POD KSIĘŻYCEM ŻNIWIARZY

Wiersze nowe
Data wydania: 2020

„Jan P. Grabowski należy do tych poetów, których Jerzy Liebert w wierszu nomen-omen Poeci (ze zbioru Kołysanka jodłowa) scharakteryzował słowami: »ocieram się o wieczność jak o domu mojego ścianę«”. 

Prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak, fragment opinii Poeta „na brzegu ciemniejącej zatoki”, Toruń, 2 czerwca 2018 r.

 

POD KSIĘŻYCEM ŻNIWIARZY

Wiersze nowe

Gdańsk, 2020 r., 46 wierszy, ss. 84

(Internetowe wydanie tomiku, osobiście dokonane przez autora)

 

Na pierwszej stronie okładki wykorzystano

obraz przedstawiciela tonalizmu w malarstwie

 Georga Innessa (1825-1894)

Peace and Plenty (1865)

 

Na czwartej stronie okładki wykorzystano zdjęcie z archiwum autora.

Zdjęcie zostało wykonane 15 czerwca 2017 r., w Parku Oruńskim.

 

 

 

Zrealizowano ze środków Miasta Gdańska

w ramach Stypendium Kulturalnego

 

 

Zawartość: Czyż może być piękniej, 2015 r.; I światłem porannym oddychaj. Oddychaj, 2015 r.; Akwarelowy Gdańsk, 2015 r.; Leśne kąpiele, 2015 r.; Jesienne osty, 2015 r.; Pod Niebieskim Księżycem, 2015 r.; „W chłodnej powodzi gwiazd”, 2015 r.; Biel odeszła, 2016 r.; Przed szarością – przed nicością – sopranami się bronię, 2016 r.; Przed snem, 2016 r.; „Cicho. Cicho, wiatr ustał”, 2016 r.; „Łącząca ich więź była lotniejsza od powietrza”, 2016 r.; Marzec jest jak choroba, 2016 r.; Pokój, 2016 r.; Czarność, 2016 r.; Dnieje, 2016 r., Obrazek z Jarmarku Dominikańskiego A. D. 2016, 2016 r.; Nie rozsmakowałem się w tym roku w czereśniach, 2016 r.; Te gwiazdy obok siebie, malutkie, 2016 r.; Pod Księżycem Żniwiarzy, 2016 r.; Bielą jak opłatek…, 2016 r.; Pewnego wieczoru, wyglądając zórz polarnych listopada, 2016 r.; A ja wolę…, 2016 r.; „Transcendentna skłonność do rzeczy bezużytecznych”, 2016 r.; Tam, gdzie mieszkam, na niebie…, 2017 r.; Na Gromnicznej, 2017 r.; Jak żagiel pchany wiatrem do domu wracam, 2017 r.; Coraz bardziej pogrążam się w smutku, 2017 r.; „Nie mam czasu”, 2017 r.; Panczeny, 2017 r.; Piskorze, 2017 r.; W jaśminowym ogrodzie, 2017 r.; Lubię biel. Jaśminową biel, 2017 r.; Ściernisko, 2017 r.; Dyptyk atramentowy, część pierwsza pt. Kunszt wiersza, 2017 r.; Dyptyk atramentowy, część druga pt. Rękopiśmienny wiersz, 2017 r.; Jak na obrazach Vermeera: ciche, prywatne życie, 2017 r.; „Srebrzaki”, 2017 r.; Skrawek nieba, 2017 r.; Dyptyk kresowy, część pierwsza pt. Kufer, 2018 r.; Dyptyk kresowy, część druga pt. Lato 1936, Cumań, 2018 r.; Na Wielki Post koncert Cappelli Gedanensis, 2018 r.; Pragnienie, 2018 r.; O, jest taka jabłonka po wschodniej ogrodu stronie, 2018 r.; Leszczynowe orzechy, 2018 r. Wybłękitniały świat, 2018 r.

 

I ŚWIATŁEM PORANNYM

ODDYCHAJ. ODDYCHAJ

 

Coraz wcześniej wstaję:

kiedy Słońce – pytam – i do mojego okna zajrzy?

Już się nie mogę doczekać.

Zawsze gdzieś tak w połowie marca

Słońce mnie budziło.

Albo ja wstawałem na długo przed wschodem.

 

„A, już na mnie czekasz?”.

Słońce jakby się dziwiło, w oknie mnie widząc.

„Co tam jeszcze robisz w domu,

przynajmniej ty wyjdź mi naprzeciw.

Inni jeszcze śpią albo gdzieś pędzą,

na mnie nie zważając. No, chodźże!

Zdążysz, ja cię opromienię. I będziesz

znowu moim blaskiem świecił.

Albo przynajmniej się uśmiechał. No, chodź!”.

 

Czym prędzej zatem wychodzę.

Spotykam biegaczy,

którzy bieżą nie w tę, co trzeba stronę.

Ja na skraj chełmskiego wzgórza śpieszę.

 

Gdzieś w dole cały pośpiech tego świata.

„Tak ci śpieszno na niebo,

że nie nadążę za tobą” – mówię.

„Zostań więc, gdzie jesteś.

I światłem porannym oddychaj. Oddychaj”.

 

2015 r.

