SREBRNE ADAGIO – opinia dr Małgorzaty Czerwińskiej

Czy w ponowoczesnym świecie jest miejsce dla Poezji? Czy jeszcze ktoś słyszy głos Poety, zwłaszcza, gdy głos to pokorny, spolegliwy, zrównoważony, cichy?

Trzydziestoletni dorobek twórczy gdańskiego poety i prozaika Jana Piotra Grabowskiego reprezentowany dziesięcioma książkami poetyckimi i trzema prozatorskimi, wielokrotnie nagradzany, daje odpowiedź twierdzącą. Na czym, zatem polega „magia” poezji Jana P. Grabowskiego – magia, która jednakowo urzeka zarówno krytyka literatury, jak i nieprofesjonalnego czytelnika? Spróbujmy poszukać odpowiedzi, pochylając się nad jubileuszowym tomem pt. Srebrne adagio. Poezje zebrane.

Świat przedstawiony w tej poezji to przyroda, w całym jej majestacie – wieczna, choć zmienna porami roku, przyroda, o której Autor pisze z zachwytem i pokorą:

 

Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam

przed twą świętością. Bo jakże jesteś doskonały

w każdym szczególe niepochwytnej tu obecności.

I w swej nieskazitelności wiecznej wobec mnie,(… )

 

(Klękam przed tobą – krajobrazie –

czoła pochylam przed twą świętością)

 

Autor prowadzi nas przez Wołyń, gdzie są jego rodzinne korzenie, Malbork, gdzie sad ojca i ogród matki, Toruń, gdzie studenckie lata na polonistyce, Gdańsk, gdzie czas tworzenia, literatury, domu, małżeństwa, ojcostwa. Razem z Poetą nieustannie zachwyconym naturą, wędrujemy po Kaszubach, Borach Tucholskich, Puszczy Piskiej – dokąd ucieka przed złowrogim łoskotem miasta, by upajać się ciszą, nieskazitelnym pięknem, marzyć i śnić.

Poetyckie obrazowanie odwołuje się do wszystkich zmysłów. Lato malowane kolorem chryzoprazu, jesień – złotem i brązem, a zima – srebrem. Pachnie jaśmin, zbutwiałe liście, morska bryza. Gwiżdżą kosy, szumi puszczański las, huczy wiatr znad Zatoki Gdańskiej, pluszcze górski strumień. Świty i zmierzchy przynoszą orzeźwienie, grudniową noc przenika tęgi mróz, wnętrza gdańskich kościołów wypełnia chłód i cisza… Wrażliwość na urodę świata sprawia, że Autor potrafi znakomicie zapisać w swojej poezji barwę, ruch, zapach, dźwięk, a nawet jakieś wewnętrzne wibracje, nie mniej istotne od tego, co rejestrują ludzkie zmysły. Wszystko to łączy się w jedną całość i trudno wyznaczyć granice poszczególnym zmysłom. Czytając np. Przystanek w błękicie; Jasność; Szkic do wieczornego portretu zmysłów, nie można określić, który ze zmysłów ma największy udział w budowaniu świata poetyckiego.

Wiersze Jana P. Grabowskiego zdumiewają swoim sensualizmem, dalekim jednak od zmysłowości, rozedrgania emocjonalnego. Autor urzeka nas i zdumiewa mistrzowskim wręcz postrzeganiem i poetyckim opisywaniem detalu, szczegółu, niuansu. Poezja ta zdaje się nam przypominać, że życie z drobiazgów się składa, z chwil ulotnych, w których jest sens i piękno. Czy ktoś zauważa magnolię w oliwskim ogrodzie? A przecież:

 

Można ją ujrzeć z daleka:

z hałaśliwej ulicy nie wiadomo dokąd śpieszącej.

Tylko nieliczni wiedzą,

że Tam właśnie jest i wówczas na okamgnienie

starają się ją wypatrzeć z pędzącego samochodu.

( … )

Dopiero z bliska widać całe jej dostojeństwo.

I nieskazitelne piękno. A wewnątrz… Bo jest tak wielka,

że można – wejść do niej… Ach!

Jakie to wspaniałe uczucie tak blisko niej być: bo wtedy

– na chwilę, na jedną krótką chwilę –

możesz o tym wszystkim – co mija tak bezpowrotnie… zapomnieć.

