JAK SZELEST JEDWABIU

Wiersze znane i zapomniane z lat 1977-2017
Data wydania: 2020

„I gdybym miał tylko jednym zdaniem wyrazić opinię o poezji Jana P. Grabowskiego, to powiedziałbym, że jest ona tak prawdziwa, że nie musi udawać wielkiej”.

Kilka refleksji o wierszach Jana P. Grabowskiego z tomiku Jak szelest jedwabiu, Gdańsk-Oliwa, 7 stycznia 2020 r. Ks. dr Wiesław Szlachetka, Biskup Pomocniczy Archidiecezji Gdańskiej.

JAK SZELEST JEDWABIU

Wiersze znane i zapomniane z lat 1977-2017

 

Gdańsk, 2020 r. ss. 242; 179 wierszy.

(Internetowe wydanie książki dokonane osobiście przez autora).

 

Na pierwszej stronie okładki wykorzystano obraz amerykańskiego impresjonisty

Theodora Wendela (1859-1932)

Lady with Parasol by Stream (1905).

Obraz ten znajduje się kolekcji prywatnej.

 

Na czwartej stronie okładki wykorzystano zdjęcie z archiwum autora.

Zdjęcie wykonano 24 sierpnia 2019 r. w Parku Oruńskim.

 

 

 

Zrealizowano ze środków Miasta Gdańska

w ramach Stypendium Kulturalnego

 

 

Zawartość:

Dotykanie czasu, 1977 r.; Tamten wczesny krajobraz, 1977 r.; Posłuchajmy jeszcze…, 1977 r.; Słyszę tylko głos nocy, 1982 r.; Zanim woń żeglugi, 1983 r.; Nad nocnym ogrodem morza, 1983 r.; W twoich źrenicach widzę tęsknotę i wiarę, 1984 r.; Niepokojące dni, 1986 r.; Przez chwilę, 1986 r.; Przystanek w błękicie, 1986 r.; Łaska widzenia, 1987 r.; Oto obraz ściszony, 1987 r.; Codzienność, 1987 r.; Jeszcze przebiegam pod światłami gwiazd, pochylony w sobie, 1987 r.; Zielone Święta, 1988 r.; Tafta, 1988 r.; Ukojenie, 1988 r.; Wtedy, gdy śpią, 1988 r.; Pisałem..., 1989 r.; Jak szelest jedwabiu, 1990 r.; …i wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność, 1991 r.; Urodzaj światła, 1991 r.; Nie do końca wiem, czym jest świat, 1992 r.; Błękitny maj: moment uwznioślenia, 1992 r.; Tryptyk malborski, 1993 r., Część pierwsza, Kilka strof na początek lata; Część druga, Zrywanie papierówek; Część trzecia, Przywożę z sobą sierpnia już wczesną jesień; Jakaż tu cisza, 1994 r.; Niewypowiedziane jest piękno jesieni, 1994 r.; Kilka refleksji o bliźnich, 1994 r.; Przed wejściem w Bezmiar, 1995 r.; Przebudzenie o świcie, 1995 r.; Pięć liryków znad jeziora Mausz, 1995 r., Pierwszy, Zanurzając dłonie w wodzie zielonej jak nefryt; Drugi, Ach, witaj mi…; Trzeci, Nad wodą spokojną i czystą; Czwarty, Stałem urzeczony przestrzenią ze światła utkaną i ciszy; Piąty, Noc. Noc nad jeziorem zapada; A wokół ta magiczna harmonia Natury, 1995 r.; Dyptyk listopadowy, Epizod pierwszy: z 1995 r., Listopad. Gdańsk, ulica Długa; Epizod drugi: z 1996 r., Gdańsk Listopad…w Zaduszki;  Słuchając Kanonu D-dur Johanna Pachelbela, 1997 r.; Dwa sztychy z Wiczlina, 1997 r., Pierwszy, Na wieczny  – wobec nas – krajobraz patrzymy..; Drugi, Na łące; Uważność, 1997 r.; Nastroje, 1998 r.; Przy fontannie w Loreto, 1998 r.; Niezapomniany ogród, 1999 r.; W śnieżnym lesie, 1999 r.; Dyptyk zimowy Georg’iem  Philipp’em Telemann’em, 2000 r., Epizod pierwszy, Chodź, pójdź za mną…; Epizod drugi, Koncert B-dur na trzy oboje Georg’a  Philipp’a Telemann’a; Pod Lirydami się zatrzymałem, 2000 r.; Panna Jeziorna, 2000 r.; Nic: tylko życie, 2000 r.; Wszystko jest moje, 2002 r.; Wywyższenie, 2002 r.; Zastaję cię poranku…, 2002 r.; Wczesne popołudnie, 2002 r.; Purpurowa serenada, 2002 r.; Dyptyk jesienny, 2002 r., Epizod pierwszy, Październik, jakże wiele…, Epizod drugi, Bo w mieście – październiku – prawie cię nie ma; Antrakt, 2002 r.; Śnieg pod nogami nam zaśpiewał, 2002 r.; Cóż pozostaje w pogoni za wymykającą się prawdą świata?, 2002 r.; Spotkanie, 2003 r.; Pogodna rezygnacja, 2003 r.; Już najwyższa pora zajrzeć do Parku w Oliwie, 2003 r.; Nareszcie wokół tyle światła, 2003 r.; Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością, 2003 r.; Tylko Ty i ja tutaj: w złotej widzialności dnia, w gorącym Słońcu września, 2003 r.; Z powściągliwą nonszalancją, 2003 r.; Wiersz nieśpieszny, 2003 r.; Złoto i biel, 2003 r.; Co nas podkusiło, aby nagle do boru pójść nocą?, 2004 r.; Złoty pył, 2004 r.; Zdumienie, 2004 r.; Kilka epizodów na przełomie sierpnia i września, 2004 r., Pierwszy, O, tego mi trzeba było dzisiaj – Panie; Drugi, Niemal cały dzień nad jeziorem; Trzeci, Najpiękniej jest tuż przed wyjazdem; Czwarty, Dotykalność; Spojrzeniem złocąc – Niewyobrażalne, 2004 r., (Albo: Dyptyk październikowy), Epizod pierwszy, Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka; Epizod drugi, Kiedy dzień – w zieleniach i purpurach – spać się kładzie; Wszechświat nade mną…, 2004 r.; „Srebrny” sen o Księżycu, 2005 r.; Słuchając arii Piacere, 2005 r.; Już kwiecień…, 2005 r.; Kilka strof zapisanych w czas żałoby, Część pierwsza, W taki czas cisza; Część druga, Czy już otworzyła się przed Tobą – Ojcze – Brama Wieczności?; Część trzecia, O, piękne to chwile; Dwa wiersze z Puszczy Piskiej, 2005 r., Pierwszy, Późna noc lipcowa; Drugi, Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno; Październik – jakbyś przybliżył się…, 2005 r.; Bez lęku, 2005 r.; „Wstawaj, pośpiesz się, moja ukochana…”, 2005 r.; I „dlaczego?” – coraz częściej sobie i Tobie – zadaję pytanie:, 2006 r.; O pani, jesteś tak piękna jak po nocy świt, 2006 r.; Czułem, że znikam w deszczu jak kropla w wiadrze deszczówki, 2006 r.; Kwartyny poszpitalne, 2006 r. Część pierwsza, Z czułością, więcej niż z czułością; Część druga, Życie: niemal niematerialny, jak tchnienie lekki, jak malowany światłem, jedwab; Część trzecia, Wieczór po upalnym dniu; Część czwarta, Przeminęły dni ze złotym tłem upału; W tempie andante, 2007 r.; Tuż obok majowego poranka, 2007 r.; Dyptyk: „Czyż może być większe święto?”, 2007 r., Wiersz pierwszy, O, uzdrawiająca obecności jeziornych widoków; Wiersz drugi, A na wyciągnięcie ręki świt zaglądający przez okno uchylone; Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej, byłem, 2007 r.; Ballada o deszczu, 2007 r.; Ballada o wodzie jeziornej, łące i nocy, 2007 r.;  A dlaczego mielibyśmy ten świat zrozumieć?, 2007 r.; Na wieczór wigilijny cały rok czekamy, 2007 r.; O, witać, pogodnie witać, 2007 r.; Spacerowanie z Panią przez życie jest cudownym doświadczeniem, 2008 r., (Czyli trzy wiersze z wiosną na pierwszym planie), Pierwszy, W wyciszeniu; Drugi, W uwolnieniu; Trzeci, W uniesieniu; Dwa wiersze napisane w Juracie, 2008 r., Pierwszy, A tutaj – tymczasem – nie dzieje się „nic”?; Drugi, Słuchając morza, które „coś” mi chciało powiedzieć; Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda, 2008 r.; A kiedy się obudziłem…, 2009 r.; L’arte del violino, 2009 r.; Krawiec i wrzesień, 2009 r.; Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy, 2010 r.; Mistycyzm płynący z Natury, 2010 r.; Na łodzi, 2010 r.; Sopocka impresja, 2010 r.; Pean dla października, 2010 r.; Codzienna czułość, 2011 r.; Miedź i być, 2011 r.; Grabowski, 2011 r.; Czerwiec, 2011 r.; Noc czerwcowa, 2011 r.; Lipiec, 2011 r.; Przed burzą przystanąłem pod drzewem jarzębiny, 2011 r.; Szedłem, 2011 r.; Znów nad chryzoprazowym jeziorem chciałbym siąść, srebrem blasku się zachwycić, 2012 r.; Sam nigdy nie jestem, 2012 r.; Kos w Parku Oliwskim, 2012 r.; Ktoś pukaniem w okno o świcie mnie obudził, 2012 r.; Świat jest symfonią, 2012 r.; A tuż obok pachną papierówki, 2012 r.; O, wybrać się w podróż ponad… przeciwzmierzch, 2012 r.; To, co najlepsze, 2012 r.; „Jest ślicznie”, 2012 r.; Śnieżny kolor bieli jest taki spokojny, 2013 r.; Na przebudzenie, 2013 r., Chciałbym wiersz napisać: taki, aby był marca ozdobą, 2013 r.; Chryzelefanta, 2013 r.; Marzą mi się otwarte przestrzenie, 2013 r.; Tylko patrz. I tylko się rozpatrz, 2013 r.; Pogoń. Pogoń za nieustanną grą świateł, 2013 r.; Według „Zamysłu Boga”, 2013 r.; Zimowe pocałunki, 2014 r.; „All’alba vincerò!”, 2014 r.; Biały kwiat, 2014 r.; Wielkie piękno, 2014 r.; Twoje lekkie zawahanie, 2014 r.; „Najjaśniejsza w otoczeniu odmiana szarości”, 2014 r.; Czereśnie, 2014 r.; Ciechocińskie, 2014 r.; Lubię to miasto, 2015 r.; Czyż może być piękniej?, 2015 r.; Akwarelowy Gdańsk, 2015 r.; Pod Niebieskim Księżycem, 2015 r.; „W chłodnej powodzi gwiazd”, 2015 r.; Poranne światła na niebie, 2016 r.; Przed snem, 2016 r.; „Cicho. Cicho. Wiatr ustał”, 2016 r.; „Łącząca ich więź była ulotniejsza od powietrza”, 2016 r.; Obrazek z Jarmarku Dominikańskiego ANNO DOMINI 2016; Te gwiazdy obok siebie, malutkie, 2016 r.; Pod Księżycem Żniwiarzy, 2016 r.; Pewnego wieczoru, wyglądając zórz polarnych, 2016 r.; „Transcendentna skłonność do rzeczy bezużytecznych”, 2016 r.; W jaśminowym ogrodzie, 2017 r.; Tam, gdzie mieszkam, na niebie…, 2017 r.; Lubię biel. Jaśminową biel, 2017 r.; Ściernisko, 2017 r.; Dyptyk atramentowy, 2017 r., Część pierwsza pt. Kunszt wiersza; Część druga pt. Rękopiśmienny wiersz; Jak na obrazach Vermeera: ciche, prywatne życie, 2017 r.; Skrawek nieba, 2017 r.

 

OTO OBRAZ ŚCISZONY

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Oto jadę pociągiem półtorej godziny. Blisko,

lecz dla mnie to cała wyprawa i

powrót do tej dawnej-niedalekiej przeszłości.

Powrót do tego, co było, a wciąż jeszcze trwa.

 

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony

jak szept. Ściszony jak moje życie,

lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei,

ile Słońca i barw.

Ileż oczekiwania i zmagań z nocami.

Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem.

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku…

 

Na wszelki wypadek mam i to wspomnienie.

Na wszelki wypadek.

Bo to wszystko wokół jest ulotne jak sen i trwa

nie dłużej, niż sen.

 

Oto cała Wieczność i Nieskończoność

jest w tym jednym wspomnieniu, w tym jednym obrazie.

Zawsze, kiedy wracam ulicą pod starymi lipami.

 

1987 r.

 

 

UKOJENIE

 

Panie, to właśnie do Ciebie

przychodzę po ukojenie… Albowiem

przez ten ostatni czas

stało się tyle niepokojących zdarzeń,

że aż mi trudno uwierzyć

jak mogłem je przetrwać. Jak mogłem

słysząc ten nieustanny hałas słów i obietnic

wytrwać w nadziei. I jak mogłem

jednak o tym wszystkim zapomnieć, 

co było kilkanaście i kilka lat temu.

 

Panie, to właśnie do Ciebie

przychodzę cały pochylony zmęczeniem zdarzeń.

 

Mam jeszcze tyle siły

by… dziwić się, myśleć i

odczuwać przemawianie tego wszystkiego,

co żyje poza krańcami moich rąk.

 

Albowiem jestem już cały z mroku i

wracam z głębszej, niż ciemność teraźniejszości.

 

Przeżyłem jeszcze jeden dzień

tego niespokojnego czasu i wiem,

że muszę przetrwać do najbliższego świtu.

 

Teraz – gdy przychodzę po ukojenie –

przejmij mnie swoją ciszą…

Albowiem Twoje milczenie jest znakiem,

że mnie wysłuchasz:

bo moje życie jeszcze nie dokonało się ostatecznie. 

Bo nikt nie może decydować

o moim losie. I mojej wolności wyboru nadziei.