 

 

POD NIEBIESKIM KSIĘŻYCEM

 

Rozmawiamy z przyjacielem pod jabłonką-papierówką.

Godzinę jedną, drugą, trzecią, godzinę następną rozmawiamy.

Przyjaciel jest po zawale. („On? Zawał? Taki szczupły,

wysportowany, zawsze dbający o dietę?”. „A jednak zawał”).

 

„W końcu i mnie musiało coś się stać. Jak to w starym,

chociaż luksusowym samochodzie” – opowiada, co go spotkało.

„Trochę mnie wyremontują i znowu będę na chodzie” – dodaje.

A tymczasem – gdy tak rozmawiamy – wokół trwa lipiec jesiennie.

 

Wtem, cóż to? Czyżby jedna z papierówek: ta jedna

z największych, ta z najwyższych gałęzi, ta niedostępna,

zamiast w końcu spaść – uniosła się w niebo? Ależ nie,

to przecież w środku dnia… widać niebieską pełnię Księżyca.

 

Doprawdy, cuda dzieją się wokół nas i na niebie.

Czy ktokolwiek dostrzeże tę niebieską, tę drugą, już w tym

miesiącu pełnię Księżyca? I nie dziwi się, że to sam

środek lata a pogoda jakby pod późną, deszczową, jesień?

 

Zapewne od sinych chmur, od zimnych, lipcowych deszczy

ten Księżyc taki „niebieski”. Ściemnia się, będzie ulewa.

„Spróbuj Jan – prosi przyjaciel – jakoś tę papierówkę

strząsnąć lub zerwać, zanim ją szpaki wypatrzą, rozdziobią”.

 

Trzęsę zatem ze wszystkich sił, na jakie mnie stać, raz i

jeszcze raz. Papierówka jednak „się trzyma”. Wolałbym –

jak to za dawnych czasów bywało – wspiąć się na drzewo.

I może zamiast papierówki zerwałbym ten Księżyc niebieski?

 

Papierówka w końcu wprost w ręce przyjaciela spada.

Patrzę, Księżyc zniknął. Zasłoniły go chmury? A może…

Papierówka złotawa, ale i w tym świetle dnia niebieskawa.

Niech ją przyjaciel sobie zatrzyma jako dar stamtąd, z nieba. 

 

2015 r.

 

 

Motto:

 

„Włożywszy najlepszą koszulę i kurtkę,

wyruszył w stronę Toltu

w chłodnej powodzi gwiazd”.

 

Michael Crummey Dostatek

 

„Za cegły, kamienie uważam stadko

Żałosnych sąsiadów; lecę do ciebie”.

 

Robert Browning Prolog

 

 

„W CHŁODNEJ POWODZI GWIAZD”

 

Chciałbym za oknem drzewa mieć.

Całą gąszcz liści. Wśród nich

śpiewające ptaki. I żeby jeszcze

niebo widoczne było. I abym go tyle miał,

ile zechcę, bez murów i ograniczeń.

I żebym widział jak Słońce,

po nieboskłonie swobodnie się przechadza.

 

I chciałbym, aby Księżyc,

od czasu do czasu mnie odwiedzał.

Żebym nie musiał go w szczelinach szukać,

gdzieś między murami.

I żebym mógł położyć się na ławce w ogrodzie

i gwiazdy obserwować:

jak Księżyc, krótko po wschodzie,

odsłania Aldebarana:

jasną, czerwoną gwiazdę z gwiazdozbioru Byka,

A również i Deneb

z Wielkiego Trójkąta Letniego, a także i Perseidy.

 

Chciałbym za miastem mieszkać.

Z dala od hałasu, zamętu

i bezustannego ujadania i wycia psów na balkonach.

Sąsiada chciałbym mieć na odległość wzroku

albo i dalej, na horyzoncie. Sąsiadem dla mnie ten,

z którym bez ograniczeń, w modlitwie, mogę rozmawiać.

 

Chciałbym na własność jezioro mieć

albo tylko dzierżawić.

Niechby prawie nikt o nim nie wiedział.

Wiadomo, jak to jest z wędkarzami.

Codziennie chciałbym obejść je dookoła

albo i – latem – przepłynąć.

Lub siąść gdzieś na brzegu i patrzeć

jak nocą jedna za drugą gwiazda z jeziora w niebo… spada.

 

Te moje życzenia, pragnienia składam

sam już nie wiem, do kogo.

Wiele się dzieje poza mną, jeszcze częściej

jakby mnie w ogóle nie było.

 

Ktoś nie pytając mnie o zgodę,

za oknem mur mi stawia, zamyka niebo.

Ktoś inny nie pytając mnie o zdanie,

„podejmuje czynności” i zamiast parku…

market stawia, który „parkiem” zwie.

Jedziesz przez miasto. I co widzisz?

Jeden za drugim, z betonu, nowy „park”.

 

A ja chciałbym tylko dla siebie

otwarte niebo mieć. Żadnych murów,

żadnych sąsiadów zaglądających

mi do mieszkania. Kto mi taki zgotował los,

że sąsiad wie, co jem i o czym rozmawiam?

 

2015 r.

 

 

„ŁĄCZĄCA ICH WIĘŹ

BYŁA ULOTNIEJSZA OD POWIETRZA”

Albo: Czytając opowiadania Patricii Highsmith

 

Marzec. Pogoda jak zły sen: ciemno,

szaro i ponuro. Od miesiąca nawet

skrawka Słońca. Nie wiadomo także,

co się dzieje na wieczornym niebie.