I o tym szaleństwie pędzących ulic. I nawet o niesprzyjającej pogodzie…

 

(Magnolia w oliwskim ogrodzie)

 

Konkretyzacja estetyczno-ideowa poezji Jana P. Grabowskiego wyłania nie tylko świat przedstawiony, obejmujący opis przyrody (sfera estetyczna), ale także rozważania filozoficzno-religijne (sfera ideowa). Obie te warstwy są równoprawne, idealnie ze sobą zespolone.    Poetyckie strofy przepełnione są metafizyką. Bohater liryczny wędruje myślą, marzeniem, snem po kosmosie, odległych galaktykach, by znaleźć się… w „strefie turmalinu”:

 

Tam – gdzie powietrze jest niby rozwiana

poświata gwiazd – ujrzałem wstęgę drogi

jakby z innego wymiaru.

Tam – gdzie kończą się lodowce i ośnieżone

szczyty – stałem otoczony światłem.

Jakbym był w barwnym wnętrzu wielkiego

kryształu turmalinu.

Ogromniejąca przestrzeń i czas

nieustający zatrzymały się, a przemijanie i

zmienność jakby nie istniały.

 

Kilka chwil czułem na twarzy lekki pył

żywiołu Wieczności.

 

(Strefa turmalinu)

 

A wszystko to z zafascynowania Tajemnicą, z chęci jej odnalezienia. Tajemnica, bowiem – zdaniem Davida Lyncha – „jest obsesją każdego z nas. Poszukiwanie tajemnicy, dziwności, ale też sensu pcha nas do przodu, nie pozwala stanąć w miejscu. Najbardziej twórcza jest świadomość, że znajdujemy się w samym środku wielkiej tajemnicy”.

 Podmiot liryczny zadaje więc retoryczne raczej pytanie:

 

A co się wydarzy, gdy na pewno odkryjesz

tę „boską, elementarną cząstkę Higgsa”?

Czy wtedy już „wszystko” będziesz wiedział?

Czy dopiero na progu Tajemnicy staniesz?

 

(A Blask niech roztacza się, ogromnieje, trwa)

 

Bohater wierszy Jana P. Grabowskiego nie zagubił się jednak ani w Kosmosie, ani w swoich metafizycznych rozmyślaniach:

 

Spoglądam w górę:

gdzie nie dotarła jeszcze ciemność,

gdzie toczą się cicho barwne planety.

To im zawdzięczam,

że przybyłem aż tutaj, do tego miejsca.

Że poznałem wiele rzeczy i wiele zjawisk:

bliskich i pozahoryzontalnych.

Że zobaczyłem wysoko unoszący się Blask.

 

(Deszcz i płomień)

 

W twórczości poetyckiej Jana P. Grabowskiego znalazł zatem potwierdzenie pogląd Balthusa: „Jeśli głęboko podziwia się naturę, nie można nie być religijnym”.

Jan P. Grabowski jest religijny, ale nie dewocyjny. W poetyckich strofach oddaje cześć Bogu – Stwórcy:

 

To Ty tworząc światło i kolor uczyniłeś

wiele różnych rzeczy. Stworzyłeś

również i mnie, abym był tu – przez chwilę – obecny

nad brzegiem wielkiego światła.

 

(Przez chwilę)

 

Zawierza siebie i swoją ziemską wędrówkę Najwyższemu, stwierdzając:

 

To Ty rozjaśniasz

we mnie wszystko, co mroczne.

I Ty jesteś moją nadzieją,

gdy nagle w środku dnia

czuję powoli oddalający się blask Słońca.

A dłonie trafiają na wypukłość

chłodno promieniującego cienia.

 

To Ty sprawiasz,

że ten niepewny kontynent

moich tutaj dni staje się realnością.

I jeśli nie zabłądziłem

to właśnie przez tę światłość, co błyszczy

jak zielony promień na skalnym stoku ciemności

wśród ludzi niepewnych i rzeczy nietrwałych.

 

(Przez chwilę)

 

W swoich religijnych rozważaniach Poeta dochodzi do jakże czytelnej deklaracji wiary:

 

Panie, to właśnie do Ciebie

przychodzę cały pochylony zmęczeniem zdarzeń.

