„PYSZNY BIGOS ALBO INNE PYSZNOŚCI”

Jerzy Stuhr na festiwalu w Opolu, w 1977 r., zaśpiewał piosenkę pt. Śpiewać każdy może („Śpiewać każdy może / trochę lepiej, lub trochę gorzej, / ale nie o to chodzi, / jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, /inaczej się udusi, /ooo” itd.).

Ze śpiewaniem jest tak samo jak z pisaniem książek: każdy pisać może.

Kilka dni temu otrzymałem książkę z prośbą abym ją koniecznie, i możliwie jak najszybciej, przeczytał. I, co ważne, wyraził swoją opinię.

Na nic się zdały moje wzbraniania, że przecież mam co do czytania, że nie mogę oderwać się od lektury listów Zygmunta Krasińskiego (1812–1859) do Konstantego Gaszyńskiego (1809–1866), że w kolejce czeka także m.in. książka Ryszard Horowitz. Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora.

Na nic się również zdały moje tłumaczenia, że muszę dopilnować m.in. korekt najnowszego tomika wierszy. Słowem: czytaj i koniec. Zabrałem się zatem do czytania w czwartek wieczorem i skończyłem równo po dobie czytania.

Nie wiem jak długo ta książka była pisana, rozpoznać bowiem w niej można od razu  laptopową szybkość i stylistyczną nonszalancję (by nie napisać: bylejakość), ale, z drugiej strony, widać, że jednak jej autorka mozoliła się nad skonstruowaniem, i realizacją, nieprawdopodobnego literackiego pomysłu. Z konstrukcji, dość kunsztownej, można wysnuć wniosek, że książka ta najpierw była długo przygotowywana i przegadywana z przyjaciółkami, chyba nawet z wydawcą, a dopiero potem nastąpiła jej fragmentaryczna i bardzo szybka, na, oczywiście, laptopie, realizacja bez, niestety, dbałości o styl, korekty itd.

Ileż jednak było już powieści o starych domach z duchem, tajemnicą, nawet trupem w piwnicy itd. Ileż było powieści z jakimś tajemniczym listem znalezionym wśród szpargałów na strychu lub pamiętnikiem znalezionym w kuferku itd. Zbyt dużo książek przeczytałem, zbyt dużo prześledziłem fabuł itd., bym dał się nabrać na tego rodzaju twórczość.

Wszystko już niemal zostało opisane. Wymyślenie czegoś nowego to naprawdę trudna sprawa. Pozostaje zatem opowiedzenie jeszcze raz tego samego, co już po wielokroć zostało napisane, ale od siebie, po swojemu, swoim stylem, swoim świeżym sposobem widzenia a nade wszystko pisania. Słowem: ważne jest nie tylko co, ale i jak.

Najbardziej jednak zdumiewająca w tej niby-powieści jest również szybkość z jaką toczą się sprawy. Oto tytułowa bohaterka Zdzisia, od której imienia zaczyna się nie mniej zdumiewająca ilość zdań, nie ma najmniejszego problemu aby skontaktować się z panem Bolkiem (postać autentyczna), który, oczywiście, od razu ma dla niej czas. Tak samo jest z wizytą w archiwum, gdzie Zdzisia od razu ma dostęp do interesujących ją dokumentów. Tak samo jest z innymi bohaterami tej niby-powieści, Kontakt z nimi jeśli jest nie błyskawiczny, to natychmiastowy. Zdzisia bardzo dużo dzwoni, albo otrzymuje telefon, po czym odstawia kubek, z którąś tam kawą i od razu gdzieś jedzie. Tempo zawrotne, tylko, że z życiem, a nade wszystko otaczającą  rzeczywistością nie ma nic wspólnego.

No tak, można by wytłumaczyć autorkę, przecież to jest „babska powieść” (raczej niby-powieść), a więc produkt literaturopodobny, czyli rozrywka, która nade wszystko musi „rozerwać” i być poczytna.  Istotnie, czyta się tę książkę bardzo szybko, ale po jej przeczytaniu pozostaje przeświadczenie: ileż jeszcze można zgromadzić szczęśliwych zbiegów okoliczności, szczęśliwych przypadków itd., zaledwie na 150 stronach tekstu?

Czytelnik nastawiony wyłącznie na rozrywkę być może nie dostrzeże owe wspomniane już „Zdzisie” na początku zdań, „Ale…” także na początku zdań oraz „…się” zamykające również bardzo wiele zdań. A czy ta książka miała w ogóle jakąś korektę?

Najbardziej jednak irytujące jest to „coś” bezustannie pojawiające się w wielu zdaniach. Owych „coś”-ów są nieprzebrane ilości. Nie po to ktoś bierze się za twórczość literacką aby bezustannie „coś”-ał i to zarówno w prozie, jak i w poezji. Jeśliś pisarzem, w tym przypadku pisarką, nazwijże owe „coś”.

W którymś momencie Zdzisia odwiedza jedną ze swoich licznych przyjaciółek, która „gości wypuszczała od siebie ze słoikiem pysznego bigosu, albo innymi pysznościami.” To właśnie zdanie oddaje styl, nastrój, klimat tego dzieła.

Powstała zatem jeszcze jedna literaturopodobna powieść napisana przez panią domu, która najwyraźniej nudzi się i brak jej obowiązków domowych. Czyli, innymi słowy „babska powieść”.

A tak, swoją drogą mieszkałem kiedyś w domku z ogrodem na przedmieściu. Zawsze w takim domku znajdzie się jakieś zajęcie szczególnie w ogrodzie. O bezustannym kawkowaniu, czy też wysiadywaniu z kubkiem raczej nie ma mowy. No chyba, że w soboty i w niedziele, kiedy jest i czas na pogaduszki z sąsiadami. Każda z osób mieszkająca w takim domku na przedmieściu mogłaby opowiedzieć bardzo interesującą opowieść ze swego życia.

To teraz jest taka moda na m.in. pisarki i poetki. I jeszcze malarki. No bo to przecież nie jest nic trudnego. Wystarczy mieć laptop i wianuszek przyjaciółek, potencjalnych czytelniczek.

A rano wystarczy zaparzyć kaaawę albo wyjść z kubkiem na werandę albo do ogrodu, po czym zasiąść do laptopa i już jest się pisarką. I już można pisać o pysznym bigosie albo innych pysznościach.

21 lipca 2015 r.