 

Kiedy te dni jak zły sen się skończą?

Kiedy powieje łagodniejszy wiatr

i będzie można odetchnąć słoneczną

przestrzenią? Czy kiedyś to nastąpi?

 

Oto opowiadania Patricii Highsmith

rozświetlające te dni. Już robi się

jasno od samych tytułów. Bo czyż

Poranki nieskończonych możliwości

 

to nie piękny tytuł? To jest historia

więzi – niespodziewanej – bardzo

samotnych osób: 32-letniego Aarona

Bentleya i 10-letniej Freyi Wolstnom.

 

Akcja dzieje się gdzieś w „zaszytym

w zieleni” miasteczku Clement u

podnóża „zielononiebieskich gór”.

No i jeszcze te poranki. Gdy Aaron

 

„Pospieszył do okna i opierając się

na parapecie, spojrzał poprzez zieleń

na ociężałe słońce, które posuwało

się do góry w drgającym powietrzu”.

 

Zapomnienie o marnej pogodzie oraz

ucieczka przed „nieskończoną pustką’

marcowych, bezsłonecznych, zimnych

dni: opowiadania Patricii Highsmith.

 

2016 r.

 

 

CZARNOŚĆ

 

Zażółciły się forsycje, rozbieliły głogi.

Także wszystkie trawy stroją się w zielone.

Chmury od świtu do zmierzchu… szarzą się,

niekiedy – jak to w kwietniu – biały grad pada.

 

No i wieje: przeważnie ostry wiatr z północy.

Jeżeli przypisać mu jakąś barwę to może by siną?

Jak bowiem słowami, barwami, oddać wiatru

ostrość i ziąb bardziej przenikliwy aniżeli w zimie?

 

Tymczasem chociaż to już od miesiąca wiosna,

ludzie w czerń, prawie wyłącznie w czerń się stroją.

Ja pomijam tu czapy i chomąta wokół szyj kręcone,

A również… gołe kostki stóp na ten chłód stawione. 

 

Skąd ta czerń, wręcz czarność, w ubiorach się bierze?

Skąd ta dominanta czarności. Gdzie byś nie spojrzał –

co stworzone ręką ludzką to – czarne. Czyż nie starczy

tej czarności co – niewidoczna  – czyha gdzieś za niebem?

 

2016 r.

 

 

OBRAZEK Z JARMARKU DOMINIKAŃSKIEGO

ANNO DOMINI 2016

 

Harmider. Harmider i tłok wokół krzykliwych

towarów, wyrobów „made in China”, zgromadzonych

w nieprzebranych ilościach. Przedzierając się przez

tłum i uważając by cię nie okradli, zastanawiasz się, czy:

 

jeśli już i lodowe wino potrafią wyprodukować

Chiny, to i czy te wszystkie starocie nie są również

„mejd in czajna”? I po co komu aż tyle staroci?

Aż tyle nikomu i do niczego niepotrzebnych rzeczy?

 

Oto dwie warszawianki zachwycają się filiżanką.

„O, bez uszka!” – dostrzega jedna z nich mankament.

znaleziska. „Ale jest prześliczna” – druga się jednak

zachwyca. „Opuszczę no, 50, i za 450 będzie do wzięcia” –

 

namawia usilnie warszawianki, właściciel kulawej

filiżanki. „Mój Boże” – słychać tuż obok głośny szept

starszej, miejscowej, dystyngowanej pani – „przecież

450 to będzie jedna trzecia mojej miesięcznej emeryturki”.

 

„A więc 400 euro i filiżanka jest do wzięcia” – nieco

zniża cenę właściciel kolorowej skorupki, która kiedyś

była filiżanką. Ale starsza pani już tego „euro” nie słyszy.

Czego – niewiele młodsza? – szuka wśród tych staroci.

 

2016 r.

 

 

TE GWIAZDY OBOK SIEBIE, MALUTKIE

 

Te dwie gwiazdy obok siebie,

malutkie, co się „ciągłym” blaskiem palą,

to nie gwiazdy, to planety.

Gwiazdy do nas – noc w noc – mrugają.

 

Ponad wodą jeziora patrzyłem,

na koniunkcję Jowisza i Wenus. Ponowna

zdarzy się za lat – zgoła – pięćdziesiąt,

gdy ani mnie, ani ciebie już wtedy nie będzie.

 

Pozostanie tylko jezioro, niebo

ponad nim i „mrugające” gwiazdy. Czasami

jakaś do jeziora wpadnie. Być może

smak wody od takich niebiańskich okruchów.

 

Patrzyłem jak noc, jak to w sierpniu,

już szybko zapada. Gdzie ty wtedy, w tę noc,

byłeś? Na co, na kogo – czy na Wenus,

na Jowisza w koniunkcji – także patrzyłeś.

 

A te o koniunkcji słowa tak długo

będą trwały, dopóki będziesz je czytać.

Jezioro i tak wieczne pozostanie.

I niebo, i planety także ponad nim wieczne.

 

2016 r.