 

Mam jeszcze tyle siły

by… dziwić się, myśleć i

odczuwać przemawianie tego wszystkiego,

co żyje poza krańcami moich rąk.

 

Albowiem jestem już cały z mroku i

wracam z głębszej, niż ciemność teraźniejszości.

Przeżyłem jeszcze jeden dzień

tego niespokojnego czasu i wiem,

że muszę przetrwać do najbliższego świtu.

 

Teraz – gdy przychodzę po ukojenie –

przejmij mnie swoją ciszą…

(…)

Może już na zawsze

zostałbyś przewodnikiem mojej

nie skończonej jeszcze na tym brzegu wędrówki?

 

(Ukojenie)

 

Poetyckie strofy układają się nie tylko w hymny, wiersze pochwalne, wyznania wiary, ale także w dziękczynne modlitwy:

 

Dziękuję. Dziękuję…

za każdy darowany mi dzień.

Dziękuję za przebudzenie o świcie,

po nocy przespanej spokojnie:

bez bólu i nagłych cierpień. Dziękuję Ci za to,

że pozwalasz mi być jeszcze tutaj, wśród tego świata.

I że mogę podziwiać jego nieodgadnione

i niepochwytne piękno. Dziękuję Ci

za tę przestrzeń stąd i aż po widnokres. A także

za zorze wieczorne szkarłatem i purpurą obwieszczające

koniec coraz krótszego dnia,

który mija na zawsze. Bez powrotu…

jak ja. Jak my. Jak wszyscy.

Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?

 

(Dziękuję, dziękuję…)

 

W obliczu takich deklaracji i wyznań, egzystencjalne niepokoje, jakże właściwe współczesnemu człowiekowi i jakże obecne we współczesnej poezji – brzmią jakby mniej emocjonalnie, a bardziej refleksyjnie:

 

Jak szelest jedwabiu

jest to twoje życie. Umykające i szybsze,

niż samolot unoszący cię w przestworza.

(…)

…jak szelest jedwabiu. Umyka więc twoje życie

niedostrzegalnie i na co dzień w kręgu spraw

ciągle powtarzających się jak wciąż te same dni.

 

(Jak szelest jedwabiu)

 

W innym miejscu Autor dodaje jakby precyzyjniej:

 

Przemijasz sam. Jeden. Jedyny.

A wraz z tobą ci wszyscy najbliżsi i

przypadkiem spotykani podróżni.

I wszystkie: zmieniające się, rozpylone,

i o wąskiej skali… kolory tego świata.

 

(…i wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność)

 

Wiersze Jana P. Grabowskiego są swoistego rodzaju „wykładem” filozofii egzystencjalnej i myśli eschatologicznej, pozwalającym zrozumieć relacje: Człowiek – Wszechświat, Natura, Bóg.

Człowiek jest samotnością, znikomością, przemijaniem, ale za sprawą Poety konstatujemy to bez lęku i rezygnacji, wszak ważne jest by: 

 

Cieszyć się… O, cieszyć się każdą chwilą,

którą Bóg nam daje. Albo kiedy przed nami

– którą – Natura otwiera. Albowiem „wczoraj”

– na przykład – to już „przeszłość”, to tylko

 

wspomnienie. Ważne, zatem jest „dzisiaj”,

niepochwytne „teraz”. Bo również i „teraz”

niespodzianie w „przeszłość” się przemienia.

Co byś nie uczynił to już jest w Wieczności.

(…)

 

(Cieszyć się każdą chwilą)

 

W innym „poetyckim wykładzie” Autor dodaje kolejną filozoficzną eksplikację:

 

Oto trzynasta zaledwie na zegarze

– jakże niepostrzeżenie mija dzień –

a więc południe, w powietrzu – zmierzch,

chociaż światła już nieco przybyło.

 

Jedynie ta jakby w złotym wieńcu

niewielka chmurka – jak gdyby ślad

po przelocie samolotu, niby oddech

– lecz kogo? – na chłodnym niebie

 

czy pogodny wieszczy następny dzień?

Ale czyż naprawdę więcej tutaj trzeba?

Co ma być ostateczne i tak się stanie?

Ale – jeszcze nie teraz, jeszcze nie dzisiaj.

