DESZCZ I PŁOMIEŃ

Tomik wierszy
Data wydania: 1988

„Są to wiersze zdecydowanie dobre, świadczące o dość wczesnym osiągnięciu przez autora kunsztu poetyckiego, będącego nie tylko werbalnym”.

Fragment recenzji Zbigniewa Doleckiego. Warszawa, 1988.

DESZCZ I PŁOMIEŃ,

tomik wierszy,

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1988, ss. 84 (30 wierszy).  

 

Zawartość: Oczy niewidzialne są wszędzie; Gdziekolwiek; Wiatr. Wiatr i deszcz w oczy; Zanim woń żeglugi; Księżycowy zalew; Ogród snu: krajobraz wiosny; Wygnańcy Szekspira są wśród nas; W starym ogrodzie; Wzgórza u wezgłowia widnokręgu; Znajomi w zanikającej jasności; Jasna twa piękność rozświetla; Ateny: uroda lata; Uspokojenie; Żółty kot i niebianin; Czas wilków; Jesteś ze mną, więc jesteś moim światłem; Strefa turmalinu; Nad nocnym ogrodem morza; Coraz bardziej płowieją hieroglify światła; Wystarczy tylko czuwające serce; W twoich źrenicach widzę tęsknotę i wiarę; Patrzę każdego dnia przez wielkie szkło powiększające przestrzeni; Kiedy idę po słonecznej stronie, ty idziesz po ciemnej; Deszcz w maju; Trzymam w dłoni jej dłoń; Spokój twojego miejsca; Podróż morska; Deszcz i płomień; Parnas. Podróż świetlna; Najbardziej lubię stawy niezmącone.

ZANIM WOŃ ŻEGLUGI 

 

Ile jeszcze dni takich dni?

I takich ile świtów pod

zbiegowiskiem gwiazd porannym?

 

Unoszę głowę ku niebu:

cała przestrzeń w oczach,

dłonie – pełne światła. Stopy

w pyle bezkresnej wędrówki po

naręcze blasku. Świtem słyszę

 

szept świerków snujących opowieść o

wieczności czasu. Muszę zapamiętać

słoneczną stronę ziemi. Albowiem to

w dłoniach ciemności są cienie odległe

zesłania. Zanim ogarnie mnie woń

żeglugi dotykam owoców lata.

 

Powietrze drży błękitnie jeszcze chwilę.

Jeszcze dzień lub pięćdziesiąt może lat.

 

Już ubiegły miesiąc

jest tylko przypomnieniem wzruszeń.

Od wieczności oddzielają mnie jeszcze

sny. Przyszłość jest jak

obca przestrzeń niedostępna zmysłom.

 

W zatoce stoją żaglowce nocy.

Codziennie o świcie wybiegam naprzeciw

światłości ścieżką wąską jak dłoń.

Nie dogonię oddalającego się Słońca.

Nie dogonię szkarłatniejących zórz.

Zanim dobiegnie mnie pochyłość

przeszłości oglądam przez kilka chwil

ślady dnia na swoich dłoniach.

 

Obserwuję spadające gwiazdy:

ten deszcz meteorów przybywających,

aby oświetlić chwilę,

kiedy już wchodzę na swój żaglowiec.

 

Krawędź dnia zostaje za burtą.

Rośnie zielona przejrzystość.

W oddali spojrzenia szczytów.

Ich biel wyznacza kierunek żeglugi.

 

(1983)

 

 

W TWOICH ŹRENICACH

WIDZĘ TĘSKNOTĘ I WIARĘ

 

W twoich źrenicach

widzę daleko świat milczących krain.

Kratery jezior i stawów przyzywają nas

intymną muzyką błękitniejącej wody.

Biegniemy Tam przez strefę chłodnej roślinności.

 

Trzymasz mnie mocno za rękę i

nie odstąpię od ciebie dalej,

niż na odległość ciepła twojej dłoni.

Niż na odległość słów, które mi ofiarujesz.

A wraz z nimi świetlistość rzek i oceanów,

szkarłat poranków i rozległe przestrzenie łąk.

 

Wystarczy schylić się w trawie

a zatopi nas woń ziemi oddychającej

wszystkimi kształtami i barwami kwiatów.

Wszystkimi zwierzętami,

które wydają niesłyszalne dźwięki.

I wszystkimi podziemnymi wodami

jak ledwo wyczuwalne tętno

oplatające ten zanikający kraj mojej tęsknoty.

 

W twoich źrenicach widzę wszystko

poza łagodnie wspinającą się linią wysokich drzew.

Biegnę drogą twoich myśli. Prowadzisz mnie

jak światło przez ten rozrastający się mrok.

Ile wówczas wzruszeń i nadziei czuję.

Ile pewności i wiary w to,

że spełni się – być może – moje marzenie.

 

Przywołujesz wszystkie siły natury.

Słucham cię i teraz już wiem na pewno,

że nie będzie powrotu zimy.

 

Dzisiaj rano przyleciał mój kos i

gwizdał tak zachwycająco,

że zapomniałem o wszystkich cierpieniach.

I o wszystkich dniach,

gdy patrząc w niebo staliśmy wśród ciemności.

 

(1984)

 

 

PATRZĘ KAŻDEGO DNIA

PRZEZ WIELKIE SZKŁO POWIĘKSZAJĄCE PRZESTRZENI

 

Wielkie morze spokoju podchodzi do moich rąk.

Dotykam fal. Dotykam ciebie: nieskończona, błękitniejąca

w blaskach nieba – przestrzeni. Oddycham tobą.

Cały staję się tobą. Znikam w rozświtujących barwach.

 

Moim sprzymierzeńcem jest hesperyjski wiatr.

Tajemniczy duch wszystkich drzew.

Wszystkich cytrynowych gajów i kotlin

zstępujących nad zatoki Białego Wybrzeża,

gdzie zielone Śródziemne Morze nieustannie odpływa

w tęczujący widnokrąg, poza którym tylko wrota Gibraltaru i

nie odkryte trasy do ogromniejących gwiazdozbiorów Południa.

 

Daleko – poza krańcem nocy – kwitną pomarańcze.

W łagodnych zatokach stoją wysokomasztowe żaglowce,

które dzień w dzień wyruszają do żółtych i zielonych krain.

 

Na ich spokojny odlot patrzę każdego dnia

przez wielkie szkło powiększające przestrzeni. 

Wciąż jednak jeszcze jestem po tej stronie

z wolna stąpającego czasu: gdzie lato trwa krótką chwilę i

zaraz potem nadciągają długie miesiące mroku

z lśniącą zgubą przestworzy… szkarłatniejącym Słońcem.

 

Przeglądam fotografie pamięci umykające jak cienie

w blasku złotych sztandarów południowego Słońca.

Pamiętam jak patrzyłem ze szczytu wzniesienia.

na młodych żeglarzy. Na ich spokojny odlot.

Spoglądali w cztery strony świata. Poza granice widnokręgu:

Jakby wiatr, który im sprzyjał wydawał się za bardzo powolny.

Widziałem ich spojrzenia. Podawali sobie lunetę z rąk do rąk.

 

Patrzyli długo: w skupieniu. Jakby zazdrościli mi tej wysokości.

Jak gdyby chcieli zapytać: czy widzę dalej i szerzej?

I jakby chcieli dowiedzieć się: czy z mojego miejsca

być może już niedaleko do niezbadanych dotąd dróg Wieczności?

Albo do niebieskich jaskiń,

gdzie spełniają się losy i przepowiednie?

 

(1984)