 

 

BIELĄ JAK OPŁATEK…

 

Otarłszy pot z czoła, organista opłatek

już od progu podaje: „Tyle dzisiaj domów,

tyle mieszkań musiałem odwiedzić” – mówi i

zaproszony do stołowego wchodzi. Siada

 

przy stole nakrytym na biało. Na białym

obrusie biały opłatek. Jakbyśmy przewidzieli,

że w ten wieczór nas organista odwiedzi.

Podaję, jak chce – utrudzonemu – wodę.

 

Rozmawiamy – gdy już pragnienie ugasił –

o tym, co się stało od ostatniego spotkania.

O tym, co zdarzyło się przez ostatni rok i

przez te dni od sumy w ostatnią niedzielę.

 

A mamy o czym rozmawiać. Zaraz po tym,

gdy organista wychodzi, zaczyna padać

– jeszcze nieśmiało – pierwszy śnieg. Bielą

 jak opłatek w ten wieczór sypnęło z nieba.

 

2016 r.

 

PEWNEGO WIECZORU,

WYGLĄDAJĄC ZÓRZ POLARNYCH LISTOPADA

 

Listopad pięknie się i w tym roku przytrafił.

Ach, te błyski, te światła, te zorze na niebie.

Zdjąłbyś z siebie co cieplejsze i w marynarce, 

w samej koszuli, jest tak ciepło – podziwiłabyś

 

te cuda na niebie. I wśród ludzi, którzy jakby

nagle przestali się gdzieś śpieszyć. Ale i oni

nie popatrują, i w ten dzień, w niebo. W ich oku

jakaś – jak to w listopadzie – nieodgadniona dal.

 

Zapewne jest to jesienna melancholia, a także

oczekiwanie nie wiadomo na co. Tacy bowiem

jesteśmy: czekamy albo bezustannie o czymś

rozmawiamy. I byle tylko nasze było na wierzchu.

 

Idziemy rozświetloną listopadowymi światłami

Piwną. Naszym celem jest nowa restauracyjka na

Chlebnickiej, tuż przy Motławie. Bo jest to filia

restauracji z Wrzeszcza, gdzie smacznie menu mają.

 

Zamawiamy zatem  – imieninowo – to co najlepsze.

A więc zupa rybna, barani comber na drugie. Jest

to „specjalność firmy”. Do combra czerwone „wino

domowe” pijemy. I jeszcze deser. Herbata. Kawa.

 

W restauracyjce siedzimy tylko my sami. I kiedy

już niepóźną porą wychodzimy: na Chlebnickiej,

na Piwnej, na Długiej – wszędzie pustki. Idziemy,

co rusz wyglądając zapowiadanych zórz polarnych.

 

Lecz cóż to, czyżby wszyscy za miasto wybiegli,

wypatrywać świateł na niebie? Wtem blask nas

z jednego, drugiego okna zatrzymał: to w „zorze

polarne”… telewizorów wszyscy byli wpatrzeni.

 

2016 r.

 

 

A JA WOLĘ…

 

Namawiają mnie, bym Bobkowskiego czytał.

Lekturę Nadberezyńców podsuwają. Co rusz ślą

swoje wiersze, opowiadania, powieści. A ja wolę

św. Anzelma z Canterbury, św. Augustyna, Szestowa… 

 

A ja wolę listopada, w Słońcu, południe.

Pogoda jakby się listopad z październikiem

zamienił. Gdybyś się dobrze rozejrzał, ujrzałbyś

„babie lato”, albo doczekał zórz na północnym niebie.

 

A ja wolę miasto za sobą zostawić. Spiętrzone domy

i książek tomy. Wolę księgą – niepoznaną – listopada

szeroko w błękit roztworzyć. Chciałbym wtedy usłyszeć

szelest światła jak się na wszystkim, co widoczne, kładzie.

 

2016 r.

 

 

„TRANSCENDENTNA SKŁONNOŚĆ

DO RZECZY BEZUŻYTECZNYCH”

 

Albo: Kilka refleksji na marginesie lektury

Poezji myślenia George’a Steinera

 

Pisanie wierszy, czyli „transcendentna skłonność

do rzeczy bezużytecznych”. Pisać wiersze: czyli

„słać sygnały do nieskończoności”. Albo jednak do

„zindywidualizowanej reszty świata”? Czyli do… ciebie?

 

Teraz przecież prawie wszyscy wiersze piszą.

Nikt za to nie czyta. Tak ponoć i było w XIX wieku.

No, ale z naszych ostał się chociażby Mickiewicz.

I całe grono poetów dla filologów już jedynie znanych.

 

Napisać wiersz, prosty, zrozumiały: taki, który by

wszystkich uwiódł i zadziwił. Może być z kropkami.

To nieprawda, że bez kropek i wiersz jeszcze bardziej

„wolny” się staje. Ale cóż po kropkach. Ważna myśl. I tyle.

 

A poza tym któż teraz uwagę zawraca na

„muzykę poezji”? Na wiersza: rytm, frazę, kadencję,

dźwięczność, intonację i miarę? O, ja znam

takich majstrów w układaniu wierszy z myśli oraz uczuć.

 

2016 r.

 

TAM, GDZIE MIESZKAM, NA NIEBIE…

 

Tam, gdzie mieszkam, na niebie jak gwieździsty

szafir, pięknie Wenus świeci. Wieczorem

nie pobłądzę. Kto ją tam zawiesił? Abym mógł

odnaleźć drogę. Zmierzchem i wieczorem

z domu nie wychodzę. Chyba, że kiedy śnieg spadnie.