 

W niczym jednak to nie zmienia

mojej radości przeżywania kolejnych dni.

Bo cóż innego pozostaje niż zgoda

na świat w jego wymiarze rzeczywistym?

 

(Radość przeżywania dni, które przychodzą i odchodzą)

 

Rozłożony na wiele poetyckich utworów, filozoficzno-religijny wywód Autora znajduje swoją „pointę” w wierszu Pozostawiam, koncentrującym wszystkie „światła” – wątki twórczości Jana P. Grabowskiego. Wiersz ten, niczym dekalog, zawierający dziesięć wyznań na koniec XX wieku, uznać wypada za „programowy”. To wzruszające „credo” Autora i „memento” dla nas, czytelników. Jakże inaczej bowiem można odczytać takie wersy:

 

Pozostawiam.

Z każdym dniem pozostawiam…

życie. Pozostawiam

aby połączyć się z Tobą. Pozostawiam

nade wszystko te chwile,

kiedy ze mną Ty Jesteś. I wówczas

chciałbym tu jeszcze tak długo pozostać,

ile mi w tym miejscu – i z tymi ludźmi,

którzy chcą ze mną być – istnieć pozwolisz.

 

(Pozostawiam)

 

Składany ze strof, wersów i słów portret Poety nie jest jeszcze pełny. Bo Jan P. Grabowski jest dyskretny i tajemniczy. Skąd ta obsesyjna wręcz fascynacja światłem i ciemnością? Skąd takie bogactwo szczegółów i taka malarskość w poetyckim obrazowaniu przyrody? Dlaczego taka sensoryczność w obcowaniu z naturą? Bez wątpienia ogromne ambicje poznawcze, erudycja, nadzwyczajna wrażliwość na urodę świata, umiejętność słuchania ludzi, empatia i… co oczywiste – profesjonalny, ugruntowany warsztat literacki. Jak interpretować zatem takie wersy?

 

Coraz częściej przebywam

w ciemniejącej przestrzeni,

gdzie odległości: wspomnień i marzeń

zbliżyły się, przeniknęły, zatarły…

 

(Tamten wczesny krajobraz)

 

Moje ciemne źrenice

czekają w nienasyceniu

na wizerunek jutrzejszego brzasku.

 

(Dzień jutrzejszy jest jak słoneczna równina)

 

Jak wytłumaczyć taką prośbę?

 

Opowiedz mi świat twoich przeżyć.

Opowiedz mi świat twojej wyobraźni.

 

A bliska noc i stroma ciemność

nie przeszkodzą mi słuchać melodii

świateł wiosny unoszącej się na

niewidzialnie rozpiętych skrzydłach szumu

morza podchodzącego do okien tak blisko,

że wydaje się jakby równina snów była nie dalej,

niż echo twoich opowiadań. Słowa.

 

Twoje słowa są moim spokojem.

I nadaję im barwę spojrzenia

wszystkowidzących oczu,

którymi dosięgasz nie zdobyte lądy tęsknoty

za tym wszystkim czego nie zdążyłem:

zobaczyć, doznać i przeczuć

przed nadciągającym wiatrem ciemności.

 

(Nad nocnym ogrodem morza)

 

A skąd te pełne grozy wizje?

 

Pożółkły puste godziny:

zobaczyłem… porażonych promieniami mroku

jak szli (otoczeni poświatą jaśniejszą, niż dzień)

nasłuchując ciszy (w jaką wstąpili

zauroczeni powierzchnią rozpadających się pejzaży).

 

Teraz uwolnieni od cieni

skrzydlatych, uczuć i doznań prześladujących sny –

wyciągali przed siebie przeźroczyste dłonie

chcąc w nie uchwycić

najmniejszą cząstkę przeminiętych siebie.

 

(Idący przez świty pożółkłe)

 

A co mogą oznaczać smutne, ale i heroiczne słowa?

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony

jak szept. Ściszony jak moje życie,

lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei,

ile Słońca i barw.

Ileż oczekiwania i zmagań z nocami.

Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem.