Może już na zawsze

zostałbyś przewodnikiem mojej

nie skończonej jeszcze na tym brzegu wędrówki?

Może stanie się tak,

że wyjdę z tej katedry

spokojniejszy chociażby o jutro?

A to niespodziewane ukojenie

już będzie trwać na zawsze?

I będę szedł przed siebie dzień za dniem mijając.

I będzie przede mną na zawsze jedyna wąska ścieżka:

wyraźna i świetlista.

 

Niby jarzący się szlak przez ciemność

słów, ludzi i tych – tutaj – niespokojnych wciąż lat.

 

1988 r.

 

 

JAK SZELEST JEDWABIU

 

Jak szelest jedwabiu

jest to twoje życie. Umykające i szybsze,

niż samolot unoszący cię w przestworza.

 

Taka krótka chwila stąd i

aż ponad chmury. Kilka minut,

a już prawie jesteś w niebie

– przynajmniej w jego pierwszej strefie –

wysoko ponad Ziemią… Tyle tu błękitu, przestrzeni i

 

Słońce… A pamiętasz?

Kiedy samolot szybko leci w górę,

to wtedy stąd wygląda jak błyszcząca iskierka.

W niej – ty, całe twoje życie. Przeszłość i pamięć

o tobie zostają tu, na Ziemi,

gdzie twoje stałe miejsce. I życie przez tę jedyną chwilę.

 

Zaledwie godziny trwa najdłuższy lot,

a zostawiasz za sobą niemalże pół świata.

I te wszystkie żółte i zielone kraje,

wyspy spod Zwrotnika Raka i morze…

wielki ocean wody – z przeciwległym brzegiem,

na którym czekają roztrzepotane kolibry

jak szelest jedwabiu. Umyka więc twoje życie

niedostrzegalnie i na co dzień w kręgu spraw

ciągle powtarzających się jak wciąż te same dni.

 

I być może nie potrafisz dokładnie nazwać tego,

co cię pcha Tam: w górę, w niebo.

To cię wzmacnia: bliskość Słońca, przestrzeni i błękitu.

 

A potem – już na ziemi – przyjaźniejsze się staje

wszystko, co trwa chwilę… jak szelest jedwabiu.

 

1990 r.

 

 

URODZAJ ŚWIATŁA

 

Urodzaj światła nagle otacza nas,

gdy dojeżdżamy już w to miejsce

pod wzgórzem. Wrzesień roztacza

swoją przejrzystą przestrzeń:

festyn słonecznych woni, zrudziałych barw,

prześwitujące złoto powietrza.

 

I w pierwszej chwili

można doświadczyć jak gdyby daleko…

widzenia poza tym miejscem. 

I aż ponad tę łagodność wzgórza na widnokresie.                            

 

Albowiem niebo, przestwór i oddech morza

są jednym ciałem światła pulsującego… Tam

właśnie idziemy, w samym środku dnia, przez

łąkę uśpioną jak lew. Idziemy na wskroś traw

i szelest błyszczących jak chryzopraz pasikoników.

 

O jasny, jasny dniu,

który tak niepostrzeżenie przemijasz

dając nam kilka chwil wytchnienia…

 

Gdzie i którędy iść, kiedy nic nie może cię zatrzymać?

 

O światło wypełnione

po brzegi powietrznością szkarłatniejących barw…

 

O lato zbierające się już do odwrotu…

Dajesz nam niepodważalną pewność życia.

 

I przekonanie, że nie ma nic wspanialszego

ponad ten twój gorący, jasny dzień. I jeszcze

ponad tę naszą wędrówkę aż po kres widzialności.

 

1991 r.

 

 

NIEWYPOWIEDZIANE JEST PIĘKNO JESIENI

 

Niewypowiedziane jest piękno jesieni

ukazującej prawdziwe oblicze świata. Obfitość

owoców u zarania: złotopurpurowych, pełnych światła

i delikatnego półcienia. Ciążących ku ziemi

– jak wszystko, co żyje – poprzez szkarłat obłoków,

liści, powietrza, przestrzeni… Kilka tygodni ten czas trwa.

 

I aż do zupełnego spopielenia

w zimowej chłodni. W królestwie gawronów i kawek.

W dalekim przestworze żółtych zmierzchów

wróżących wichry i sztormy. I pierwsze śnieżyce…

 

Niezmierne to piękno. Od ciebie

– od początku do końca – niezależne.

Ty możesz je – co najwyżej – podziwiać:

jak gandawski poliptyk braci von Eyck

albo jak zorze polarne, jak fiordy Norwegii

lub furkot kolibrów mieniących się w Słońcu…

 

Niezwykła to pora:

jakby w tej jednej chwili

wszystkie uroczystości roku się stały.

Te najbarwniejsze i najbardziej dostojne.

Z twoim – jako widza – udziałem.

 

Bo to tylko możesz: być.

Bo nic nie zmienisz. Późną jesienią

już od południa zmierzch czernią prószy.

I dłonie swoje niedostrzegalnie kładzie

na wszystkich rzeczach. Także na… tobie.

 

Niewysłowione to chwile. Od ostatnich dni lata

i aż po przedproża zimy: jak gdyby daleka podróż,

z której właśnie wróciłeś.

I już nigdy nie zdarzy się właśnie taka: jednorazowa.

Tego możesz być pewien. Jak swego życia:

niepowtarzalnie tu istniejącego.

W powtarzających się co roku jesieniach.

 

1994 r.

 

 

KILKA REFLEKSJI O BLIŹNICH

(Z Jednorożcem i mgławicą Rozety w tle)

 

Dopiero tu – nad zatoką – jest więcej spokoju.

I znacznie mniej ludzi:

gdzie indziej narzucających

swoją męczącą obecność, swoją zachłanność życia…

I swoje cierpienia tak,

jakby nic innego nie było tylko prócz ich bólu.

I właśnie – ich istnienia.

 

A i tutaj mijamy się z daleka… Z bliska

– nic nie znaczącym „dzień dobry”. W windzie –

rozmawiamy o pogodzie

lub o… psach. O spacerach z nimi.

A potem wracamy do mieszkań-samotni.

I siedzimy w nich jak w dziuplach

wystawiani na sztych wichrów, burzy albo śnieżyc.

 

Z dziewiątego piętra można dostrzec

jak ludzkie mrowie przesypuje się bez końca.

I zawsze tymi samymi, od lat niezmiennymi ścieżkami.

I nie można zobaczyć żadnych zmian, ani przeżyć.

 

I ani jednego celu… Chyba,

że z poziomu ich wzroku: aby tylko przeżyć

jeszcze do następnego dnia. Do najbliższego…

świtu. Albowiem każde spojrzenie

– ponad widnokres – budzi… lęk metafizyczny.

I wznieca tę jedną, jedyną pewność,

że nasze trwanie zaczyna się i kończy wśród obcych,

wrogich nawzajem sobie ludzi.

 

Bo przecież nie Tam, wśród planet.

Czy na tej – pod lasem – ośnieżonej łące,

która oddycha szeroko

(pospołu z zatoką, pod otwartym przestworem)

zmrożonym, błękitnym powietrzem.

 

Wystarczy tylko wiedzieć

(albo unieść głowę znad tego,

co będzie jutro lub co było wczoraj),

że właśnie między gwiazdozbiorem

Małego Psa, Oriona i Wielkiego Psa

błyszczy konstelacja Jednorożca,

przez który Droga Mleczna przechodzi.

I równik niebieski… A tuż obok – mgławica Rozety.

Jedna z najpiękniejszych mgławic

na firmamencie północnym. A przecież całe życie

jesteśmy pod nimi: rozmawiamy,

jeździmy w dalsze lub bliższe podróże…

Nie wiedząc o gwiazdach nic. Albo prawie nic.

 

Niekiedy zastanawia nas mały,

ledwo widoczny obłok na zimowym niebie.

I wówczas nie wiemy: czy to może oddech

– bo taki dziś mróz – Tego, który Tam jednak jest?

 

Ale szybko zamykamy się w czeluściach 

wilgotnych, naszych nietrwałych wnętrz.  

 

1994 r.

 

 

PIĘĆ LIRYKÓW ZNAD JEZIORA MAUSZ

Pierwszy

ZANURZAJĄC DŁONIE W WODZIE ZIELONEJ JAK NEFRYT

 

O świcie spotykam

na powierzchni jeziora

wielkie, białe pióro przez kogoś zgubione.

I któż mógł je tu zostawić? Łabędź,

których tu kilka na stałe przebywa? Inny ptak?

A może… anioł u zarania

to miejsce na lądowisko sobie wybrał?

 

Albowiem trwa tutaj prawie niebiańska cisza.

A lekkość poranka tak krajobraz uwzniośla,

że w światła wibracjach

wydaje się jakby wszystko miało istnieć

zaledwie przez chwilę? Przystaję cały

olśniony tym – i dla mnie – odświętnym widokiem.

 

Już na nic nie czekam. Jestem,

dotykam, zanurzam dłonie w zielonej

jak nefryt – na wskroś przejrzystej – wodzie.

 

Słyszę: z przeciwległego brzegu

strzeliste kogutów pianie. Świt i dzień

w odblaskach coraz rozleglejszy,

sięgający po krańce niewidoczne wody i

aż po widny Księżyc. Zapomniałem o tym,

co poza mną. A przyszłość

jawiła się jako przestrzeń stąd, a może już ze snu,

który niespodziewanie ziścił się: to białe,

wielkie pióro – ptaka? anioła? – jest mi potwierdzeniem.

 

A gdybym tak w dłoni je trzymając

– w tym rozskrzydleniu świtu, blasków, światła –

nagle stopę na powierzchni jeziora postawił?

 

 

PIĘĆ LIRYKÓW ZNAD JEZIORA MAUSZ

Drugi

ACH, WITAJ MI…

 

Ach, witaj mi dniu

pełen złoceń i lśnień. 

I spokoju aż po wieczność

wciąż nieskazitelnego błękitu.

 

Ach, witaj mi wodo

rozległa, przeczysta

aż do granic najdalszych

krystalicznej głębokości.

 

Ach, wodo tak delikatna,

że możnaby cię bosą stopą przejść

wszerz i wzdłuż.

W uniesieniu największym. I zachwycie.

 

 

PIĘĆ LIRYKÓW ZNAD JEZIORA MAUSZ

Trzeci

NAD WODĄ SPOKOJNĄ I CZYSTĄ

 

Nad wodą spokojną i czystą

południowa godzina. Upał

sierpniowy czysty i rześki. Ktoś raz po raz

spod drżącej skóry jeziora płoć szeroką wyciąga

jak dłoń. Ryba

przez chwilę skrzy się cała w srebrnym wigorze.

Wreszcie – wypuszczona – znika.

Na rękach świetlisty ślad po niej zostaje.

I zapach otwartych, jasnych jak topaz głębin.

 

 

PIĘĆ LIRYKÓW ZNAD JEZIORA MAUSZ

Czwarty

STAŁEM URZECZONY PRZESTRZENIĄ

ZE ŚWIATŁA UTKANĄ I CISZY

 

Tak cicho,

że niebo w szafirach i srebrach

na ziemię zstępuje.

I wszystko odbywa się bezszelestnie:

blask Słońca w lekkich i

wielkich płaszczyznach

– jakby ze złotej blachy wykutych –

warstwa po warstwie na wodzie się kładzie.

Jasność od powierzchni odbita unosi się i

rozprzestrzenia…

 

W bezruchu stoją:

leszczyny, świerki i jarzębiny

– na karminowo barwiąc powietrze.

Wszak to już sierpień.

Wrzesień – zatem – u progu czeka

cały w szkarłatach, purpurach i brązach… Wokół

– i aż ponad drzewa –

rdzawe motyle – swoją – unoszą lekkość.

 

Tam również dzikie kaczki  fruną

na przestrzał ciszy. Poniżej stado rybitw

białą chmurą spada

wprost na – tylko dla nich widoczne – pod wodą ryby. 

A potem – znika. W powietrzu

zostają lśnienia z ich skrzydeł. Tymczasem

pojawiają się wielkie, zielone okonie

o grzbietach czarnych i ostrych.

Na owady bezgłośnie polują

ledwo naruszając delikatną gładź wody.

 

Niespodziewanie

miejscowy wędkarz zjawia się i

rozsnuwa żyłkę świetlistą

jak pajęczyna. Próbuje

któregoś z nich  – złowić:

raz po raz bezskutecznie

błyszczącą przynętę zatapia.

I oddala się – brodząc,

brzegiem jeziora – odchodzi:

cały w aureoli Blasku,

na tle wody. Stałem urzeczony

tą niezmąconą przestrzenią

ze światła i ciszy utkaną.

Tylko ja jeden wiedziałem

gdzie jestem. Nikt nie znał miejsca

mojej tu obecności. Ogarniała mnie

wieczność: wody, powietrza, przestrzeni…

 

 

PIĘĆ LIRYKÓW ZNAD JEZIORA MAUSZ

Piąty

NOC. NOC NAD JEZIOREM ZAPADA

 

Noc. Noc nad jeziorem zapada.

Niebo i woda już w ametystach, jaspisach i

agatowych wstęgach rozskrzydla,

rozpina się w pełnym błysków i lśnień przestworzu.

 

Czas? Jakby przestał istnieć,

gdy karminowe Słońce wciąż żarząc się trwa i

trwa na widnokręgu

aż po ostatnie westchnienie światłości.

 

Czyjąż ręką

kreślone są te barwy i przestrzenie

sprowadzające Nieosiągalność do moich zmysłów?

Kto je ożywił gwiazdami, ptactwem wieczornym i obecnością ryb

wyskakujących ponad powierzchnię wody w pogoni za owadami?

 

I ja jestem w Jego władaniu.

Jezioro to Jego włości: nieogarnione,

potwierdzające także i moje istnienie.

W każdym razie na pewno nie umieranie

w tej wszechogarniającej tu żywotności.

 

Tymczasem ciemność nadpływa:

barwy dnia niedostrzegalnie gasną.

Spławik na wodzie niewidoczny się staje.

Wędkarze zwolna nawijają

na kołowrotki marzenia o wielkiej rybie.

I długą, delikatną nić nocy.

 

1995 r. 