 

Miasto: niebo z każdej strony bloki zasłaniają.

Zupełnie jakbym w ciemnej klatce siedział.

Któregoś dnia, za miastem. Wracamy właśnie

samochodem z niedalekiej podróży. Proszę:

„Przystańmy, wysiądźmy, na niebo popatrzmy”.

 

Oto szafirowe, zimowe niebo aż po najdalsze

krańce horyzontu. (Księżyc w nowiu się skrywa).

Więc to tak? Więc aż tyle światła i tylko dla nas.

Wyciągam dłonie w niebo. Mogę zatem i ja zagrać

„na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach”?

 

Ileż tego grania, ileż ręce można wyciągać

do nieba? I tak Nikt nie usłyszy. Lecz cóż to.

Ręce mam jakby w gwiaździstym, w szafirowym

pyle. A może tylko od mrozu mi zmarzły. „Jedźmy

już” – żona od kierownicy zawoła. Zamykam drzwi.

 

Jedziemy. Wenus nas podniebna do miasta

z powrotem prowadzi. Kładę dłoń na dłoni żony.

„Przemarzłeś” – mówi. – „Podaj dłoń, spróbuję

cię rozgrzać”. Zanurzam dłoń w jej dłoni. Czyż może

być więcej czułości niż w złożonych dłoniach?

 

2017 r.

 

 

Marcinowi L.

 

PANCZENY

 

Z daleka przyjaciel do mnie zadzwonił. Od dawna

nie dzwonił. W słuchawce dziwny dźwięk się rozległ.

Jakby brak zasięgu, albo niby ktoś szedł po lodzie.

Lód bowiem potrafi „śpiewać”, gdy się po nim idzie.

 

„Pojechałem odwiedzić rodzinę, jest piękny wieczór,

więc się przejść musiałem. Idę właśnie po lodzie” –

słyszałem przyjaciela i jak mu lód pod nogami śpiewa.

W tej samej chwili wróciły do mnie sprzed lat obrazy:

 

Po Nogacie wyprawy na łyżwy albo wszędzie tam,

gdzie zamarzł staw, rzeka, jezioro. Tam, gdzie woda

„stanęła lodem”. I gdzie się swobodnie „rozpędzałem”.

(Przedtem sprawdziwszy czy gdzieś nie ma przerębli).

 

Panczeny. Czy jest coś wspanialszego, niż gnać po

Nogacie i słuchać, jak pod łyżwami lód to „wzdycha”,

to „śpiewa”? Lód im grubszy, tym ciężej „wzdycha”.

Najpiękniej „śpiewa” ten, co… „na łokieć jest gruby”.

 

Pewnego razu, pod wieczór, gdy z łyżew wracałem,

do przerębli wpadłem. Miałże to być mój „śpiew ostatni”?

(Uratowały mnie wtedy: długie ostrza łyżew, srebrna

bransoleta zegarka i… łokieć, na którym się wsparłem).

 

Potem panczeny komuś sprzedałem. Kiedyś, w lipcu,

– gdy szedłem na pierwszą randkę z przyszłą żoną –

kupiłem hokejówki. To był taki czas, że kupowało się

co jest. Zaszedłem do sklepu był akurat mój rozmiar.

 

Cóż, kupiłem. W środku lata na randkę z łyżwami

szedłem. W lipcu? Z łyżwami? Tylko poeta idzie.

Trzymam i wkładam czasem te z randki hokejówki.

Ale przecież na lodowisku sztuczny lód nie „śpiewa”.

 

2017 r.

 

 

PISKORZE

Albo: „Przyczynek do zrozumienia wierszy”

 

Wiję się jak piskorz, gdy mi znowu ktoś

swoje wiersze do lektury, do oceny przysyła lub kładzie.

„Przeczytaj, napisz coś (»napisz dobrze« – czytaj),

zamieść chociażby w tych twoich »zapiskach, wspomnieniach«”.

 

Oto tomik w 100 egzemplarzach wydany, 23 wiersze.

Jakieś rozmazane maźnięcia, pacnięcia, to ma być grafika?

Mija niespełna godzina i ja już po lekturze jestem.

Na końcu jeszcze jest… „przyczynek do zrozumienia wierszy”…

 

uczonej osoby. Nie czytam. Dlaczego ktoś mi ma

tłumaczyć, jak czyjeś wiersze czytać, aby je zrozumieć?

Wolę – zamiast roztrząsać co w nich jest, a czego

nie ma – do owego tu … piskorza z pierwszego wersa wrócić.

 

Oto późną wiosną z ojcem nad powolną rzeczkę na

piskorze idziemy. Jest chłodno, lecz słonecznie, nad polami

już dziędzieją skowronki. Ojciec do rzeczki wchodzi.

podwija nogawki spodni i tuż obok tataraku – z cicha – brodzi.

 

Co rusz wyławia rozespane piskorze i obok mnie rzuca.

Wprost na świeżo zbronowaną po zasiewach ziemię.

Piskorze popiskują i unurzane w pyle wiją się jak… błyskawice.