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku…

 

(Oto obraz ściszony)

 

Nie, to nie może być tylko odległa metafora do odwiecznego problemu walki ziemskiej ciemności z jasnością życia wiecznego. To są właśnie owe biograficzne niedopowiedzenia, dyskrecje, życiowe „tajemnice” Poety. Motyw zmagania się światła i ciemności, tak czytelny w wymiarze biblijnym, nawiązuje do najbardziej osobistych doświadczeń życiowych Autora. Ale poezja Jana P. Grabowskiego nie „ocieka” cierpieniem, nie epatuje żalem, rozpaczą. Poeta odnalazł Światło w twórczości literackiej i w Bogu – Światło, które potrafi pokonać każdą ciemność. Ze swoim życiowym dramatem „rozprawia się” już w pierwszych poetyckich tomach (Dotknięcie mroku; Żółta poczekalnia; Łaska widzenia) a potem już tylko podąża do Światła, dziękując Bogu jakże wzruszającymi słowami:

 

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń. Dałeś mi wzrok,

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na drugą stroną ciemności… Tam,

gdzie istnieje wciąż nie odkryty i

stąd niewidzialny świat niebiańskich łąk.

 

(Łaska widzenia)

 

Jakże dyskretnie wyraża Autor przekonanie, że nie tylko utracił coś ważnego, ale też i otrzymał – talent, pozwalający: „Abym w słowach dostrzegł wszystko to, / czego nie ogarnia jasność światła” (Łaska widzenia). Słowo poetyckie sięga tajemnicy, pokonuje ograniczenia wzroku, jest więc głębszym widzeniem. Można zaryzykować pogląd, że Jan P. Grabowski uczynił pisarstwo sensem życia. W jednym z wierszy Autor bowiem pisze: 

 

Pisałem,

a moja młodość odpływała z biegiem dni.

Pisałem i czułem wyraźnie,

że tracę wiarę w jakąkolwiek odmianą na lepsze…

 

A mimo to pisałem,

jak gdyby na przekór temu wszystkiemu,

co nieustannie wraca

o świcie każdego dnia. Pisałem idąc nad zatokę,

aby zaczerpnąć powietrza i powierzyć

tych kilka słów przestrzeni,

co barwą szkarłatu wybiega sponad horyzontu.

 

(Pisałem)

 

W doborze świata przedstawionego i stosowanym obrazowaniu, intensywnym i gęstym, przypominającym nieco Saint-John Perse’a – Jan P. Grabowski zdaje się podzielać pogląd Balthusa: „Mówić o sobie – cóż w tym ciekawego? Należy raczej mówić w imieniu krajobrazu, czy raczej pozwolić, aby mówił sam krajobraz…”.

W poezji Jana P. Grabowskiego mówi krajobraz, gdyż Autor z mistrzostwem operuje słowem, epitetem, celnymi, oryginalnymi poetyckimi sformułowaniami, metaforą:

 

Ach, cuda, cuda dzieją się na dworze. Czy przystoi

jednak – choćby poecie – świtem się zachwycać?

 

A czymże się zachwycać jak nie wschodem Słońca,

chmur niepowtarzalnym kształtem i kolorem nieba?

Jakże mam ten kolor wyrazić. Bo jest on… błękitem,

ale ileż popod nim przejrzystości, oddaleń, rozbieleń.

(…)

A ja zastanawiam się: czy tak stać i stać, i wschód

Słońca podziwiać? ( Bo właśnie ten moment przez

cały dzień może być ważny?) Czy szukać metafor,

aby zatrzymać to, czego nigdy nie można pochwycić?

 

(Tak pięknie o świcie może być tylko we wrześniu)

 

Jan P. Grabowski wnosi do polskiej poezji ton bardzo własny, oryginalny, wybrzmiały do końca w pełnych, niespiesznych, poetyckich frazach, o krystalicznej wręcz czystości.

„Szczególna wrażliwość słuchowa, rekompensująca niejako ograniczenia zmysłu wzroku, sprawia, że jego frazy poetyckie odznaczają się znakomitą konstrukcją i organizacją brzmieniową. Autor po mistrzowsku wykorzystuje melodię zdania, jakże różną od rytmiki klasycznej poezji. Wybrzmiałe do końca frazy czyta się z prawdziwym wzruszeniem i podziwem. Niewielu już dzisiaj potrafi tak panować nad zdaniem, nierzadko rozbudowanym, okresowym, odznaczającym się najczęściej zwolnioną linią melodyczną, pozwalającą czytelnikowi spokojnie podążać za wypowiedzią poetycką. Nigdy przy tym nie są to popisy retoryczne. Przeciwnie, zdumiewa naturalność tych zdań idąca w parze z ogromną urodą  języka (…).