 

 

SŁUCHAJĄC KANONU D-DUR

JOHANNA PACHELBELA

(Z najjaśniejszymi obiektami: Jowiszem i Saturnem

na wigilijno-noworocznym niebie)

 

Jako pierwsze – planety: Jowisz i Saturn

nam się objawiały. To nie był przypadek. 

Albowiem to one są – prócz Słońca i Księżyca –

najjaśniejszymi, w ten czas, nieba obiektami.

 

Dopiero później można dostrzec

gwiazdy. Najprzód więc te z… „trójkąta letniego”,

który obejmuje najjaskrawsze światła

z konstelacji: Lutni, Łabędzia i Orła. Lecz ozdobą

firmamentu największą jest gwiazdozbiór Oriona…

 

Staliśmy więc pod światłami zasypanym niebem.

Ich blask wieczny i nie ogarniony palił się nad nami…

 

A mróz srogi trwał tuż obok. I wypełniał 

sobą całą wolną przestrzeń. Ale my czując

jego narzucającą się coraz bardziej obecność

nie zwracaliśmy na niego uwagi. Chociaż był.

 

Ponieważ istnienie swoje dotkliwie poświadczał

– gdy rozmawialiśmy – obłokami pary. Bo przecież 

jeszcze tu jesteśmy. Nieśmiertelni na chwilę. Uwzniośleni

widokiem… czerwonej Betelgeuzy, jaskrawego Syriusza,

samotnego – nad nim – Procjona i – jeszcze wyżej – Bliźniąt.

 

A potem ruszyliśmy w kierunku południa

zostawiając za sobą rozświetlone miasto. A także i tych,

co przez zaparowane szyby próbowali dojrzeć

pierwszą gwiazdkę. Czy ujrzeli? W tych łunach? Kto wie.

W każdym razie zrozumieli – skoro Słońce zaszło –

że najwyższa pora lampki na choince zapalić i siąść do wieczerzy.

 

A my zostawiając za sobą

miasto, ludzi, ciepłe mieszkania… przez śniegi

poszliśmy. Ku – na nieboskłonie – wzgórzom.  

 

A wtedy noc przed nami otworzyła przestworza.

I wówczas można było usłyszeć tę niebiańską muzykę

płynącą z najwyższych stref świata. A może już… zewsząd?

 

1997 r.

 

 

JUŻ NAJWYŻSZA PORA

ZAJRZEĆ DO PARKU W OLIWIE

(Albo: Czy to światło i powietrze takie czyni cuda? Czy wrażliwość twoja?)

 

Już najwyższa pora zajrzeć do parku w Oliwie.

Ptaków posłuchać. Może wiersz napisać o tym,

że na drzewach prawie nigdzie nie ma liści,

a już magnolie zakwitły: znacznie wcześniej,

 

niż każdego roku o tej samej porze? Co było

rok temu któż pamięta o tym jeśli każdy dzień

jest tak podobny do siebie, że nie do odróżnienia?

Ale czyż koniecznie trzeba wiedzieć o tym,

 

że umyka życie, dzień za dniem przepada

nie wiadomo gdzie i kiedy? I jak szukać dni,

które przeminęły? I gdzież są? W przeszłości,

czyli… tuż obok? Nieco dalej? Może tak blisko,

 

że niemal na końcu dłoni? Wystarczy zatem

dłoń wyciągnąć by Niewidzialne… dotknąć?

Czy dotyk to za mało? Bo cóż po dotyku?

I że kwiat magnolii można wziąć w dłonie?

 

I że Niewidzialne wtedy staje się Widzialnym?

Czy to na pewno zmysły? Czy światło i powietrze

takie czyni cuda? Czy wrażliwość twoja? Bo ty

– nikt inny – wie, że również Niewidzialne istnieje?

 

I że ty – nikt inny – może Widzialnym je uczynić?

Po cóż, więc zastanawiać się: co było rok temu

lub co jeszcze się zdarzy? Wystarczy byś dostrzegł,

że kwitną magnolie. I że ty jeszcze właśnie tu jesteś.

 

2003 r.

 

 

NARESZCIE WOKÓŁ TYLE ŚWIATŁA

 

Nareszcie tyle wokół światła. Wiosna  zatem…

Bo pierwsze burze czają się już na horyzoncie?

Ach, w taki czas z domu jak najprędzej wyjść i

przed siebie – dokądkolwiek, bez pośpiechu – iść.

 

Niemal wszyscy gdzieś przemykają w pędzących

samochodach. Gdzież jadą? I dlaczego aż tak szybko?

Co – lub kogo – chcą dogonić? Stracony czas?

Samych siebie? Może chcą zdążyć na coś? Na co?

 

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć.

Bo dokąd, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolną stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

 

I oddychać nim. I poczuć jego zapach, smak i lekkość.

Jeszcze wiele wokół ponurych twarzy: jakby myśli

cięższe były od powietrza. I nigdzie żadnego uśmiechu.

A przecież wystarczy dostrzec wiosnę, jej światło.

 

I jak nagle coraz więcej blasku się staje. I ciągle

z każdą chwilą – przybywa, ogromnieje… stąd

i tak naprawdę nie wiadomo dokąd. Bo żadnym

zmysłem, nawet wyobraźnią, już nie do ogarnienia.

 

2003 r.

 

 

ZŁOTO I BIEL

(Albo: Zniewoleni światłami października)

 

Złoto i biel. I wokół, i więcej nic,

– prawie nic? – tu nie ma. Może jeszcze

tylko – wszędzie – ponad tą bielą – błękit.

I jeszcze na chwilę… my – zniewoleni? –

 

światłami października. Zasłuchani

w szelest – ptasich? – skrzydeł… Łabędzi,

których tu kilka obok nas przebywa?

Nie, raczej stada podniebnych aniołów.

 

One na promieniach Słońca w to miejsce

przybyły? Aby zaświadczyć, lecz o czym?

Że są? Czy dopiero świateł, ciszy trzeba?

Października aby je usłyszeć, nieomal…

 

zobaczyć? Bo skąd – i dlaczego – nagle tyle

w powietrzu bieli prawie przezroczystej

osypującej się lśnieniami jakby z piór, niby

z wielkich, niemal dotykalnych skrzydeł?

 

Staliśmy, zatem zachwyceni – zniewoleni –

światłami października. Nie mogąc, raczej

nie chcąc, zrobić kroku. Bo po co? I gdzie?

W powietrze – my? – lecz jakimże sposobem?

 

Na skrzydłach uniesienia? Wyobraźni?

Zachwycenia pogodą października? Szansą?

Bo jeszcze właśnie tu jesteśmy… zniewoleni

– już zewsząd – światłami października.

 

2003 r.

 

 

ZDUMIENIE

 

Oliwa, nareszcie wokół więcej drzew

niż ludzi i – najważniejsze: właśnie wtedy,

gdy na ławce na chwilę przysiadasz

niemal naprzeciw ciebie odzywa się kos.

 

Miałeś już wstać i w swoją drogę pójść

– w gorącym Słońcu kilka chwil siedziałeś,

chociaż od zatoki ciągnął jeszcze ziąb –

gdyby nie ten kos. Głos jego zatrzymał cię:

 

słuchałeś. A on najzwyczajniej gwizdał…

swoje: tak jakby do niczego innego

nie był tu stworzony. Bo chyba – nie jest.

Bo któż potrafi tak upiększać świat

 

samym tylko gwizdaniem? A może właśnie

wtedy dawał – tym gwizdaniem – popis

swoich możliwości? Bo to w tobie znalazł

słuchacza – wcale nie przypadkowego? Bo:

 

nie zauważyłeś by ktokolwiek przystanął

albo – tuż obok na wolnej ławce przysiadł.

I w zachowaniu, w obecności spacerujących

nie dostrzegłeś pośpiechu. Po to przecież

 

do parku przyszli. Ale czy kosa słyszeli?

Ot, „ptak śpiewa” zapewne myśleli o kosie.

I przed siebie szli. A czy wiedzieli: gdzie idą?

A czy gwizd kosa miał to samo lub tyle znaczyć

 

co kwitnące forsycje, co światła w powietrzu:

że nieodwołalnie wszędzie już trwa wiosna?

A może „nic” to wszystko wcale nie ma znaczyć?

Bo tak właśnie – nie inaczej i tutaj – ma być?

 

2004 r.

 

 

SPOJRZENIEM ZŁOCĄC – NIEWYOBRAŻALNE

(Albo: Dyptyk październikowy)

Epizod pierwszy

KIEDY STALIŚMY NA PRÓŻNO CZEKAJĄC SZCZUPAKA

 

1.

Kiedy staliśmy na próżno czekając szczupaka…

(Przez cały dzień nie zanurzył się ani jeden spławik). 

Niewiele wtedy działo się nad wodą. Oprócz tego,

że niemal zewsząd przybywał październik. W barwach,

 

jakie mogą zdarzać się jedynie… w październiku.

Ale nade wszystko – pojawiał się – w zapachach.

Odnaleźć można było w nich niedawny powab lata.

I jeszcze tę dal do Słońca: w blaskach, w rozzłoceniach.

2.

Nad wodą zatem trwała cisza. Czyżby szczupaki

już posnęły albo tak wcześnie odpłynęły w głębinę?

Na niebie od rana – tymczasem – przeciągały ptaki:

na południe, na południowy-zachód i na zachód.

 

Jak gdyby w jeden dzień chciały opuścić północ.

My staliśmy nad wodą spokojną i czystą: owładnięci

zapachami października. Zwolna zanikając na tle

barw jesieni i – wczesnego, zza jeziora – zmierzchu.

 

 

SPOJRZENIEM ZŁOCĄC – NIEWYOBRAŻALNE

(Albo: Dyptyk październikowy)

Epizod drugi

KIEDY DZIEŃ

– W ZIELENIACH I PURPURACH –

SPAĆ SIĘ KŁADZIE

 

Cóż może być piękniejszego aniżeli – w październiku –

barwa nieba po zachodzie Słońca? Jakież, zresztą słowa

te barwy oddadzą? Cóż jednak po słowach. Albowiem

niemożliwy do utrwalenia tych barw każdy inny sposób.

 

Poszukiwać farby, czułości taśmy filmowej, melodii?

Wszystko na nic. Zresztą, po co w ogóle zatrzymywać,

utrwalać jeśli dla nas wszystko chwilą. I – na pewno –

nie do powtórzenia. Cóż pozostaje? Niepochwytne „teraz”:

 

kiedy dzień – w zieleniach i purpurach – spać się kładzie.

I nas zachęca abyśmy również poszli za jego przykładem.

Bo o niepokojach dnia zapominamy patrząc przed snem

w niebo i spojrzeniem złocąc – Niewyobrażalne. Bo cóż

 

poza tym można uczynić aniżeli próbować przybliżyć się

– słowem? – do nieprzeniknionej tajemnicy nieba. Także i

w tej chwili: kiedy już dzień – nie zważając na barwy jakie

pozostawia, na nas nimi zachwyconych – spać się kładzie.

 

2004 r.

 

 

Motto:

 

„Każda strofa prawdziwego wiersza

jest dziwnym zwycięstwem nad niewyrażalnością”. 

 

Zygmunt Kubiak

 

WSZECHŚWIAT NADE MNĄ…

 

Wszechświat nade mną ma przewagę

niemal we wszystkim, ale „nic” nie wie

o tym? Bo jestem dla niego obojętny?

Bo jakby i mnie nigdzie tutaj nie było?

 

A przecież jestem wszędzie, gdzie być

mogę. I staram się poznać go, przybliżyć

do zmysłów. Ogarnąć ze wszystkich sił,

na które wciąż mnie jeszcze tutaj stać.                                            

 

O, cóż z tego, że każdego dnia umieram

– jak wszyscy – zbliżam się do Wieczności.

Ja o tym wiem, wszechświat – nie wie.

Kto, zatem – tak naprawdę – i nad kim ma

 

przewagę? Kto kogo może unicestwić?

Ja – zamykam powieki i już go nie ma

na mgnienie oka, ale… on nie wie o tym,

że – jeszcze? – ma nade mną przewagę.

 

2004 r.

 

 

JUŻ KWIECIEŃ…

(A zatem: nic tylko płynąć-lecieć ku Słońca wyżynom)

 

Uwielbiam. Uwielbiam powietrze o świcie.

I drogę wprost do Słońca. Mógłbym tak iść i iść.

Może zdążyłbym do Słońca dojść zanim ponad

horyzont się wzniesie? Może na mnie poczeka?

 

Jeszcze po ziemi idę, a powietrze mnie unosi.

Ach, ileż wokół już światła, ileż blasku, błękitu.

Jakże czuję się lekko: idę czy już lecę-płynę?

Jakbym skrzydła miał, lżejszy był od powietrza.

 

Błyszczy ziemia od szronu, uśmiechają się ludzie                            

z gwiazdką blasku w źrenicach. Biegną szybko

jak zazwyczaj o świcie. Chciałbym im powiedzieć:

nie pędźcie już: w taki świt można lecieć-płynąć.

 

Unieść się ponad siebie. Ponad codzienność stąd.

Nieprawda, że nie ma od niej odwrotu. Można

o niej zapomnieć, wznieść się – odpłynąć. Zostać

tu aniołem-ptakiem chociażby przez jeden świt.

 

Wiem, nie dojdę do Słońca, nie zdążę choćbym

bardzo się spieszył. Światła już wysoko na niebie.

Mogę zostać tutaj: w powietrzu i płynąć. Płynąć?

Płynąć! Wśród blasku lecieć ku Słońca wyżynom.

 

2005 r.

 

 

DWA WIERSZE Z PUSZCZY PISKIEJ

Pierwszy

PÓŹNA NOC LIPCOWA

 

Ach, te gwiazdy: są nareszcie, tylko unieść głowę

i w nie patrzeć w pełnej lipca krasie. I zobaczyć To

– przez nie – czego stąd nie widać. A jest przecież.

I co zachwyt wzbudza. A także niepokój. Albowiem

 

i ja – niedostrzegalny – przemijam w cieniu Ziemi,

podczas gdy one – na zawsze dla mnie wieczne –

Tam i tutaj zostają. Bo na zawsze są. Nawet wtedy,

gdyby ani mnie, ani nikogo w tym miejscu nie było.