„Zbieraj je, zbieraj” – wesoło do mnie ojciec pokrzykuje.

 

Na obiad są zatem piskorze w śmietanie smażone.

Wprost wyborne w smaku (ktoś inny mógłby napisać,

że piskorze… „pysznie” smakowały). Czy teraz ktoś wie

co to, jakie są piskorze. I czy potrafiłby je – jak mój ojciec –

 

wprost z jakiejś rzeczki gołymi rękami wybierać?

Sam nie wiem, dlaczego – wspominając – zacząłem tych

kilka zdań o piskorzach pisać. Czy do ich zrozumienia

także będzie konieczny jakiś „przyczynek”? I to uczonej osoby?

 

2017 r.

 

 

Matce

 

W JAŚMINOWYM OGRODZIE

 

„Pamiętasz jaśminy?” –

matka mnie pyta…

Ja – bo – jaśminy niemal u

wezgłowia miałem.

 

W ogrodzie tuż za oknem,

tym od północy, rosły.

Zasypiałem w ich jaśminowym zapachu.

W białym blasku – rozespany – budziłem.

 

„Nie, nie zamykaj okna” –

przed snem do matki mówiłem,

gdy próbowała blask Księżyca

przyciąć okiennicą.

 

Wiedziałem, że siatka w oknie

chrabąszcze i ćmy scedzi,

zapachy nocy przepuści. Księżyc?

O, na niego nie było sposobu.

 

A teraz, cóż: pozostała nam tylko

o jaśminowym ogrodzie rozmowa.

Dopóki będziesz żyć, wiem,

że ten ogród gdzieś tu jest na pewno.

 

A potem – „A potem” –

często powtarzasz – to już bez wątpienia

będzie tylko przeszłość.

 

I – twoje, moje – oczekiwanie,

że się kiedyś w jaśminowym ogrodzie

z pewnością spotkamy.

 

2017 r.

 

 

Motto:

 

„Zgodnie z najnowszymi ustaleniami nauki

kolor w ogóle nie istnieje,

bo to, co widzimy, jest wytworem naszych oczu.

To wszystko doprowadziło mnie do prostej konstatacji.

Światło jest widzialną formą energii.

Każdy kolor ma swoją częstotliwość,

wywołuje w człowieku określone stany,

które nazywamy emocjami, a one przenoszą się na sztukę:

fotografię, malarstwo, film”.

 

Vttorio Storaro 

 

 

LUBIĘ BIEL. JAŚMINOWĄ BIEL

 

Lubię biel. Amarant też lubię.

W takim właśnie zestawie. Lubię biel jaśminową.

Biel kwiatów z matczynego ogrodu.

A także biel kwitnących drzew na Poznańskiej.

Biel jest jak opłatek, jak śnieg,

co spadł przed chwilą, jak biała kartka,

na której – napisane – wszystko się może wydarzyć.

 

Amarant to kolor… „ułański”,

lecz nikt go dokładnie nie potrafi określić.

Jest to kolor ciemnej czerwieni,

która w fiolet przechodzi. Albo różowoczerwony,

także z odcieniem fioletu. A więc amarant,

to kolor… fuksji, ale też „biskupi”,

a nawet, purpurowy, cyklamenowy, szkarłatny…

 

Zatem biel. Ponad wszystko biel.

A z wiosną kolor… chryzoprazu. Albo –

jak kto woli – kolor ciemnojabłkowozielony…

A jednak wszystko to, co widzimy jest

naszych oczu wytworem. Wszystko. Nawet

ty i ja – nawzajem – dla siebie. A także i niebo

pod którym stoimy i mieniąca się w szafirach zatoka.

 

2017 r.

 

 

JAK NA OBRAZACH VERMEERA:

CICHE, PRYWATNE ŻYCIE

 

Otwieram drzwi samochodu w Sopocie, o świcie…

(Jeszcze wtedy nie wiem, że zaledwie na kilka

godzin drzwi wiosny otwieram). Bo za parę dni

i śnieg, mroźny wiatr z północy przyniesie.

 

Tymczasem cieszę się ptaszym i zielonym świtem.

Ciszą i spokojem. Słowem: niewiarygodna,

techniczna – jak na obrazach Vermeera – maestria

spokoju i ciszy tak, że chciałoby się pozostać,

 

na zawsze, zamieszkać w rozptaszonym świcie.

A do tego, jeśli dodam spacer – nieco później –

z Julią Jadwigą, także przez park, w spokoju

i ciszy, czyż istotne będzie to przedwieczorne

 

załamanie pogody śnieg w dwa dni później

wieszczące. Czyż ważne będę te sprawy wciąż

skłóconego świata. Mimo tych „ważnych” spraw,

i śniegu w maju, trwa ciche, prywatne życie.

 

2017 r.

 

 

„SREBRZAKI”

 

Czerwiec. Nocy nie ma. Czas najlepszy

na wyglądanie srebrzystych obłoków.

Wystarczy tylko spojrzeć: znad zatoki,

ze wzgórza – nad północny horyzont i…

 

czekać. Przedtem jeszcze – zanim północ

słoneczna nastanie – warto Jowisza nad

zachodnim horyzontem wypatrzeć. No i

z Saturnem się spotkać. Nade wszystko

 

zaś nie można przegapić gwiazdozbioru

Łabędzia, gwiazdy Deneb oraz… Albireo,

która – na pozór pojedyncza – jest parą:

w błękicie i czerwieni – łabędziowych oczu.

