań, czymś dostępnym, otwartym dla każdego. Przy czym Grabowski jest bardzo dokładny w opisie. Nie umyka mu żaden szczegół krajobrazu. Ta „epickość”, w połączeniu z ogromną wrażliwością liryka, nadaje jego utworom niepowtarzalny, oryginalny charakter.

Jan P. Grabowski opowiada o swoim świecie, aby nam wszystkim ukazać nową przestrzeń, a przynajmniej chce dać przeczucie innego istnienia, Bytu, tego Światła, które rozświetla mroki. Dla poety tę nową przestrzeń stanowi sacrum, coś, co transcendentne i to z tym możemy się spotkać w jego utworach. Wydaje się, że to właśnie ta sfera, usilne poszukiwanie jej w przejawach codzienności, w przyrodzie stanowi klucz do poezji gdańskiego poety.

Dlatego warto wybrać się w tę podróż, jaką jest spotkanie z wierszami Jana P. Grabowskiego. Bo, jak sądzę, niejednemu czytelnikowi spotkanie z tą poezją pozwoli odkryć klucz do innego świata, gdzie wiele rzeczy, chociaż niepojętych i może czasem wciąż nie do przyjęcia, nabiera jednak sensu. Poeta, bowiem ukazuje, w których miejscach jest dostrzegalne to Inne, które może sycić, może dawać nadzieję. Jego poezja na te przejawy nas uwrażliwia, wystarczy tylko pochylić się nad jednym, drugim, trzecim i kolejnym wierszem. I choć Grabowski ma niejednokrotnie tylko przeczucie, to jednak, i tego wydaje się, że możemy być pewni, jest w nim przeogromne pragnienie owej światłości. Warto zauważyć, że w pierwszym tomie poetyckim Dotknięcie mroku, wydanym w 1981 r. przez Gorzowskie Towarzystwo Kultury, nie ma tak silnego poszukiwania, nawet przeczucia, nadziei na światło:

 

Obudzony w mrok patrzę

patrzy na mnie mój cień

……………………………

Moja ucieczka i powrót

W miejscu nieoznaczonym.

 

(Patrzy na mnie mój cień)[2]

 

Przemiana dokonuje się w kolejnych tomach – i po doświadczeniach mroku przychodzi czas na inną perspektywę. Teraz chyba już wie, że jest ona dla niego jedyną, która niesie nadzieję – bo ów „zielony promień”, który choć w mroku jeszcze, to jednak jest czymś pewnym i trwałym, ze skały płynącym:

 

To Ty sprawiasz,

że ten niepewny kontynent

moich tutaj dni staje się realnością.

I jeśli nie zabłądziłem

to właśnie przez tę światłość, co błyszczy

jak zielony promień na skalnym stoku ciemności

wśród ludzi niepewnych i rzeczy nietrwałych.

 

(Przez chwilę)[3]

 

Głos poety nawołuje nas więc do drogi niczym srebrne trąby Mojżesza, które nakazał zrobić Pan: „Uczyń sobie dwie trąby srebrne, kute, abyś mógł zwoływać lud” (Num. 10,2), a także, by mógł chronić swój lud od nieprzyjaciół (Num. 10,9) i ich dźwiękiem przypominać o swojej Obecności (Num. 10,10). Grabowski dziś przybywa do nas ze Srebrnym adagio – by w bardzo wolnym tempie, dzięki nierzadko płynnej frazie zdania, niespiesznie, prowadzić nas, do nowego odkrycia świata, w całej pełni – z ciemnością i codziennością, ale też i z Jasnością, i niezwykłościami, jakie czekają, ukryte choćby w każdej porze roku.

Tom poezji Srebrne adagio, będący podsumowaniem 25 lat pracy twórczej poety, jest więc świadectwem tego zapraszania czytelników „na drugą stronę ciemności”, który dokonywał się w tomach: Łaska widzenia (poezje z lat 1986–1987), Jak szelest jedwabiu (poezje z lat 1988–1990), Urodzaj światła (poezje  z lat 1991–1992), Szkarłat i błękit (poezje z lat 1993–1994), Kolor chryzoprazu (poezje z lat 1995–1996), Chwile uważności (poezje z 1997 r.), Slow-fox w chamois (poezje z lat 1998–1999), Sonata obojowa (poezje z lat 2000–2002), Pogodna rezygnacja (poezje z lat 2003–2004), Pas Wenus (poezje z 2005 r.). Nowy wybór poezji daje możliwość uczynienia tego już podczas jednej lektury, już dziś.

 

Dałeś mi wzrok,

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na drugą stronę ciemności… Tam,

gdzie istnieje wciąż nie odkryty i

stąd niewidzialny świat niebiańskich łąk.

 

(Łaska widzenia)

 

Jan P. Grabowski w tej podróży prowadzi czytelnika, przez różne bramy. Najważniejszą z nich wydaje się stanowić przyroda, rytm natury, a także cierpienie.

 

Brama natury

Piszę brama, ale natura, przyroda jest miejscem, w którym Grabowski czuje się najbardziej zadomowiony. Bo to w niej, a nie w hałasie świata odnalazł swoje miejsce, w którym czuje się bezpieczny i szczęśliwy – nasycony. Przyroda staje się dla Grabowskiego ocaleniem:

 

Więc jeszcze jeden poranek.

Jeszcze jedna nadzieja i

ocalenie przed nocą, która jest…

wokół. Słyszę wiec ptaki ukryte

w rozkwitających drzewach i

nadpływające obłoki zieleni.

 

(Niezmienność

 

Jest też przyroda w obliczu zmienności świata ze swą powtarzalnością pór roku i kolejnych zachodów i wschodów czymś, co stanowi przeciwwagę wobec zmienności, przemijalności:

 

To, co mnie tu otacza,

jest  niepokojące i bardziej nietrwałe

niż ten poranny deszcz.