 

Noc. Późna noc lipcowa. Widne od gwiazd ponad

Puszczą Piską niebo. Krótka noc: zachód następuje

niemal w tym samym miejscu co wschód. Właśnie

nocą można prawie wyczuć jak obraca się Ziemia.

 

Na puszczę z napowietrznych przestrzeni zdążyła

już opaść rosa. A wraz z nią srebrny pył gwiazd.

I już nie jestem tym, kim przed przyjazdem byłem,

chociaż to tylko jeszcze jedna, późna lipcowa noc.

 

 

DWA WIERSZE Z PUSZCZY PISKIEJ

Drugi

ACH, JAK CICHO, JAK CZARNO, JAK MROCZNO

 

Ach, jak cicho, jak czarno, jak mroczno.

To puszcza podchodzi pod okno i patrzy,

i zagląda swoimi czarnymi oczami. Oplata

chatę i mnie. I nie mogę, nie mogę zasnąć.

 

Może gdybym po przyjeździe się z puszczą

poznał, poszedł – za dnia – na skroś drzew,

próbował jej powab odszukać, może gdybym

posłuchał jej szeptów, może i ja mógłbym spać?

 

I wtedy mógłbym wędrować pośród leśnych

ciemności. I sen być może nie byłby tylko

snem? Bo wszędzie ją widzę i słyszę. I czuję

jej dotyk. Wydaje się – nie! mam pewność –

 

że jest tuż obok mnie. Więc ułożyć się z nią 

do snu? Tym bardziej nie mogę spać. Zaraz

wyjdę na dwór? Na próżno. I tu wszędzie jest.

Do rana nie zasnę. Cyt, niech dzieje się, co chce.

 

2005 r.

 

 

Motto: 

 

„A piękno, które lśni i jaśnieje złocistymi popołudniami października –

któż zdołałby je pochwycić?”.

 

Ralph Waldo  Emerson

 

PAŹDZIERNIK – JAKBYŚ PRZYBLIŻYŁ SIĘ…

 (Albo: Słuchając Nokturnu ES-dur op. 9 nr 2 Fryderyka Chopina)

 

Nie ma nic piękniejszego aniżeli październik,

kiedy zewsząd pod stopy złoto ci się kładzie

liści i Słońca. Zupełnie jakbyś po promieniach

szedł. I coraz bliżej był… Bliżej Kogo, Czego?

 

O, liście w kolorze purpury, szkarłatu, karminu i

brązu… I we wszelkich odcieniach złota i jesieni.

Tylko w październiku te barwy spotykasz. I niebo

– po zachodzie Słońca – w jasnozielonym kolorze.

 

W październiku, zatem – kiedy Słońce – jakbyś

cały dzień po promieniach chodził. Jakbyś w złocie

liści brodził. Spójrz, ileż złota na stopach masz.

Ileż złota w powietrzu, ileż ciszy, zastanowienia.

 

Bo październik trwa zazwyczaj tylko jeden miesiąc.

Czasami – nieco dłużej. Niekiedy pozostaje cały

rok… oczekiwanie na jego barwy. Na jego światła.

I nic nie pomoże oglądanie się wstecz. Ty czekasz

 

na jeszcze jeden, ten w tym roku, październik. Tak

jakbyś chciał doznać… jego pogody, lecz nie tylko.

Bo kiedy nagle zewsząd aż tyle barw, blasku, świateł

to  jakbyś przybliżył się… Lecz do Kogo, do Czego?

 

2005 r.

 

 

Motto: 

 

„I gdy stoję na gołej ziemi, 

z głową skąpaną w rozsłonecznionym powietrzu i

sięgającą nieskończonych przestworzy, 

pryska wszelki mój nędzny egotyzm. 

Staję się przeźroczystym okiem, jestem niczym, widzę wszystko, 

przepływają przeze mnie prądy bytu uniwersalnego;

 jestem częścią czy cząsteczką Boga”.

 

Ralph Waldo Emerson

 

BEZ LĘKU

 

Pozostaję wciąż na tym brzegu zatoki,

bo nie wiem co mnie czeka na drugim.

Na tym – bezkres jesieni, Słońca i barw,

a nade wszystko światła i widzialności.

 

Szedłem nadmorską aleją, a wraz ze mną

przemieszczał się cały świat. (A może to

ja wychodziłem mu naprzeciw? A może to

właśnie świat wychodził naprzeciw mnie?).

 

Byłem zupełnie spokojny. Wiedziałem,

że nie zdarzy się nic nieoczekiwanego.

Nic, co mogłoby widzialność zniweczyć.

Nic, co mogłoby zniweczyć także i mnie.

 

Przystawałem, a wraz ze mną przystawał

cały świat. Bo właśnie tutaj mogłem znaleźć

schronienie. Wśród tego – stąd – świata. Bo

wokół mnie jesień, październik, jego barwy,

 

w których mogłem przystanąć, niemal

zaniknąć. Przystawałem na brzegu zatoki,

a potem szedłem dalej. A wraz ze mną 

przemieszczał się jesienny – stąd – świat.

 

2005 r.

 

 

Motto:

 

Здесь хорошо

 

Здесь хорошо…

Взглни, вдали

Огнём горит река,

Цветным ковром луга легли,

Белеют облака.

 

Здесь нет людей…

Здесь тишина…

Здесь только Бог да я.

Цветы, да старая сосна,

Да ты, мечта моя!

 

Да ты, мечта моя!

 

Галина Эйнерлинг, Глафира Адольфовна – поэтесса

 

 

W TEMPIE ANDANTE [1]

 

Dobrze mi tu. W tempie andante idę

przez zimę. Naprzeciw czemu nie wiem sam.

Jest mi tu dobrze, wiem co mnie spotka.

Nie wiem co się wydarzy w następny dzień.

 

Ech, zima, zima. Znikam w tumanie:

nie wiem, gdzie góra, nie wiem, gdzie dół.

Nie wiem nawet gdzie w prawo, w lewo.

Idę, czy lecę? Wszędzie wiruje śnieżny pył.

 

Nie wiem, gdzie jestem. Ach, do domu

trafić i spojrzeć na zimę zza okna już?

Ale nie czułbym wtedy dotknięcia bieli.

Dotknięcia Tego, co stamtąd, już tutaj, jest.

 

Dobrze mi tutaj: żyję, w tempie andante

mogę przez zimę iść. Czego chcieć więcej:

życie jest chwilą. Kto wie, czy Tam zimę

napotkam i znowu powiem: „dobrze mi tu”. 

 

2007 r.

 

 

Motto: 

 

„Bo powodem dla wiary 

może być przecież zachwyt nad pięknem natury.

Przypomina mi się w tym miejscu początek

Psalmu 19 Niebiosa głoszą chwałę Boga.

Natura jest piękna sama w sobie,

ale przecież może odnosić się do czegoś, co jest poza nią.

Jeśli ktoś to dostrzega,

to może być to dla niego początek wiary religijnej. 

Dla mnie np. taki zachwyt

nad naturą był ważny i pozostaje ważny teraz”.

 

Alister McGrath,

prof. teologii historycznej na Uniwersytecie Oksfordzkim

 

DYPTYK

„CZYŻ MOŻE BYĆ WIĘKSZE ŚWIĘTO?”

Wiersz pierwszy

O, UZDRAWIAJĄCA OBECNOŚCI JEZIORNYCH WIDOKÓW

 

Czyż może być większe święto – na tle takich samych godzin –

niż o świcie jezioro odwiedzić? Czyż może być święto większe,

niż nad wodą stanąć: przejrzystą i nie wystygłą, nie wygasłą

– mimo chłodnej nocy – z ciepła, z blasków poprzedniego dnia?

 

Czyż może być większe święto niż do jeziora wejście: choćby i

do pół łydki, po kolana? O, głębiej wejść i… Nie, nie popłynąć,

lecz zatrzymać się przed głębią nie znając jej ani dna, ani końca.

Zatrzymać się w ciszy i spokoju. W dotykach i blaskach wody.

 

Czyż może być większe święto? Oto za lasem zostają, za wodą

sprawy, nawet wszystkie troski i choroby, które – nam – wydają się

nie do pokonania. Nad jeziorem, nad wodą prawie nie ma ich.

Jeśli nawet są to wspominane ukradkiem: półszeptem, półsłowem.

 

O, uzdrawiająca obecności jeziornych widoków stwarzana

naszymi oczyma. Widzisz, czujesz, dotykasz… Czyż wtedy może

być większe święto? A, zatem jeśli nad jeziorem jesteś: czyż

ponad jego obecność jeszcze czegoś więcej naprawdę ci trzeba?

 

 

DYPTYK

„CZYŻ MOŻE BYĆ WIĘKSZE ŚWIĘTO?”

Wiersz drugi

A NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI ŚWIT 

ZAGLĄDAJĄCY PRZEZ OKNO UCHYLONE

(Albo: Słuchając Et incarnatus est

Wolfganga Amadeusza Mozarta)

 

Czyż może być większe święto niż od rana usłyszeć

głos Barbary Hendricks śpiewającej W. A. Mozarta 

Et incarnatus est? Co bardziej podziwiać: jej głos,

słowa Et incarnatus est czy tę „nie-ziemską” muzykę?

 

A na wyciągnięcie ręki świt dyskretnie zaglądający

przez okno uchylone. I te zapachy sierpniowego świtu.

Czy ktoś zdoła je rozpoznać, uchwycić, zapisać?

A nawet jeśli by mu się udało to jakimże sposobem?

 

Bo czy te zapachy, przestrzenie, światła sierpnia są

do rozpoznania, do uchwycenia, i do zapisania? I co

bardziej podziwiać głos Barbary Hendricks, słowa

Et incarnatus est, czy muzykę W. A. Mozarta?

 

A na wyciągnięcie ręki świt zaglądający przez okno

uchylone. A może nie rozpoznawać, nie próbować

uchwycić, nie zapisywać niczego: niechże świt – jak

głos Barbary Hendricks, jak muzyka Mozarta – trwa.

 

2007 r.

 

 

BALLADA O DESZCZU

 

Dusznym popołudniem i ja na burzę czekałem.

Zbliżała się z południowego zachodu: jak prawie

każda burza. Nie było czym oddychać. Pociemniało

a potem ucichło: wszystko wtedy na tę burzę czekało.

 

Patrzyłem jak zbliża się: silniejszy powiał wiatr i

łąka w jednej chwili w zieloną harfę się przekształciła.

Powietrze i cała przestrzeń uniosły się, rozpędziły

by nieoczekiwanie zaraz… zwolnić. I już po burzy było.

 

Z wielkiej, czarnej chmury niewielki deszcz spadł.

Był… niewidzialny. Czułem mimo to jego delikatne

dotknięcia na stopach moich. (Albowiem czekałem

burzy siedząc na balkonie). Milszego dotyku – jak żyję –

 

nie pamiętam. (A może tak mi się wydaje, że nie

pamiętam?). Dosyć tego, że ten deszcz delikatny był i

dotykając moich stóp jakby szeptał: „Chodź ze mną,

ponad łąkami pójdziemy niewidzialni, ponad drzewami

 

przez całą okolicę i tam, gdzie tylko chcesz. Nie będzie

dla nas żadnych przeszkód. Ani przestrzeni również

nie do zdobycia. Wystarczy byś wstał – no chodź, pójdź

śmiało – i poszedł ze mną już na nic nie zważając”.

 

Nie wiem dlaczego tego deszczu nie posłuchałem.

Chyba nie uwierzyłem, że mógłbym wraz z deszczem

unosić się nad okolicą. Ale jeżeli cokolwiek jednak

po tym deszczu mi zostało to ta lekka fraza wiersza

 

jaką starałem się tych kilka moich wrażeń zapisać.

Gwałtowne, bowiem burze i deszcze nadchodzą i mijają.

Jak to w lecie bardzo często, niemal na co dzień,

się przytrafia. A taki – prawie niewidzialny – deszcz,

 

który szybciej niż atrament tego wiersza wysechł

nieczęsto się zdarza. Czy to na pewno tylko deszcz był

nie jestem pewien. Ale niech już tak pozostanie, że w

Widzialnym można doznać dotknięcia…. Niewidzialnego.

 

2007 r.

 

 

A DLACZEGO MIELIBYŚMY

TEN ŚWIAT ZROZUMIEĆ?

(Albo: Tymczasem muszą mi wystarczyć doznania dnia codziennego)

 

A dlaczego byśmy mieli ten świat zrozumieć?

Świat jest jaki jest: niektórym „łatwo”… „trudno”

niektórym go zrozumieć. Niektórzy nigdy go

nie zrozumieją. Albowiem nie chcą go zrozumieć.

 

A czyż od razu „rozumieć” trzeba i nic już

zdziwieniu, Tajemnicy nie zostawiać? O, tak

rozumiejąc jesteśmy jak gdyby bliżej Niego.

Lecz jak blisko Niego jeszcze można podejść?

 

Tymczasem muszą mi wystarczyć doznania

dnia codziennego. Doznania zbliżające mnie

do Niego. Niekiedy wątpię, nie zgadzam się,

lecz wiem, że jest… we wszelkim stworzeniu

 

świata tego, który na wyciągnięcie ręki – jest.

Świata, który co dzień przede mną stwarza i

pokazuje. Świata, przez który mnie prowadzi.

Bo i przecież nic nie dzieje się samo z siebie.

 

Oto mrok coraz wcześniej zapada i noc – jak

to jesienią – wcześniej nadchodzi. Czyjeż to

dzieło, jak nie Jego? To On planety obraca i

rozpala gwiazdy i nawet To, co jeszcze dalej,

 

znacznie dalej poza nimi. I pokazuje jaki jest

drugi człowiek w swojej rozpaczy, zwątpieniu

lub nienawiści… I w miłości pokazuje jak Kogoś

drugiego spotkać. Wystarczy tylko odnaleźć go.

 

Rozumiem, czy nie rozumiem ten właśnie świat

do Niego mnie zbliża. Najbardziej wtedy, kiedy

sam jestem i gdy słyszę słowa: jak pierwszy wers

do zapamiętania – do zapisania? – mi podpowiada.

 

2007 r.

 

 

DWA WIERSZE NAPISANE W JURACIE

(Albo: Słuchając De laube à midi sur la mer z La Mer Claude’a Debussego)

Pierwszy

A TUTAJ – TYMCZASEM – NIE  DZIEJE SIĘ „NIC”? 