 

Te różne… „transformacje konforemne”,

teorie: pętli grawitacyjnych, ba! także i

kwantowa oraz „osobliwość początkowa”,

kto o nich pamięta wobec cudów tych nocy:

 

„srebrzaków” na niebie, gdy czerwiec

spać się wcale nie kładzie. Ty jeszcze

kogoś wyglądasz, Który jest niby obłok

srebrny w jasnej, błękitnej poświacie.

 

2017 r.

 

 

WYBŁĘKITNIAŁY ŚWIAT

 

Zauroczył mnie błękit oczu mojej wnuczki.

Zauroczył mnie. Zauroczył, gdy po raz pierwszy

spojrzała na mnie… Odtąd patrzę na świat

jej oczyma: wybłękitniały świat.

Choćbym miał, nie wiem jakie strapienia

(któż ich nie ma), od razu przestają istnieć,

gdy z wnuczką się spotykam.

A kiedy patrzy na mnie błękitem swoich oczu,

o sobie zapominam i o całym Bożym świecie.

Patrzymy na świat jakby wybłękitniały

jej oczyma. I wszystkiemu się dziwimy:

że wieje wiatr, że chmury wtedy płyną tak wysoko.

Że o! samolot nagle pojawił się

między chmurami i znika. „Nie ma, nie ma”

powtarza wnuczka po swojemu.

Chciałaby powąchać ten, i jeszcze ten, kwiat,

i listka wszelkiego dotknąć. Przybliżyć się do

drzewa, położyć na nim swoją małą dłoń.

Ileż jeszcze odkryć i zdziwień przed nami:

że ptaki śpiewają i podfruwają, ileż tych ptaków:

kawki, gawrony, dzikie kaczki, a ten,

który tak pięknie gwiżdże, to kos. Nikt

tak pięknie gwizdać nie potrafi. Zdziwienie

widać w jej oczach błękitnych, słychać w jej głosie.

Wybłękitniał jej oczami cały świat.

 

2018 r.

 

 

Moim marzeniem jest wydanie tomika poetyckiego

w tadycyjnej formie szeleszczącej, czyli papierowej,

z pracami malarza, które mi szczególnie przypadły do gustu i…

„korespondują” z moimi wierszami.

Tym malarzem jest przedstawiciel tonalizmu

George Inness (1825-1894)

 

I tak – przykładowo – do wiersza pt. Czyż może być piękniej, pasuje mi obraz Rosy Morning:

 

 

CZYŻ MOŻE BYĆ PIĘKNIEJ?

 

Wyjeżdżamy zatem. Nareszcie wyjeżdżamy.

Na wąskich ulicach jeszcze przez jakiś czas

wciąż stłoczeni – samochód za samochodem – ludzie.

 

Dopiero na autostradzie jest nieco

luźniej i przestronniej. I ten pośpiech:

z północy na południe albo z południa na północ.

 

Szybciej, dalej, chociaż gdzieś tam

wysoko gwiazdozbiory nad nami. Kto o nich wie

w tym bezustannym pędzie, nie wiadomo po co i gdzie.

 

Jakieś miejscowości, miasteczko jedno i drugie.

Wreszcie rzeka, a wraz z nią otwarta,

nareszcie otwarta, przestrzeń i niebo aż po horyzont.

 

Nareszcie wolni: od murów i tłumów,

od zgiełku i hałasu. A także i od cichej rozpaczy

w oczach. Od wiecznie zasmuconych twarzy.

 

Niemal zewsząd dobiega jasne światło.

Niebo – bez ograniczeń. Spokój i gdzieś z oddali –

głos tego wiosennego ptaka. Czyż może być piękniej?

 

2015 r.

 

Rosy Morning, 1865 r.

 

 

Do wiersza pt. Przed snem, pasuje mi obraz pt. Nine o’clock:

 

PRZED SNEM

 

Wspominam szczęście miejsc, gdzie mnie już nie ma.

Gdzie mogłem nocy czarnej dotknąć. Zanurzyć się

w jej zapach jaśminowy, w jej leszczynowy oddech,

gdy powoli zasypiałem przy „na wciąż” otwartym oknie.

 

Oto przetacza się od czasu do czasu – lecz niemal

bezgłośnie – parowóz ciemny tak samo jak mrok.

Słyszę, jak na stację wjeżdża – to daleko, lecz echo

niesie – a potem pogwizdując raźno, rusza w czarną noc.

 

A mnie wtedy do snu powoli kołysze cicha z kuchni

rodziców rozmowa, jakieś sponad sadów, sponad

pól odgłosy: poszczekiwanie psów, wesołe okrzyki

ciągnących – w Sadzawce, na czarno-złote karasie – sieci.

 

Sąsiad jeszcze nastawi gramofon z winylową płytą,

ktoś przejdzie cicho, gwiżdżąc modną wtedy melodię.

Ale wnet wszystko w czarnej nocy znika. Zasypiam.

I Międzytorze – pod nigdy nieśpiącym niebem – zasypia.

 

2016 r.

 

Nine o’clock, 1891 r.