 

(Tam… gdzie wyspa Ibiza)

 

Bo natura jest trwalsza od ludzi – gdy poeta chodzi śladami swojego dzieciństwa okazuje się, że pozostały wspomnienia i ogrody, woń kwiatów:

 

I my w nim na tych kilka chwil życia. I jeszcze

ta cisza pełna woni rozwijających się kwiatów.

 

(Kresy wschodnie

 

Grabowski jednak wie, że sama przyroda nie jest zdolna do refleksji. Ona może być jedynie źródłem autorefleksji – bo to dzięki niej człowiek może uświadomić sobie miejsce w świecie, jest miejscem objawienia się sacrum.

 

To znaczy milczę ja – i milczysz Ty. Bo czyż słów

trzeba by dostrzegać, widzieć Ciebie

we wszelkim stworzeniu świata tego?

(…)

Ten ptak – zięba to już? –

Jest znakiem od Ciebie. Jakbyś mówił mi:

Słuchaj, obserwuj, patrz a dowiesz się

i uwierzysz. Bo nie trzeba słów by wierzyć.

 

(Chciałbym znowu porozmawiać…)

 

Brama krzyża

Jest jeszcze przynajmniej jedna brama, przez którą prowadzi nas gdański poeta – brama krzyża, cierpienia. Grabowski czerpie tu z własnych doświadczeń, rzeczy, z którymi zmaga się przez kolejne wiersze zbioru – aby od „braku pogodzenia” przejść do akceptacji, a przynajmniej do jej próby. Owo siłowanie się z własnym cierpieniem czy urazami płynącymi z codzienności, ukazuje sens podejmowania trudu i codziennego zmagania.

 

Panie, a zatem ma być ze mną właśnie tak, jak jest?

Już nie inaczej? Bo taką wyznaczyłeś mi drogę?

Bo takie – nie inne? – miejsce mi wyznaczyłeś.

I odtąd już tylko pogodą będę musiał się pocieszać?

(…)

Kiedyś zapewne – jak wszyscy – i ja dotrę także

 do Ciebie. I jeśli mógłbym wybierać to – jeżeli

pozwolisz, Panie – chciałbym tu pozostać jako

pogodny – nad jeziorem – jeden, chociaż dzień.

 

(Panie, a zatem…)

 

Uważam, że tom Jana P. Grabowskiego jest znakomitym świadectwem 25–letniej pracy poety, co najważniejsze jednak jest zbiorem wierszy, który, jeśli tylko czytelnik zechce, poprowadzi w niezwykłą podróż, która na długo pozostanie w jego pamięci, a może i wpłynie na bieg jego życia. Bo każde spotkanie ze Światłem, Jasnością przybliża do tego, co transcendentne, pozostawia jakiś ślad.

 

 Niemal wszyscy gdzieś przemykają w pędzących

samochodach. Gdzież jadą? I dlaczego aż tak szybko?

Co – lub kogo – chcą dogonić? Stracony czas?

 

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć.

Bo dokąd i, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolną stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

 

(Nareszcie tyle wokół światła)

 

Grabowski wydaje się więc przekonywać czytelnika, że wszystko nieodwracalnie przemija – jeśli skupimy się na tym wszystkim – przepadniemy. Poeta uchyla przed nami tajemnicę i blask Jasności – daje znak na wieczne Tam.

Nie bójmy się więc podjąć wyzwania, ponieważ podróż, którą odbędziemy, dzieje się w nas. Grabowski umożliwia nam nowy wymiar wędrówki, a więc poznanie sacrum i chyba to co najważniejsze – samopoznanie.

Ponadto forma jego wierszy współgra z jej metafizycznym charakterem. Jest to bowiem poezja kunsztowna, ale mocno zakorzeniona w rytmie natury i w „życiu prawdziwym”, którego nieodłącznym elementem jest cierpienie.

Wstąpmy więc w świat poezji Jana P. Grabowskiego, bo odkrywa on przed nami nowe obszary naszego poznania.

 

Anna Czaja i Anna Makowska, Niezwykła podróż, która na długo pozostanie w pamięci czytelnika, a może i wpłynie na bieg jego życia, czyli opinia na temat tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Wybór poezji.  Gorzów Wielkopolski, 27 listopada 2005 r.

 

[1] Wyjaśnienie wyrazu srebrny formułuję w oparciu o: W. Kopaliński: Słownik Symboli, Warszawa 1990, s. 401–402 (Srebro może symbolizować sprawiedliwość, radość, pokój, zwycięstwo, czystość, niewinność, dziewictwo, czyste sumienie, wierność, szczęście Słowo Pańskie, miłosierdzie, ale też i starość siwiznę; Srebro – mowa zwłaszcza mowa człowieka rzetelnego, zacnego, „srebrem wybornym jest język sprawiedliwego” (Ks. Przypowieści 10,20). Przysłowie „mowa jest srebrem, milczenie złotem”. Pan do Mojżesza – „Uczyń sobie dwie trąby srebrne, kute, abyś mógł zwoływać lud” (Num. 10,2); Znaczenie wyrazu adagio podaję za Uniwersalnym Słownikiem Języka Polskiego, red. S. Dubisz, Warszawa 2003, s. 11 (adagio – muz. tempo powolne, wolniejsze niż andante, szybsze niż largo, w balecie klasycznym: liryczny taniec solistki z partnerem w powolnym tempie).

 [2] J. P. Grabowski, Dotknięcie mroku, Gorzów Wlkp. 1981 r., s. 14, dalej DM.

[3] Ten i kolejne cytowane przeze mnie utwory Jana P. Grabowskiego pochodzą z wyboru Srebrne adagio. Wybór poezji.