Jednakże mimo niezwykłej sztuki pięknych zdań, nie strona językowa wysuwa się na plan pierwszy w poezji Jana P. Grabowskiego. To jedynie doskonałe narzędzia pozwalające autorowi mówić o swoich radościach i umiłowaniu piękna świata stworzonego”. (Waldemar Smaszcz, recenzja wydawnicza: Radość, że jednak było naprawdę, że trwało, że nie przeminęło z wiatrem, Jan P. Grabowski Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1986–1995. Gdańsk-Pelplin 1997 r., s. 190).

Poezja Jana P. Grabowskiego to pod względem wersyfikacyjnym wiersz wolny. Wypełnia ją liryka bezpośrednia, oparta na podmiocie lirycznym wypowiadającym, przeżywania, liryka pośrednia opisowa, liryka wyznania, z monologiem lirycznym w postaci czystej, liryka narracyjna, z monologiem lirycznym zorientowanym narracyjnie, liryka filozoficzna, refleksyjna, liryka religijna, obejmująca wiersze pochwalne, błagalne, dziękczynne. Przeważa podmiot liryczny indywidualny, właściwy liryce osobistej. Poezja ta odznacza się bogactwem form obrazowania: obrazowanie konstruktywistyczne, fantastyczne, realistyczne.

Jan P. Grabowski po mistrzowsku operuje środkami stylistycznymi – nie tylko słowotwórczymi, czy składniowymi, ale zwłaszcza przekształceniami semantycznymi. Na szczególną uwagę zasługuje tu epitet, epitet metaforyczny, metafora – często bardzo odległa.

Twórczość Jana P. Grabowskiego dowodzi ogromnej odpowiedzialności Autora za treść i jej formę, za warsztat artystyczny i za literacką działalność w ogóle. Należy także odnotować, że Jan P. Grabowski dba nie tylko o głębię i artyzm poetyckiego przekazu, ale także o jego staranne edytorstwo, przyjmujące postać wydań bibliofilskich. Dzięki temu dorobek wydawniczy Jana P. Grabowskiego wyłamuje się z tzw. literatury niszowej, do której należy większość wydawanych dziś tomów poetyckich.    

Literacki i edytorski profesjonalizm pozwala odnieść do poezji Jana P. Grabowskiego jakże wymowną refleksję Zygmunta Kubiaka: „każda strofa prawdziwego wiersza jest dziwnym zwycięstwem nad niewyrażalnością”.

Prawdziwe strofy gdańskiego Poety czynią „wyobrażalnymi” piękno natury, metafizyki, muzyki, ludzkiego życia i przemijania, Światła i Ciemności – i przez to są zwycięstwem nad fałszywą, złudną „urodą” postmodernistycznego świata.  

Pochylając się nad strofami Jana P. Grabowskiego, ulegając ich pięknu, magii i wielkiej mądrości, wiedzieć musimy, że pisze je Artysta, który wśród wielu wyznań na koniec XX wieku, pozostawia również takie:   

 

Wykształcenie, posiadane tytuły naukowe,

mogą w takich sytuacjach się przydać,

ale niekoniecznie. Raczej… wyobraźnia,

także intuicja, a nade wszystko skłonność do

przeżywania życia w każdym jego przejawie.

 

(Pozostawiam)

 

Jan P. Grabowski uczy nas właśnie owego „przeżywania”, wyzwala zachwyt nad światem, jakieś niewypowiedziane tęsknoty, uczy dostrzegania nadzwyczajności w codzienności i nakłania do pojmowania ziemskiej wędrówki jako nieustannego szukania odpowiedzi na pytanie: „Bo czymże, jak nie oczekiwaniem jest całe tu moje życie”?

 

dr Małgorzata Czerwińska, Bo czymże, jak nie oczekiwaniem jest całe tu moje życie?. Opinia o książce Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Poezje zebrane. Zielona Góra, 5 maja 2006 r.