W CIEMNOŚCI

Sztuka powinna działać… orzeźwiająco: niby powiew znad jeziora w upalny dzień. To tylko jedna z cech Sztuki, wcale nie najważniejsza, ale bardzo ważna. Z chwilą kiedy siadam w fotelu kinowym i zaczyna się film powinienem zapomnieć o całym, otaczającym mnie, świecie i także o sobie samym.       A kiedy film się kończy powinienem poczuć się lekko, tak jakbym mógł wzlecieć do nieba. Kiedy jednak mija jedna sekwencja, potem druga i trzecia, a ja nie wiem, o co w filmie chodzi, to znak, że mam do czynienia nie ze Sztuką, lecz niby-sztuką. Kiedy zaczynam ziewać i najzwyczajniej męczyć się filmem, to oznaka, że powinienem wyjść z kina.

Dość często zdarza mi się, niestety, wychodzić a kina w trakcie seansu. A nawet, jeśli wytrwam do końca, to wychodzę otępiały hukiem głośników, oślepiony migającymi „efektami specjalnymi” i z potwornym bólem głowy. Już nawet nie próbuję dociec, o co autorowi (autorom) filmu chodziło. Cieszę się „świeżym’ powietrzem i wracam, czym prędzej piechotą do domu możliwie jak najdalej od spalin.

Od pewnego czasu starannie unikam polskich filmów, ponieważ – moim zdaniem – nie spełniają nawet najniższego kryterium artystycznego. A poza tym nie wiem: albo jestem już na tyle głuchy, że nie rozumiem, co aktorzy mówią na polskich filmach. Coś bełkoczą, mamroczą, o co im chodzi?

Na południowy seans 9 stycznia br. do niewielkiej sali kinowej na film W ciemności przyszło nawet sporo osób. Przypuszczam, że tę frekwencję „zrobiła” bardziej niesamowita i wszędobylska reklama niż sam film. Kogóż bowiem może zainteresować jeszcze jeden film o wojnie, w dodatku dziejący się prawie w całości, w kanałach? Siedziałem zatem na filmie W ciemności coraz bardziej męcząc się jego długością i nudząc treścią. W ciemności ma dorównywać Liście Schindlera (1999 r.) Stevena Spielberga oraz Pianiście (2002 r.) Romana Polańskiego. Nie dorównuje. Filmy Spielberga i Polańskiego to niemal arcydzieła.

Film Agnieszki Holland (kolejny film Agnieszki Holland po zupełnie nieudanym Janosiku) niczym mnie nie zaskoczył. Wiele scen jest wręcz, moim zdaniem, niewiarygodnych. Jak – przykładowo – ta, gdy główny bohater grany prze Roberta Więckiewicza porzuca uroczystość Pierwszej Komunii córki i biegnie przed deszczem ratować „swoich Żydów”. Albo te wszystkie sytuacje z odkopywaniem, czy też strącaniem, szczurów w kanałach. To zastanawiające, że szczury nie przeszkadzały spać w nocy, ani też w scenach erotycznych.

Wszędobylska reklama zrobiła jednak swoje, bo wiele osób chce wybrać się na ten film. Kiedy przedstawiam im moją ocenę (najwyżej 2, w skali od 1 do 6) i mówię, że szkoda czasu i pieniędzy słyszę: „I tak muszę zobaczyć ten film”. Niech zatem idą i patrzą. Może zobaczą W ciemności to, czego ja nie ujrzałem i nie przeżyłem.

Albowiem w ciemności kina mogą zdarzyć się filmy naprawdę wspaniałe. Kamera filmowa może służyć do stworzenia wielkiej Sztuki. Może też być narzędziem do tworzenia wyłącznie ogłupiającej „rozrywki” tak jak to teraz prawie wyłącznie się zdarza. (Jeśli chodzi o kinową rozrywkę to cenię sobie takie filmy jak np. Avanti (1972 r.) Wildera, czy też Tootsie (1982 r.) Pollacka).

Niektórzy próbują przypomnieć sobie, że Kino, nazywane przecież X Muzą, to także Sztuka. Są filmy, które mimo upływu lat (jak np. Letni sen (1951 r.) – Bergmana, czy też Garsoniera (1960 r.) Wildera) pozostają niezapomniane. O niektórych filmach – jak np. W ciemności – chciałoby się jak najszybciej zapomnieć.

Ledwo skończyła się rozdymana do granic niemożliwości reklama filmu W ciemności już pojawiły się, nie mniej dęte, reklamy „nowego filmu Stevena Spielberga, twórcy Szeregowca RyanaListy Schindlera pt. Czas wojny. (Kto wymyśla tak ogłupiające polskie tytuły, które nie mają nic wspólnego z oryginałami?). Jakże nie wybrać się na film Spielberga, tym bardziej, że to – według Daily Mail – „Poruszające arcydzieło” oraz – według The Times – „Nowy koń w wyścigu po Oscary”.

Nie przepadam za końmi, a jednak wybrałem się w kolejne, poniedziałkowe południe (16 stycznia br.) na to „poruszające arcydzieło”. Zaczął się film i jakoś nic nie mogło mnie poruszyć. Wręcz przeciwnie: wszystko to już kiedyś w kinie widziałem. Na domiar złego zaczął mnie drażnić od pierwszych minut „migający” ekran.

Kiedyś, w czasach licealnych, pracowałem w wakacje, jako kinooperator i wiem, w czym rzecz. Mianowicie „chłopaki oszczędzają na lampach łukowych” i stąd światło zamiast palić się równym światłem… „miga”. Zapytałem szeptem nieopodal siedzącą parę:

– „Czy państwo zauważyli, że ekran miga?” Wydawali się zaskoczeni moim spostrzeżeniem. Dopiero po chwili potwierdzili:

– „Rzeczywiście miga” i siedzieli nieporuszeni. Poszedłem do bileterów i złożyłem reklamację: – „miga”, potwierdzili i spokojnie wyszli. Spojrzałem na zegarek: na ekranie nic się przez czterdzieści pięć minut nie zdarzyło. Mam siedzieć i oglądać „migający” ekran? Poszedłem do kasy i oddałem bilet. Zwrócono mi należność. Wyszedłem na piękny, słoneczny, styczniowy dzień. Moja ocena Czasu wojny? Zero. Może kogoś to „poruszające arcydzieło” poruszyło. Mnie wcale.

Za to w telewizji – jak dobrze poszukać – zdarzają się „perełki”. Oto niedawno można było znaleźć naprawdę dobry francuski film pt. Ostre cięcia (Le Couperet – 2005) nie byle kogo bo Costy-Gavrasa z poruszającą rolą José Garcii jako Bruno Daverta oraz bardzo dobry hiszpański film pt. Czarny chleb (Pa Negre – 2010), który wyreżyserował Agustin Villaronga. Czarny chleb to świetne, znakomicie zagrane, Kino. Bardzo polecam ten film. Villaronga to zresztą autor tak dobrych filmów jak m.in. El Mar z 2000 r. oraz El Niño de la luna z 1989 r.

17 stycznia 2012 r.