 

Na pozór „nic” nieznaczący czas, bo nie dzieje się „nic”:

oprócz tego, że szumi morze, wieje wiatr, świeci Słońce i

ludzie – w tym krajobrazie chyba jak najbardziej zbędni –

idący skądś – dokądś. Dokąd i skąd czyż naprawdę wiedzą?

 

I ja jestem na skraju tego krajobrazu, na skraju światłości.

Czego tutaj szukam, czego nie zgubiłem? A czyż odnaleźć

chciałem? Pozostaję wciąż z przekonaniem: czy tu byłbym

czy nie i tak wszystko bez jakichkolwiek zmian by pozostało.

 

Skąd zatem, po co, tutaj moje odwiedziny: w Juracie albo

w jakimkolwiek innym miejscu? Bo przybywam jedynie

Tam, gdzie mogę przybyć? Lecz… ileż takich miejsc, gdzie

nigdy nie będę? Bo czyż życie nie jest najdłuższą podróżą?

 

O, czyż nie wystarczy lot Ziemi na wskroś planetarnych i

gwiezdnych przestrzeni? Czyż może być wspanialsza podróż

przez te kilkadziesiąt lat życia? Bo tutaj nie dzieje się „nic”:

oprócz tego, że „morze szumi”, „wiatr wieje”, „Słońce świeci”?

 

 

DWA WIERSZE NAPISANE W JURACIE

(Albo: Słuchając De laube à midi sur la mer z La Mer Claude’a Debussego)

Drugi

SŁUCHAJĄC MORZA,

KTÓRE „COŚ” MI CHCIAŁO POWIEDZIEĆ 

 

Szedłem, a w pewnej chwili przystanąłem. Przysiadłem

na stromym brzegu morza. Szum wody mnie zatrzymał.

Chociaż – jak to na brzegu morza – cały czas szumiało.

Czy ta woda tak… bezprzyczynnie szumi, czy też chciała

 

mi „coś” – co? – w swoim języku powiedzieć. Słuchałem

nie rozumiejąc niczego. A czyż zrozumieć miałem nie

znając ani słów, ani zdań, ani składni, ani alfabetu nawet?

Mimo to słuchałem i nie chciałem już nigdzie odchodzić.

 

Ani w ten dzień, ani w inne dni. Słuchałem nie rozumiejąc

niczego. A czyż rozumiem co do mnie wiatr mówi, co

mówią do mnie drzewa: ta „cała” wszechogarniająca mnie

Przyroda? Jakimż – ja, człowiek – jej „panem” jestem?

 

Jeśli już, to na tyle, ile zobaczyć, usłyszeć, dotknąć swoimi

– jakże niedoskonałymi – zmysłami potrafię. Słuchałem

jak szumi morze. Ileż – tego jestem pewien – powiedzieć

mi chciało. Ja mogłem tylko słuchać. A, zatem – słuchałem:

 

2008 r.

 

 

IM BLIŻEJ KU JESIENI,

TYM PIĘKNIEJSZA POGODA

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

Ubywa dnia. Odleciały już kukułki i wilgi.

Za to zatrzęsienie – gawronów i kawek.

Także poszukiwania kosów na nic się zdały.

Nie napotkałem ich ani w zapomnianym

parku oruńskim, ani w parku oliwskim,

zadeptanym w to lato od krańca do krańca.

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

I wcale nie jest smutniej ani nostalgicznie,

że kukułki i wilgi nam lato zabrały. Wręcz

przeciwnie: to, co najciekawsze dopiero się

rozpoczyna. Bo to dzięki barwom jesiennym

staje się jakby „wyżej” i „dalej”. Bo nikt nie

wie dokąd tak naprawdę te barwy prowadzą.

 

Im bliżej ku jesieni, tym piękniejsza pogoda.

Ptaki odlatują. Tłoczno się robi w powietrzu.

Kto wie, czy w tych szelestach anioła lub

zgoła niebianina jakiegoś można by dostrzec

jak na promieniach słonecznych tu do nas

jedzie. Ale tych lśnień, z ich skrzydeł, zapewne

tylko sam Jacopo Tintoretto by się dopatrzył.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Aż nie chce się siedzieć w domu, gdy tyle

wokół w powietrzu lśnień, odległości i woni

z dojrzewających ogrodów. Niebawem, pod

wieczór zapewne i tak się przydarzy, że ktoś

zamiast papierówki – tej z najwyższej gałęzi –

zerwie znienacka najbliższą planetę lub gwiazdę.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Ale lato tymczasem w najlepsze trwa. Ubywa

dnia, ale dopóki wieczorem barwa nieba na

ciemnojabłkowozieloną się nie zmieni – jak

to pod jesień –  jeszcze nie raz lato nam zagra

w południe upału złotą fanfarą. O, na zawsze

zatracić się w tym rześkim, sierpniowym upale.

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

Siedziałbyś całe dnie – gdy upał – w cieniu drzew.    

Czy jest coś wspanialszego niż drzewa,

ich cień, szelest liści i cieni? A sierpień, niestety,

bez ustanku trwa tylko trzydzieści jeden dni.

O, sierpniu pozostań z nami dłużej. A gdyby

dni chociażby kilka sam wrzesień ci odstąpił?

 

Im bliżej ku jesieni tym piękniejsza pogoda.

A ja na październik czekam. Na „złotą polską

jesień”, na „babie lato”. Światła i dnia ubędzie,

ale za to ileż pojawi się w purpurze, w szkarłacie,

w złocie barw na ziemi, w powietrzu i na niebie.

Ileż spokoju stąd i aż nie wiadomo dokąd, jeżeli

– tak samo jak w sierpniu – pogoda się przydarzy.

 

2008 r.

 

 

CZERWIEC

 

Unoście się zielone, powietrzne tonie czerwca.

Aż pod samo niebo, jeszcze wyżej – unoście się i

zabierzcie mnie ze sobą. Albo – nie. Zostawcie,

zostańcie ze mną aż do końca lata. Nawet dłużej.

 

Do jesieni. Na zawsze. Niechby czerwiec i cały

rok trwał. Ach, te dni: bez początku i końca są.

Nocy – nie masz, więc i nie chce się spać. Albo:

ledwo się położysz – zdumiony, że jasno – a tu

 

trzeba wstać. To światło cię budzi, a właściwie

bezustannie trwa. Tyle tego światła, że nawet

dzień pochmurny albo deszcz nie przysłonią go.

Wręcz przeciwnie: masz wrażenie – pewność –

 

że to nie deszcz, lecz światło… „pada”. Ktoś

nazwał, że są to… „białe noce”? Raczej, chyba

– bezustanne dni. No i te zapachy: już sam nie

wiesz, co bardziej pachnie. I skąd to wszystko:

 

te zapachy, te światła, te dni jakby bez końca…

się bierze? Zapewne można obliczyć, obmierzyć,

wytłumaczyć, ale ja nie wierzę w magię liczb,

fizyki i równań. Wolę zanurzyć się w zielonych,

 

powietrznych toniach czerwca. Wolę znikać

w nich. Tak, aby nikt nie odróżnił kim, raczej

– w ten czas – czym jestem: może… drzewem?

A może w świetle, w wietrze, drżącym listkiem?

 

2011 r.

 

 

NOC CZERWCOWA

 

Noc to, czy już dzień o trzeciej nad ranem…

Czerwiec, jakaż cisza, nawet ptaki śpią.

Ja – nie śpię. Bo cóż, że światłopowietrze

przez uchylone okno płynie… Lecz duszno.

Ja nie mogę spać. Czekać. Przeczekać do świtu.

 

Zaraz, za kilka chwil, Słońce wstanie.

Czekam. Jakże czekanie się dłuży.

Ach, zasnąć, spać do rana. Już się nie obudzić?

Słońce nie poczeka i tak wstanie.

Nowy dzień się zacznie. Taki sam jak wczoraj.

 

Tyle że czerwcowy. Już piąta.

Słońce właśnie wstaje. Gaszę lampkę –

Słońce przez okno zagląda. Gdzieżeś

– skryła się – nocy? Świeży chłód poranka

nie przynosi ulgi. Ach, zasnąć. Spać? Spać!

 

Ja w dzień nigdy nie zasnę. Nie mogę.

A ten zapis, który miał być

o czerwcowej nocy nieprzespanej

zamienił się w oczekiwanie: sam już nie

wiem na co. Przybywa coraz więcej światła.

 

Odgłosy miasta słychać: karetki pogotowia,

szum – coraz głośniejszy – aut… Ktoś

bardzo się śpieszy. To już miasto stanęło

na nogach. A przecież ponad wszystkim trwa

bezustanna noc. Wcale nie czerwcowa.

 

2011 r.

 

 

LIPIEC

 

… jak dzień lipcowy oddycham. Ech, po co

mi podróże do krajów nieznanych. Bo i ci,

którzy tam byli, nie potrafią nic opowiedzieć.

A mój kraj to… lipiec, który nie ma granic.

 

Bo jakże wyznaczyć granice zapachów lip

kwitnących albo jak rzekę wiatru ujarzmić?

Oto jedna z takich rzek powietrznych gdzieś

mnie ze sobą zabiera. Ach, dokąd mógłbym

 

jeszcze dotrzeć gdybym stał się wiatrem?

A tak… lipcem oddycham. I wydaje mi się,

że lipcem jestem i od razu siebie, sprzed lat,

odnajduję, kiedy jeszcze chłopcem byłem.

 

Pod semaforem pociąg przystawał, pachniał

żelazem, parą i wiatrem. Gwizdnął, ruszył i

powiózł ze sobą przestrzeń. Znikał, ja stałem,

zazdroszcząc, że muszę zostać, gdzie jestem.

 

Były wakacje, lipiec, jak teraz, i wszędzie: aż

po horyzont i do nieba też było blisko. Nikt

nie myślał o podróżach. Zresztą: po co i gdzie?

A gwiazdy wisiały tak nisko, że tylko je brać.

 

Czasami brakuje mi tamtych przestrzeni, lecz

kiedy lipcem zapachnie już jakbym był tam.

W miejscu, którego już nie ma, chociaż jest:

kiedy pod lipą wezmę nieco większy oddech.

 

2011 r.

 

 

„JEST ŚLICZNIE”

 

„Jest ślicznie” – tak zamiast „dzień dobry” sąsiad

mnie wita wynurzając się z blasków października.

„Jest ślicznie” – powtarza i cały ozłocony Słońcem

powoli do mieszkania wchodzi. W blasku się zamyka.

 

Bo właśnie taki, „śliczny” – jeśli chce – może być

październik – uśmiecham się w odpowiedzi i na dwór

wychodzę. A więc wreszcie doczekałem się  – już sam

nie wiem czemu (Komu) mam za takie dni dziękować.

 

Bo chyba żaden miesiąc „nie przebije” słonecznych,

ciepłych, „ślicznych” października dni. Może jeszcze

czerwiec – kiedy trwają jasne, jakby bez końca dni –

mógłby ze „ślicznym” październikiem konkurować.

 

Albo któryś z cichych, śnieżnych, zimowych miesięcy…

Zamiast powabu bieli, nawet kiedy z nieskończonością

się łączy, wolę stąd purpury, brązy, złota października.

I jeszcze tę dal słoneczną sięgającą nie wiadomo pokąd.

 

I mógłbym – ponad ogrodami, po promieniach, poprzez

mgły i chmury – wejść do samego nieba. Ale przedtem,

gdy jest aż tak „ślicznie” powinienem, za to wszystko, co

mam tutaj, w blaskach października, Komuś podziękować.

 

2012 r.

 

 

CHCIAŁBYM WIERSZ NAPISAĆ:

TAKI,

ABY BYŁ MARCA OZDOBĄ

 

Chciałbym wiersz napisać: by stał się ozdobą

marcowych – wciąż zimowych jeszcze – dni.

O, wiersz napisać niby jaśminowiec wonny tak,

by wiosną zapachniało i cieplejsze stały się dni.

 

Rozglądam się: dni już tak przestronne, że czas…

już najwyższy czas, aby je przewietrzyć, światłem

napełnić. Tak, czekam na rychłą zmianę pogody.

Niech wiatr wiosną zaszeleści, deszczem podzwoni.

 

Gdzie szukać natchnień, kiedy pochmurno i zimno.

Z książek? Wiele, a niektóre po wielokroć, czytam.

Ach, jakże chętnie… audiobooka posłuchałbym,

który mi wiosennie jeden, drugi, trzeci listek opowie.

 

Oto mały cud marcowy na niebie: nad zachodnim

horyzontem, w sąsiedztwie cienkiego sierpa Księżyca,

kometa PanStarrs świeci. Kto ją tam wypatrzy. Nieba

nad miastem tyle, co małe okno. Ile gwiazd pomieści?

 

O, taki wiersz napisać, aby marca był ozdobą. Bo:

ileż jeszcze mam czekać aż przebiśniegi się ockną

a ptaki zaczną śpiewać. Zresztą: skąd wiedzą kwiaty

by – rosnąć, ptaki – by śpiewać? No, skąd wiedzą?

 

2013 r.

 

 

WEDŁUG „ZAMYSŁU BOGA”

 

Nie myśleć o przyszłości.

Nie zastanawiać się: co było.

Nawet nad „osobliwością”.

Choćby i „początkową”. Żyć chwilą.

 

Żyć tym, co od ciebie zależy.

(Jeśli zależy). O, gdyby tak poznać

Mind of God – „zamysł Boga”.

I nic nie chcieć więcej. Żyć chwilą.

 

Gdzieś jednak granice fizyki

się kończą. A może lepiej nie

wiedzieć o tym. Obserwować, jak

skądś wiosna nadchodzi. Żyć chwilą.

 

Czy chmury wiosennie już

płynące pytają: jak, dokąd płynąć?

A listki forsycji – czy rosnąć?

Ptaki – czy śpiewać. Żyć chwilą.

 

Wiersz: „nadawanie znaczenia

rzeczom i doświadczeniom”. I po to

„żeby uratować to, czego nie

dałoby się w inny sposób zachować”[2],

 

czyli: żyć chwilą. Życie jako

jedyna chwila według „zamysłu Boga”.