 

 

Natomiast do wiersz Pod Księżycem Żniwiarzy mógłby zaistnieć  z

obrazem pt. Harvest scene in the Deleware Valley:

 

 

Marzannie

 

POD KSIĘŻYCEM ŻNIWIARZY

 

Poznali się podczas pełni Księżyca

nazywanej Księżycem Żniwiarzy.

Bo w taką porę Słońce ledwo zajdzie,

już Księżyc jest obecny na niebie.

Poznali się, bo mieszkali w sanatorium

tuż obok siebie. Poeta i zakonnica.

On z żoną przyjechał. Ona mieszkała sama.

 

Któregoś dnia przy posiłku zapytał o…

msze w najbliższym kościele.

Nie chciał na mszę dla dzieci trafić,

ale w niedzielę wybrał właśnie taką.

Siostra potem żartowała,

że miał iść na sumę, tak jak to ma

w swoim zwyczaju,

a na mszę dla dzieci poszedł.

 

Spotykali się, jak to w sanatorium,

na posiłkach o oznaczonej godzinie,

trzy razy dziennie. A także na zabiegach,

na ćwiczeniach w basenie

z wodą solankową. Przez pływackie okulary

widać było, całkiem wyraźnie,

że siostra jest również piękną kobietą.

 

Żartował i on, pytając: jeśli zakonnica

do basenu wchodzi, to czy woda

nie staje się od razu… święcona?

Albo czy masażysta świętokradztwa

nie popełnia, masując jej ciało?

Siostra te żarty przyjmowała z humorem.

Dostrzegł, że ma piwne oczy.

Zaglądał w nie zupełnie z bliska.

 

Zaprosili do siebie, jak to w sanatorium,

po sąsiedzku, siostrę na kawę.

Nie chciało się z nią rozstawać.

A zatem nazajutrz po obiedzie jeszcze

kawa z ciastkiem w kawiarni.

We troje na seansie w kinie. A potem

wieczorny spacer, we troje, na tarasie

widokowym, pod Księżycem Żniwiarzy.

 

Oto i czas odjazdu. Jeszcze kilka zdjęć

na pamiątkę. Adresy, e-maile, telefony.

Pożegnania, uśmiechy, uściski. Czarny welon

siostry w południowym powiewa wietrze.

Pozostał obraz zdarzeń minionych

o spotkaniach z siostrą zakonną, gdy upalne

wrześniowe niebo Księżyc Żniwiarzy rozświetlał.

 

2016 r.

 

Harvest scene in the Deleware Valley, 1867 r.

 

 

Do wiersza Na gromnicznej, pasuje mi obraz pt. Winter Moonlight:

 

NA GROMNICZNEJ

 

Zimno. Jakże na Gromnicznej – zimno.

Przeraźliwy ziąb nie wiadomo, skąd się bierze.

To cóż, że znowu wiatr wieje z południa.

Na południową mszę do św. Anny zachodzę.

 

(Ciekawym, jak mróz i wiatr znoszą ci,

którzy właśnie na wskroś Antarktydy idą).

Tutaj wciąż gdzieś ludzie się śpieszą.

Nawet w święto Ofiarowania Pańskiego.

 

Msza. W kaplicy od świec wcale nie jest

cieplej. Po mszy z ojcem franciszkaninem na

chwilę do kościoła idziemy, gdzie chłód i

gotyk pospołu trwają. „Tylko, że chłód jest

 

tegoroczny a gotyk przedwieczny” – mówi

franciszkanin. I dodaje, że w kaplicy jest

– w porównaniu z kościołem – „dziś ciepło”.

Ciepły na pożegnanie jest uścisk naszych dłoni.

 

A potem szparko na moje wzgórze wracam.

Na pochmurnym niebie nawet skrawka Słońca.

Cóż, początek lutego. Szaro. Wokół szaro.

Przeraźliwy ziąb nie wiadomo, skąd się bierze.

 

2017 r.

 

 

Winter Moonlight, 1866 r.

 

 

A wiersz Ściernisko, mógłby zaistnieć wespół z obrazem pt. Pastoral landsaape:

 

 

ŚCIERNISKO

 

Ciekawym, skąd się to upodobanie bierze

– zwłaszcza u młodych ludzi – do tego

by na chłód, na wiatr, na mróz wystawiać

odsłonięte kostki u stóp? Rozumiem taką

 

fanaberię wiosną. Latem – jak najbardziej.

Przecież zimą mróz im porani, ponagryza

kostki. „Oni za kilka lat to są moi pacjenci”

 – powie o tym znajoma lekarz-reumatolog.

 

A przecież i ja kiedyś miałem kostki u stóp

poranione. Kiedy po… ściernisku szedłem,

po zżętym zbożu. Cóż to za lata wtedy były.

I te przestrzenne, wyzłocone od pogody dni.

 

Wczesne ze Słońcem wstawanie. Szybki

marsz – na skroś ściernisk – na piątą rano.

Do młocki od świtu i aż po zmierzch. Ech,

dawne dzieje, zaprzeszłe, studenckie lata.

 

Kiedy dzisiaj widzę w mróz młodych ludzi

odsłonięte kostki u stóp, od razu wracają

tamte czasy: jak to latem wcześnie o świcie

idę, a ściernisko dotyka moich gołych stóp.

 

2017 r.

Pastoral landscape, 1857 r.