Chwila, po której co będzie lepiej

nie wiedzieć. Żyć wierszem. Żyć chwilą.

 

2013 r.

 

 

WIELKIE PIĘKNO

 

Wielkie piękno to wcale nie… Wielkie piękno

Sorrentino, lecz Osiem i półSłodkie życie i

Amarcord Federico Felliniego. Wielkie piękno

to majowy zapach deszczu. Wielkie piękno to…

 

po majowym deszczu – kałuże, w których miasto

przygląda się swojej urodzie. Wielkie piękno to

i sopran Jackie Evancho. Ileż najwspanialszych

doznań, zachwytów zawdzięczasz temu sopranowi.

 

Wydawać by się mogło, że bezpowrotnie dzień

po dniu tracisz, nie zyskujesz (chyba jednak

nigdy nie zaprzestaniesz wschodów Słońca

kolekcjonować). Zyskujesz zatem, wystarczy

 

tylko trochę poobserwować, zapatrzeć… Albo

zasłuchać się w gwizd kosów, w głos Jackie.

Nie czekać na to, co – i tak prędzej, czy później

za jakiś czas, na pewno – i tobie tutaj się przydarzy.

 

Kolekcjonuj zatem wielkie piękno wschodów

Słońca (bo cóż to jest, budzić się  o czwartej

nad ranem?). Kolekcjonuj każdy dzień majowy.

A przecież do kolekcji i czerwiec warto włączyć.

 

A wieczorem pogodnym szukaj – tuż ponad

Wegą, Lutnią w Herkulesie – bliźniaczej

siostry Słońca. (Gdyby ktoś ciebie wyglądał

stamtąd, adres jest prosty: Droga Mleczna,

 

Ramię Oriona, jakieś 26 tys. lat świetlnych

od centrum Galaktyki). Póki co jeszcze

jesteś tutaj, gdzie na co dzień wielkie piękno

to także niepowtarzalny zapach rzepaku,

 

jego kolor niby ten sam rok w rok. Tylko ty

bliżej jesteś: dzień po dniu, krok po kroku …

wielkiego piękna. Jeśli ono gdzieś Tam –

za Słońcem, za jego bliźniaczą siostrą – jest.

 

2014 r.

 

 

LUBIĘ TO MIASTO

 

Lubię to miasto. Moje – w nim – ulice,

ścieżki i drogi. Bo najczęściej chodzę

po znanych mi ścieżkach i drogach.

Odnajdą je ci, którzy te wiersze czytają.

Czasami – jak to jest w moim zwyczaju –

przysiadam, pijąc herbatę albo zimny napój.

 

Tak jest przeważnie letnią porą lub

pod jesień. Moje miasto. Lubię je.

Dość często nie mogę wprawdzie znieść

tłoku, hałasu i najazdu turystów,

którzy bezustannie chodzą w tę i we w tę

po Długiej, Długim Targu. Tam i z powrotem.

 

Czekam aż minie sezon i te wszystkie

okolicznościowe imprezy „artystów”.

A także i te targi wypełnione po brzegi

artykułami i przedmiotami „made in China”.

I te wszystkie – nie wiedzieć, po co, i dla

kogo – imprezy, po których jest tylko zamęt.

 

W moim mieście najbardziej lubię

powszednie dni. I nawet tę coraz bardziej

śpieszącą się krzątaninę. Moje miasto.

Lubię je. Przed sezonem, ale i w listopadzie,

gdy wszystko zacicha, szykuje się Adwent,

a nad ulicą Długą wyraźniej gwiazdy zabłyszczą.

 

Niekiedy patrzę na moje miasto

z pobliskich punktów widokowych albo

z oddali. Jakaż jest w nim wtedy cisza i spokój.

Moje miasto gotykiem, który tak bardzo

lubię, trwa jakby w transcendencji. Potrafi

pokonać śmierć, przemijalność i skończoność.

 

Moje miasto. Lubię je. Nieskończone są

w nim ścieżki i drogi. Albowiem obok mnie

wciąż dzieją się jakieś nieistotne sprawy.

Podczas gdy to, co najważniejsze jest nade mną.

Niekiedy… także we mnie. Kiedy próbuję

– o moim mieście – tych kilka słów zapisać.

 

2015 r.

 

 

AKWARELOWY GDAŃSK

 

W Gdańsku, na św. Ducha, „gruby” deszcz mnie zastał.

Lało tak, że o mało na strzępy parasola mi nie rozerwało.

Nie było gdzie się schować (chyba, że w… monopolowym).

Lecz kryć się przed majowym deszczem choćby i gwałtownym?

 

A wtedy nie zobaczyłbym, jak „rzygacze” – strumieniami

wody – rzygają aż na środek ulicy. Tak w ten dzień lało.

Ale wnet, jak to maju, ulewa jak przyszła, tak i nagle ustała.

Gdańsk tak piękny się zrobił, jakiego przedtem nie widziałem.

 

Szedłem – ze św. Ducha … Mokrą, a potem Grząską.

(Doprawdy nie wiem, skąd takie nazwy ulic, na których

nigdy mokro, ani, tym bardziej, grząsko nie było. Na pewno

za to wąsko, ale są to ulice na południe, ku Słońcu, zwrócone).

 

Skąd to się wszystko bierze – myślałem, idąc – i ten

„gruby” deszcz, i te światła, i barwy po nim, i również te

tłumy majowe? Przecież deszcz nie pada dla samego siebie.

A te kolory: jakby ktoś się śpieszył, zanim szybko wyschną.

 

No i jeszcze moja obecność w tym wodnym pejzażu.

Czy jestem w nim przez przypadek? A to niewyraźne, jakby

małym pędzlem, pacnięcie? To mam być ja? Kiedy mi

Malarz tę akwarelę, gdy już będzie gotowa, być może, pokaże.

 

2015 r.

 

 

PRZED SNEM

 

Wspominam szczęście miejsc, gdzie mnie już nie ma.

Gdzie mogłem nocy czarnej dotknąć. Zanurzyć się

w jej zapach jaśminowy, w jej leszczynowy oddech,

gdy powoli zasypiałem przy „na wciąż” otwartym oknie.

 

Oto przetacza się od czasu do czasu – lecz niemal

bezgłośnie – parowóz ciemny tak samo jak mrok.

Słyszę, jak na stację wjeżdża – to daleko, lecz echo

niesie – a potem pogwizdując raźno, rusza w czarną noc.

 

A mnie wtedy do snu powoli kołysze cicha z kuchni

rodziców rozmowa, jakieś sponad sadów, sponad

pól odgłosy: poszczekiwanie psów, wesołe okrzyki

ciągnących – w Sadzawce, na czarno-złote karasie – sieci.

 

Sąsiad jeszcze nastawi gramofon z winylową płytą,

ktoś przejdzie cicho, gwiżdżąc modną wtedy melodię.

Ale wnet wszystko w czarnej nocy znika. Zasypiam.

I Międzytorze – pod nigdy nieśpiącym niebem – zasypia.

 

2016 r.

 

 

Motto:

„Istotnie śród wierszy dzisiejszych

roi się od wynaturzeń,

pretensjonalności i dziwactw”.

 

Kazimierz Wierzyński Pamiętnik poety

 

DYPTYK ATRAMENTOWY

Część pierwsza pt:

KUNSZT WIERSZA

 

Wiersz nowy – według Wierzyńskiego –

strofę porzuca. Uchyla się od rytmu i rymu.

Porzuca zasady „kanoniczne”, które do

niedawna o kunszcie poetyckim stanowiły.

 

W nowym wierszu „Słowo wychodzi

jak gdyby z habitu klasztornego i szuka nowej

reguły”. I „Wolne od przymusów wiersza

sylabicznego, wybiega nawet poza składnię”.

 

Kto dzisiaj myśli o tym, że „Wiersz, który

omija odbiorcę, omija także i mnie”. Kto dzisiaj

sobie z tego sprawę zdaje? Wiersz dzisiaj to

jest laptopowy wytwór, nie zapis rękopiśmienny.

 

Ach, gdzież piękny… trzynastozgłoskowiec,

w którym, i w strofie, jest wszystko tak, jak

być powinno. Być może tak, jak wracają różne

mody – ostatnio znowu moda na winyle trwa –

 

kiedyś moda na strofy, rytmy i rymy powróci.

I żeby także ktoś pojawił się taki jak – na przykład

 – Wierzyński, albo Baliński. Ja – osobiście,

 jako filolog polski – nie mam nic przeciw temu.

 

 

DYPTYK ATRAMENTOWY

 Część druga pt:

RĘKOPIŚMIENNY WIERSZ

 

A zatem tylko rękopiśmienne wiersze.

Jakoś nie mogę wyobrazić sobie

Balińskiego, który wiersze na laptopie klika.

Albo Wierzyńskiego, gdy wystukuje

na maszynie swój „prowincjonalny” wiersz.

 

Od zawsze pisze się inkaustem albo i –

pigmentowym (z minerałów dobywanym)

– tuszem. Wczoraj gęsim piórem, dziś

wiecznym piórem, lecz wciąż – atramentem.

Ach, te barwy atramentu. Któż je zliczyć zdoła.

 

A ta pewność: zapisane atramentem,

możesz skreślać, przekreślać, dopisywać.

A nie jak w laptopie lub komputerze:

naciśniesz nie ten klawisz i wiersz znika.

I teraz go z wirtualnej przestrzeni odzyskaj.

 

Oto Konopnicka w jakimś hoteliku pisze,

gęsim piórem, nowy – do Italii[3] – wiersz.

Dlatego, że są w tych wierszach uczucia i myśli…

rymy i rytmy… trwają one – rękopiśmiennie,

atramentem – piórem zapisane … do tych pór.

 

2017 r.

 

 

SKRAWEK NIEBA

 

Pozostał mi nie więcej niż, ot! skrawek

nieba. Do Słońca też dojścia nie mam.

I światło gwiazd jak do ciemnicy wpada.

Księżyca twarzy jasnej już nie zobaczę.

 

Drzwi na balkon uchylam, huk miasta

bezustannie leje się i leje. Jedynie

na kilka godzin nocy hałas przycicha.

I jakby… „gra muzyka” – przestworzy.

 

Sen? Gdzie snu szukać, gdy tuż obok

– za ścianą, za sufitem –  jakby „szła”

hala fabryczna. Dzień w dzień, noc w noc

słuchać ciężką pracę fabrycznych turbin.

 

Któregoś dnia za miastem jesteśmy.

Od razu krzyknąć chcę: „Przystańmy”.

To jawa czy sen: ta otwarta przestrzeń,

owa powietrzność od krańca do krańca,

 

że nie chce się wierzyć: to może być

naraz aż tyle błękitu i światła?  I można

niemal pić go aż do zachłyśnięcia,

bez granic? Nie wiadomo: jechać dalej,

 

czy zostać i patrzeć jak – dając mi

jakieś znaki – niebo w postaci gwiazd

spadających Stamtąd – gdzie wcale

mi nie śpieszno – wieści mi przesyła.

 

2017 r.

[1] Utwór ten powstał pod wpływem śpiewu Anny Netrebko wykonującej Pieśń op. 21 no. 7 Siergieja Rachmaninowa do słów Galiny Ejnierling Здесь хорошо.

[2] Cytaty pochodzą z wypowiedzi Edwarda Hirscha (1950), amerykańskiego poety i krytyka.

[3] Maria Konopnicka, Italia, Warszawa 1901 r., Wydawnictwo Gebethner i Wolff (druk u Anczyca w Krakowie), ss. 201.

Opinie o książce  

 

Jan P. Grabowski

JAK SZELEST JEDWABIU

Wiersze znane i zapomniane

z lat 1977–2017

 

 

O istocie rzeczy świata tego i Tamtego

– poezja Jana Piotra Grabowskiego

dr Anna Stempka

 

W tej poezji ciągle brzmią Pawłowe słowa: „to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9). Konsekwentnie więc ta niemożność sensualnego ogarnięcia oznacza dotarcie do końca ziemskiego wymiaru bytu. W ten sposób mówiący uświadamia sobie istnienie dwóch światów: poznawalnego zmysłowo, a więc ziemskiego i tego, który zaczyna się na końcu percepcji sensualnej. Dzięki temu ograniczeniu podmiot wie, kiedy już zbliża się do „Niepoznanego” i wówczas świadomie dotyka obydwu rzeczywistości.(…)

O ile w tradycji biblijnej i literackiej szczególnie eksploatowany był zmysł wzroku do poznania Boga, o tyle u Grabowskiego częściej w takich sytuacjach wykorzystywany jest dotyk. Pozostaje to w zgodzie z przekonaniem Guittona, który uważa, iż ten zmysł „w większym stopniu niż inne stwarza złudzenie możliwości wniknięcia w głębie bytu”[1]. Niekiedy więc tak, jak to zostało wcześniej pokazane, spadający śnieg odbierany jest jako dotyk Boga. Kiedy indziej, gdy podmiot całym sobą wtapia się w naturę, czuje się pewnym „dotykalnej – nieobojętnej – Jego tu obecności”. Co ważne, jest przekonany, że to nie on został dotknięty, ale że dotknął Boga poprzez kontakt z przyrodą. Tym samym, nie oddziela on, tak jak to uczynił Bacon, doświadczenia zmysłowego i mistycznego. Dla niego raczej zachodzi między nimi związek warunkowy – wymienione tu jako pierwsze generuje to drugie.

dr Anna Stempka[2], O istocie rzeczy świata tego i Tamtego – poezja Jana Piotra Grabowskiego, „Bielsko-Żywieckie Studia Teologiczne”, Tom 13 (2012).

 

 

Mój Świat z Chryzoprazu

dr hab. Monika Rasiewicz

 

Jako aktorka zajmująca się od lat poezją zarówno w teatrze jak i w pracy dydaktycznej  na Wydziale Aktorskim Krakowskiej PWST mam różnorodne doświadczenia z mową wiązaną i wiem, że nie zawsze jest ona przekładalna na język sceny.

Wiersze Jana P. Grabowskiego dzięki niezwykle precyzyjnej i konsekwentnej konstrukcji Ja-lirycznego, w sposób wyjątkowy nadają się na konfesyjne wyznanie istoty nadwrażliwej, obciążonej ponad miarę świadomością przemijania i wynikającą z niej samotnością…

Droga do Ogrodowej Itaki, gdzie dojrzewają ukochane przez Autora papierówki wiedzie poprzez liczne doznania zmysłowe – dotyku rąk, światła na oczach i Muzyki kojącej słuch. Wrażenia te składa się na swoistą synestezję nie tylko przenikających się i wymiennych doznań i narządów zmysłowych, ale tworzą zarazem swoisty klimat, w którym to, co podległe rozumowi dookreśla się poprzez smakowanie barwy, światła i dźwięku. Świadomość Istnienia Boga Jest Tu NIEODZOWNYM WARUNKIEM POSZERZENIA POZNANIA! (…)

Liryki Grabowskiego są bowiem budowane bardzo konsekwentnie, z ogromną znajomością wiersza. Już sama forma zapisu ewoluująca  od wiersza wolnego, poprzez strofikę regularną (częste kwarty i sestyny) ku wierszowi stychicznemu stanowi nie lada wyzwanie. A tu jeszcze ogrom stylistycznych zabiegów: wspomniane powtórzenia, przerzutnie, tok inwersji… słowem zbudowanie Świata z Chryzoprazu to Prawdziwe Artystyczne zadanie!

Monika Rasiewicz[3], Mój Świat z Chryzoprazu. Recenzja tomu poezji Jana P. Grabowskiego Wybór wierszy z lat 1977–2012. Kraków, wrzesień 2013 r.

 

 

Rekomendacja

Wyboru wierszy z lat 1977-2017

Jana P. Grabowskiego

Waldemar Smaszcz

 

Od początku, z rosnącym zainteresowaniem, śledziłem kolejne tomy Jana P. Grabowskiego, jako ich czytelnik ulegający poetyckiej aurze, odnajdujący się w rzeczywistości utrwalonej w słowie niby w znanej, a jednocześnie wciąż odkrywanej na nowo przestrzeni. Lektura dawała też prawdziwą satysfakcję obcowania z dziełem spełnionym, wzbogacającym najlepsze dokonania naszej sztuki słowa. Wśród wielu bliskich mi wierszy natrafiałem na takie, które już po pierwszej lekturze zapadały w pamięć niby pokryte patyną czasu dokonania dawnych mistrzów. Jednym z takich olśnień był utwór Oto obraz ściszony:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Oto jadę pociągiem półtorej godziny. Blisko,

lecz dla mnie to cała wyprawa i

powrót do tej dawnej-niedalekiej przeszłości.

Powrót do tego, co było, a wciąż jeszcze trwa.

 

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

[…]

 

Jest w nim owa szczególna aura powrotu, jaka niezwykle poruszyła mnie po lekturze wiersza Miłosza o takim właśnie tytule, Powrót, o którym napisałem osobny tekst i po który wciąż sięgam.

Ten – mówiąc skrótowo – nurt metafizyczny każe przywołać drugie z wymienionych tu wielkich nazwisk – ks. Jana Twardowskiego. Obu poetów łączy przekonanie, że chwila nie jest przeciwstawieniem, ale cząstką wieczności, podobnie, jak to, że – mimo naszej małości, ułomności – na co dzień obcujemy ze Stwórcą, który dał nam „łaskę widzenia” i nazywania oraz łaskę zachwytu. Skoro zaś – powtórzmy – każda chwila jest niesłychanie ważna, bo nigdy się nie powtórzy, musimy mieć świadomość, że tracąc ją, bezpowrotnie tracimy coś z wieczności, co Jan P. Grabowski ujął w słowach: „Niepowtarzalność i wonność tej chwili tym bardziej dotkliwa, / że już nigdy – i w żadnym miejscu – nie do powtórzenia”. 

Niejako w parze z tak przeżywaną każdą chwilą idzie przekonanie poety o – jak napisał w wierszu Dotykalność nomen omen dotykalności „światła, wody, powietrza / potwierdzających, że jeszcze tu wśród nich jesteś. /Że sam jesteś ze światła, wody, powietrza”. Człowiek jest cząstką świata stworzonego, z którego się wprawdzie wyłonił, ale – w przekonaniu poety – nie po to, by go opuścić, niby utracony eden. (…)

Jan P. Grabowski nie zamyka się w swoim świecie, dzieli się nim z każdym, kto zachował wrażliwość i gotowość do zachwytu tym, co nieprzemijalne, co trwa i co tylko człowiek może zauważyć. Dlatego jego dokonania to ważne, wybitne zjawisko artystyczne, wzbogacające najlepsze tradycje polskiej poezji.

   *     *     *

Na zakończenie chciałbym podkreślić znakomity dobór wierszy, dzięki czemu jubileuszowa edycja w pełni ukazuje skalę talentu poetyckiego Jana P. Grabowskiego. Z całą pewnością wybór ten zasługuje na wydanie, wybór – powtórzę – z czterdziestu lat twórczości Autora, który tak znacząco zapisał się w naszej literaturze.

Waldemar Smaszcz[4], Rekomendacja Wyboru wierszy z lat 1977 – 2017 Jana P. Grabowskiego, Białystok, 21 marca 2017 r.

 

 

Rekomendacja projektu książki Jana P. Grabowskiego

Wiersze wybrane z lat 1977–2017

dr Marcin Lutomierski

 

Oscylowanie między afirmacją życia a obawą przed nieodgadnionym
i niewiadomym sprawia, że z każdej niemal chwili i każdego drobiazgu czyni poeta ucztę dla zmysłów. Pozornie zwykłe, codzienne czynności i zjawiska za każdym razem stają się dla niego nowe i wyjątkowe. Grabowski to poeta codzienności, ale rozumianej inaczej niż w kategoriach zwykłości. Jego pospolitość nie tyle „skrzeczy” (jak powiedziałby Stanisław Wyspiański), co zachwyca i pobudza do egzystencjalnych refleksji. Nierzadko myśli poety prowadzą od codzienności do… nieskończoności.

Kontemplacyjno-refleksyjne utwory Grabowskiego posiadają również walor terapeutyczny. Twórczość ta proponuje współczesnemu odbiorcy chwilę wytchnienia od wszechobecnego cywilizacyjnego pośpiechu. Otwiera również drogę do własnych pytań o piękno i czas, a także – poszukiwań sensu istnienia.

Niejako przy okazji często uwydatnia się walor estetyczny, ponieważ autor uwrażliwia czytelnika na piękno świata przyrody – która jest w zasięgu ręki, piękno kosmosu – który ekscytuje i niepokoi, jak również piękno muzyki – która stanowi harmonię. Poza tym w swoich wierszach niejednokrotnie przypomina ciekawe i zapomniane dziś słowa z bogatego zasobu polszczyzny (np. aniżeli, zdrożony). (…)

Omawiana twórczość to poezja subtelnego i inspirującego dialogu międzytekstowego. Jedną z najczęściej obecnych postaci intertekstualności w utworach Grabowskiego jest aluzja literacka, która – jak wiadomo –  stanowi akt świadomego wyzyskania cudzego dzieła dla własnych celów, ale bez czyjejkolwiek krzywdy.

Aluzja literacka jest także rodzajem hołdu złożonego dawniejszemu dziełu, stanowiącego dla nowego twórczą inspirację. W wierszach Grabowskiego najczęściej występują aluzje pośrednie, zwłaszcza różnego typu reminiscencje, m.in. metafizycznych niepokojów poetów barokowych czy fascynacji codziennością skamandrytów – wprowadzone we współczesne konteksty .

Podsumowując te uwagi, stwierdzić należy, że zebranie i wydanie
w jednym tomie najważniejszych wierszy Jana P. Grabowskiego miałoby/będzie miało trojakiego typu wartość.

Po pierwsze: wartość kulturotwórczą, gdyż twórczość gdańskiego autora to poezja o charakterze uniwersalnym, zachowująca stoicki dystans do współczesności i nieangażująca się w doraźność, a zarazem mocno osadzona w realiach tzw. codziennego życia.

Po drugie: wartość społeczną, ponieważ ze względu na głęboko humanistyczną problematykę oraz dialogiczny charakter książka ta może pozytywnie wpłynąć na czytelnictwo literatury pięknej oraz poznawanie innych tekstów kultury. A nie trzeba przypominać, jak wiele zaległości mamy – jako społeczeństwo – do odrobienia.

Po trzecie: wartość pragmatyczną, dlatego że projektowana publikacja będzie właściwą reprezentacją wieloletniego i rozproszonego dorobku poetyckiego autora, tworzącego w zgodzie z samym sobą, z dala od zmieniających się mód i upodobań krytyków literackich.

Niniejszym rekomenduję do druku wybór wierszy Jana P. Grabowskiego.

Marcin Lutomierski[5], Rekomendacja projektu książki Jana P. Grabowskiego Wiersze wybrane z lat 1977–2017, Toruń, 29 kwietnia 2017 r.

 

 

Poeta „na brzegu ciemniejącej zatoki”

prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak

 

Lektura wierszy Jana P. Grabowskiego prowadzi w sferę czystej liryczności; liryczności właśnie, a nie liryzmu (bo wszystkie –izmy pobrzmiewają scjentystycznie), a liryczność zdobywa sobie trochę przestrzeni w języku i świecie na granicy egzystencji i słowa  starającego się zgłębić jej niepowtarzalność i tajemnicę. Wiersz bywa tutaj fotografią chwili przetworzoną przez myśl i wyobraźnię poety; często więc także – fotografią lirycznego „ja”. Ale autor zbioru nie skupia uwagi na swoim dominującym ego. Chce się raczej podzielić  zdziwieniem, zachwytem, czasami także – własnym lękiem przed światem. Stąd poetycka nadrzędność przestrzeni, z kreacji której wyłania się – czasami szkicowo, niekiedy bardzo  wyraźnie –   wizerunek podmiotu. (…)

Podmiot liryczny to z jednej strony samotnik z wyboru, starający się o to, by ludzie nie zakłócali jego drogi ku metafizycznej przygodzie utrwalanej w poezji. Z drugiej strony – jednak ktoś, kto szuka bratnich dusz, by podzielić się swoim doświadczeniem czasu i przestrzeni. Jest też w poezji Grabowskiego ton współczucia wobec innych, ponieważ oni wszyscy – czy to dostrzegają czy nie – są kruchymi istotami tracącymi z każdą chwilą cząstkę siebie. Jedyną szansą na zaspokojenie głodu trwałego istnienia jest perspektywa wiary w Bożą mądrość.     

Dlatego ton tej poezji jest rozpięty między dwoma biegunami: elegijnym i psalmicznym. Pierwszy mocno pobrzmiewa w wierszach wskazujących na ulotność czasu i nietrwałość ludzkiego bycia w świecie, drugi – często związany z formami modlitwy poetyckiej – wyraża przede wszystkim nadzieję, ale zarazem rejestruje zróżnicowane stany duchowego napięcia: od zachwytu i dziękczynienia, poprzez lęk, nawet zwątpienie – do błagania o pewność celu. Jan P. Grabowski należy do tych poetów, których Jerzy Liebert w wierszu nomen-omen Poeci (ze zbioru Kołysanka jodłowa) scharakteryzował słowami: „ocieram się o wieczność jak o domu mojego ścianę”.     

Grażyna Halkiewicz-Sojak[6], Poeta „na brzegu ciemniejącej zatoki”, Toruń, 2 czerwca 2018 r.

 

 

Kilka refleksji o wierszach Jana P. Grabowskiego

z tomiku Jak szelest jedwabiu ks dr Wiesław Szlachetka

 

Wiersze Jana P. Grabowskiego, z tomiku pt. Jak szelest jedwabiu, mądrze poszerzają wyobraźnię, pomagają zobaczyć więcej, karmią duszę słowem prawdy, które ma w sobie coś z dobrej nowiny dla świata i naszego życia. A dobra nowina budzi nadzieję i wnosi pokój do serca, bo odsłania plan Boga, w którym wszystko znajduje swój sens, nawet przemijanie. W myśl tego planu, a jest to plan zbawienia, nic z tego, co Bóg stworzył, nie zmierza donikąd. Jedynie na zawsze przeminie zło, które ze swej natury żeruje na dobru i z tej racji niepokoi, zasmuca, i rodzi cierpienie. Dlatego zło nie znajdzie dla siebie miejsca w świecie naszej wiecznej przyszłości, który będzie spełnieniem wszystkich zbawczych obietnic, a które Bóg na różne sposoby ogłasza, także w pięknie stworzenia, którego więcej może dostrzec wrażliwe oko poety.

Biblia wielokrotnie zaświadcza, że ten nowy świat, w którym zbawienie osiągnie swój kres, stanie się niebem, a nasze życie w nim przybierze znamiona boskości. W ten sposób spełnią się najgłębsze pragnienia naszego serca. A przecież każde serce pragnie być szczęśliwe. Dlatego, chociaż to „wszystko, co trwa chwilę… jak szelest jedwabiu”, nie zatrważa, nie budzi rozpaczy, gdyż zmierza do objawienia się owej zbawczej pełni, która na zawsze zachwyci. Stąd w tych wierszach jest tak dużo nadziei, którą poeta intuicyjnie odkrywa w ukochanej małżonce, bez której dom jego byłby pusty, w zapachu kwitnących lip, w zieleni oliwskich wzgórz, w śpiewie ptaków, w owocach drzew z matczynego sadu, w ciszy kaszubskich i borowiackich jezior, i w zmieniających się porach roku, które w mieście jakoś trudniej zobaczyć. Ale i „to miasto nad brzegiem zatoki” – z Bazyliką Mariacką, z dźwiękiem dzwonów głoszących radość Zwiastowania Pańskiego, z barwnym pejzażem ulic, na których tętni codzienność i ożywają wspomnienia – jest też szczególną miłością poety. Bo to miasto jest też głosem nadziei i zarazem świadectwem przeszłości, w której żyje przyszłość. A tę przyszłość najlepiej rozpoznają ci, którzy się modlą. Dlatego w tych wierszach jest tak dużo modlitwy.

Jakże wielowymiarowa jest w tym tomiku poezja, pełna światła, w której autor pomaga odkrywać sens głębszych znaczeń osobistych przeżyć i otaczającego świata oraz z pokorą oswaja czytelnika z ich tajemnicą. Dzięki temu można się jeszcze bardziej przekonać, że życie znaczy więcej niż czas, że życie to wieczność. A wieczność wtedy ma sens, gdy przepełnia ją miłość, której obficie udziela nam Bóg w pięknie stworzeń i dziele zbawienia. Miłość jest darem, o czym z głębokim przekonaniem zaświadczają te wiersze, wskazując, że świat jest pełen jej znaków, a słowo może je opisać. Takich właśnie słów, których treścią jest miłość, tak bardzo nam potrzeba, bo leczą rany, podnoszą na duchu, a człowiek staje się bardziej człowiekiem. Takich słów, których tak wiele znajdujemy w tych wierszach, potrzeba nam zwłaszcza dziś, gdy coraz częściej rozbrzmiewa hejt, by niszczyć, a nawet zabijać.

Wiersze te stały mi się jakoś dziwnie bliskie, że zdążyłem się już z nimi zaprzyjaźnić. Każdorazowa ich lektura jest jakby nowym świętem, duchowym wytchnieniem i subtelnym światłem, dzięki któremu można zobaczyć więcej tego, co zachwyca, co dodaje sił, by wybierać dobro, nawet to, które dużo kosztuje. Bogu niech będą dzięki za talent, którym obdarował autora tych wierszy. Są one jak fotografie dzieł Boskiej opatrzności, a w ich ciszy można usłyszeć melodię owej pieśni nowej, którą w niebie śpiewają zbawieni. Ileż w tych wierszach barwnych wariacji na temat tej pieśni, ileż przeżyć, wrażeń i doznań, których dostarcza nieznane uchwycone w znanym. I gdybym miał tylko jednym zdaniem wyrazić opinię o poezji Jana P. Grabowskiego, to powiedziałbym, że jest ona tak prawdziwa, że nie musi udawać wielkiej.

Ks. dr Wiesław Szlachetka[7], Kilka refleksji o wierszach Jana P. Grabowskiego z tomiku Jak szelest jedwabiu, Gdańsk-Oliwa, 7 stycznia 2020 r.

 

[1] J. Guitton, Sens czasu ludzkiego, dz. cyt., s. 36.

[2] dr Anna Stempka pracuje w Katedrze Literatury Powszechnej i Komparatystyki, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy 

[3] dr hab. Monika Rasiewicz, absolwentka Wydziału Aktorskiego Krakowskiej PWST im. Ludwika Solskiego i od trzydziestu lat uczy w macierzystej uczelni na obydwu wydziałach (tj. WA i WRD). Od kilku lat prowadzi również zajęcia dydaktyczne z dykcji, gry aktorskiej i reżyserii w krakowskiej Akademii Muzycznej.

[4] Waldemar Smaszcz, historyk literatury, krytyk, eseista.                                              

[5] Marcin Lutomierski, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, specjalność: literatura polska, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu.

[6] Prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak jest kierownikiem Zakładu Literatury Polskiej Romantyzmu i Pozytywizmu w Instytucie Literatury Polskiej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

[7] Ks. dr Wiesław Szlachetka, Biskup Pomocniczy Archidiecezji Gdańskiej. Zainteresowania Księdza Biskupa, to nade wszystko biblistyka oraz poezja, która jest jedną z form jego apostolstwa.

OD AUTORA

 

Internetowe wydanie książki, które niniejszym przedstawiam w sieci Szanownym Czytelniczkom i Szanownym Czytelnikom mojej twórczości poetyckiej, stanowi autorski wybór z czterdziestolecia zajmowania się przez piszącego te słowa pisaniem wierszy.

Wiersze zacząłem pisać znacznie wcześniej niż w 1977 r. Ba! w 1970 r. „wydałem” (w jednym egzemplarzu) nakładem własnym tomik, któremu dałem tytuł Rzeczy liryczne, a zatem gdybym miał liczyć lata mojej twórczości literackiej od juweniliów a nawet od czasów licealnych i publikacji w jakiejś gazetce ściennej (tak jak to czynią niektórzy moi Koledzy po piórze) byłoby to, co najmniej… z pięćdziesiąt lat zajmowania się twórczością literacką.

Za mój debiut sensu stricte uważam jednak debiut prasowy 1 października 1977 r. wierszem Dotykanie czasu. A tak naprawdę zostałem na poetę „pasowany” przez Panią Reginę Witkowską[1] w audycji poetyckiej pt. Dotknięcie mroku na antenie Polskiego Radia w Gdańsku[2].

(A co do owego literackiego pasowania, to po raz pierwszy pasował mnie na literata Prof. dr hab. Artur Hutnikiewicz, kiedy to, w 1969 r., przyniosłem mu pracę zaliczeniową z poetyki liczącą stron sześćdziesiąt trzy, podczas gdy zwyczajowo taka praca powinna wynosić stron dziesięć do maksimum piętnastu).

Nie jest aż tak ważne ile lat uprawia się twórczość literacką oraz ile wydało się tomików poetyckich. Ilość także zdobytych nagród i wyróżnień na ogólnopolskich i regionalnych konkursach literackich nie jest wyznacznikiem wartości literatury.

Zupełnie także nie ma znaczenia tzw. przynależność do związków, czy stowarzyszeń twórczych. No bo niby jakaś tam komisja kwalifikacyjna stwierdza, że możesz być członkiem takiego lub innego związku lub stowarzyszenia. Jest nawet statut z pięknie brzmiącymi celami oraz jaką to możesz otrzymać pomoc, co w praktyce w ogóle nie jest realizowane. Tak naprawdę jesteś tylko ty i kartka papieru przed tobą albo raczej ekranik laptopa.

(A już na pewno o wartości poezji nie świadczą liczne, nagradzane stoma a nawet dwustoma tysiącami złotych nagrody literackie. Mówiąc kolokwialnie taką „kasę” każdy piszący wiersze chciałby „przytulić”. Wystarczy jednak zajrzeć do tego lub owego nagrodzonego taką nagrodą tomiku i zawsze okazuje się, że są to wiersze nie zawierające, niestety, nawet cienia poezji) [3].

Autorski wybór zawarty w książce Jak szelest jedwabiu. Wiersze znane i zapomniane z lat 1977-2017  jest chyba… jedną czwartą wszystkich napisanych dotąd przeze mnie wierszy. Piszę chyba, bo nie znam dokładnie ilości napisanych  wierszy, ponieważ z początku nie prowadziłem jakiejś ewidencji. Dopiero, gdy pojawiły się pierwsze komputery i zacząłem przepisywać (podkreślam: przepisywać, a nie pisać) wiersze na komputerze postanowiłem je także, dla uporządkowania ewidencjonować.

Wydałem dotąd piętnaście[4] tomików i książek zawierających utwory poetyckie. Autorski wybór Jak szelest jedwabiu miał być książką szesnastą. Piszę „miał być”, ponieważ mimo moich kilkuletnich starań i zabiegów dotąd nie ukazała w formie papierowej, czyli „szeleszczącej”. Wprawdzie publikacja w Internecie, czyli w sieci, jest też jakimś wydaniem, ale ja jestem tradycjonalistą, konserwatystą i muszę – papierową – wziąć książkę do ręki.  

Trzeba jednak iść z „duchem czasu”, a poza tym stosując się do powiedzenia, że „nie ma cię w Internecie, to znaczy w ogóle cię nie ma”, czy coś w tym, rodzaju, postanowiłem Jak szelest jedwabiu biorąc także pod uwagę, i zżymając się na liczne ograniczenia WordPressa, wybór ten w sieci przedstawić.

Właśnie wybór. Ileż to czasu strawiłem zastanawiając się: które wiersze do tej jubileuszowej książki wybrać, a które pominąć. Z doświadczenia bowiem wiem, że utwory, które podobają się jednym czytelnikom, nie podobają się innym. I na odwrót. Słowem, co czytelnik, oraz badacz literatury, to inny gust. Publikować zatem wszystkie?

(Być może kiedyś będę miał sposobność przedstawić… wiersze zebrane? Tylko że wszystko zależy od… finansów. Było wielu chętnych, aby wydać w wersji papierowej  książkę Jak szelest jedwabiu. Na koniec jednak i tak wszyscy pytali o… pieniądze.

A z drugiej strony jakież nieprawdopodobne ilości wydaje się tomików z wierszami. I są wciąż na to pieniądze. Tylko – nie chciałbym być złośliwy, ale w tym przypadku jestem realistą oraz czytelnikiem poezji z długim i jeszcze dłuższym stażem – pokażcie mi współczesne arcydzieło poetyckie albo przynajmniej tomik wierszy, w którym – jak mawiał Profesor Hutnikiewicz – można znaleźć myśli i uczucia).

A co do badaczy literatury, którym Jak szelest jedwabiu przedstawiałem do recenzji lub opinii albo ewentualnej rekomendacji, to byli raczej za tym by w tym jubileuszowym wydaniu przedstawić wierszy jak najmniej. „No, ba!” chciałoby się w tym miejscu powiedzieć, ale… „co wybrać, a co pominąć”? Ileż to bowiem razy przeglądałem (i poprawiałem)[5] te moje wiersze, a potem, znowu usuwałem i dodawałem. I tak można by bez końca.  

Natomiast co do owego „wyboru”, to doszło do pewnego nieporozumienia, a raczej złośliwości ze strony pewnego profesora Uniwersytetu Gdańskiego, autora mojego hasła w Encyklopedii Gdańskiej. Otóż miałem taki zwyczaj, że do wydawanych tomików i poetyckich książek dodawałem podtytuły np. Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1988-1995; czy też Sonata obojowa. Wybór liryków; albo też Złoto i biel. Wybór poezji. Zawsze to był wybór tylko z dwóch, trzech lat. Tym podtytułem chciałem zaznaczyć (może niepotrzebnie?), że napisałem więcej wierszy, a te przedstawione w książce są tylko wyborem.

Ów jednak profesor uznał, że zmieniając tylko tytuły cały czas powielam tylko jedną książkę i publikację mojego hasła w Encyklopedii Gdańska, czy też Gedanopedii zablokował.

Napisałem list do owego profesora, aby łaskawie zajrzał do moich książek i zapoznał się z ich zawartością, czego jednak ów profesor nie uczynił do dnia dzisiejszego.

Ja jestem jednak już oswojony z absurdami i arbitralnymi „decyzjami” w kwestiach literackich i wydawniczych i naprawdę nic już mnie nie zaskoczy.

Bo ostatecznej weryfikacji i tak dokonuje czytelnik i czas.

 

                                                           Jan P. Grabowski

 

[1] Regina Witkowska (1923-2001), dziennikarka radiowa, krytyk literacki i teatralny. To ona w latach siedemdziesiątych XX wieku pasowała mnie na poetę. Ukazywały się wtedy, na antenie Polskiego Radia w Gdańsku, przygotowane przez nią audycje poetyckie, złożone z moich wierszy, w interpretacji gdańskich aktorów. 

[2] Zadebiutowałem, jako poeta, audycją poetycką pt. Dotknięcie mroku przygotowaną przez red. Reginę Witkowską. Audycja ta została wyemitowana 19 marca 1978 roku przez Redakcję Literacką Rozgłośni Gdańskiej  Polskiego Radia o godz. 16.05 – 16.25. Podczas tej audycji zostały nadane następujące utwory: Dotykanie czasu; Spacer podmiejski; Jeszcze wczoraj; Bezdomni; Poczekalnia; Ona; Z nocy w noc, z ciemności w ciemność; Posłuchajmy jeszcze…; Czarne jaśminy; Tamten wczesny krajobraz.

[3] „Nigdy nie było takiego rozdźwięku pomiędzy sztuką, a społeczeństwem, jak właśnie dzisiaj. Malarstwo przypominające – jak to zjadliwie pisał kiedyś o nim Słonimski – „atlasy chorób skórnych”, przyprawiające o rozpacz i bezdenny smutek i każące myśleć z tęsknotą o 19-wiecznym, kolorowym, jasnym i radującym oko i duszę światłem impresjonistów. Muzyka ogłuszająca kakofonią swoich hałasów, w których niepodobna dosłuchać się jakiejkolwiek melodii i które wyzwalają jedynie niekontrolowane odruchy agresywne. Wiersze, z których myśl i uczucie ulotniły się bezpowrotnie i zastąpione zostały niezrozumiałym bełkotem. Powieści, z których wieje rozpaczliwa bezdenna nuda. Teatr, który eksponuje zapamiętale beznadziejną brzydotę i głupotę ludzkiego świata.  Rozmyte zostały zupełnie wszelkie kryteria oceny, co jest sztuką, a co na pewno nią nie jest, otwierając szerokie pole do nadużyć. W dziedzinę twórczości artystycznej wtargnęły tłumy bazgraczy i grafomanów, usiłując stosować swoisty terror wobec niepewnej swoich założeń krytyki i wobec zdezorientowanej publiczności. Tę pustkę i jałowość przesłania się często „hermetycznym” językiem, budując z zapałem między dziełem a jego potencjalnymi odbiorcami przegrody nie do pokonania, a ewentualny trud przedzierania się przez ów bełkot okazuje się nazbyt często nieopłacalny, bo albo ukrywa jakieś treści beznadziejnie banalne, albo język ów opiera się w ogóle jakimkolwiek próbom pojęciowej artykulacji”. – prof. dr hab. Artur Hutnikiewicz (Świat na zakręcie historii… Z profesorem Arturem Hutnikiewiczem współtwórcą toruńskiej polonistyki rozmawia Mirosław Strzyżewski. „Przegląd Artystyczno-Literacki”, marzec 1995 r. nr 3, Toruń, s. 13-15).

[4] W międzyczasie zdarzył i tomik wierszy pt. Powab ciemności. Ze względu jednak na fatalne, urągające  podstawowym zasadom edytorskim wydanie oraz jaskrawe oszustwo ze strony wydawcy zaprotestowałem i nie przyjąłem całego nakładu w wysokości ponoć 1000 egz. Co ów „wydawca” zrobił z tym nakładem, doprawdy nie wiem.

[5] Wspomniana wyżej Regina Witkowska często mawiała, że „nie ma takiego wiersza, którego nie można by poprawić”. Nie do końca zgadzam się z Panią Redaktor, ponieważ nie wyrażę zgody, aby „poprawiać” np. wiersz Oto obraz ściszony itd.