„POLSKA” NORAH JONES

Czytam Dzienniki Sándor’a Márai’a. Z początku, gdy słyszałem same superlatywy o tej książce odnosiłem się do takich recenzji bardzo nieufnie. Ileż to bowiem słyszałem dotąd pochwał i zachwytów nad różnymi książkami, a potem, już po zakupie, okazywało się, że są to wyrzucone pieniądze i stracony czas na lekturę. Bo ileż lektur kończyłem po kilkunastu stronach, ileż przewertowałem tomików wierszy w poszukiwaniu chociażby cienia Poezji.

Márai’a czytam bardzo wolno, kartka po kartce, zdanie po zadaniu i po raz pierwszy od lat cieszę się, że książka ma aż 600 stron. Mam zatem co do czytania. Irytują mnie wprawdzie bardzo, niestety, gęsto pojawiające się zdania zaczynane od „Ale…”, lecz nie wiem: czy to jest styl Márai’a, czy też to wina tłumacza i redakcji?

Oto na 65 s. Márai pisze: „Ale poza cudem natury jest coś jeszcze, coś więcej. Coś, co człowiek dodał do natury: ukoronował Stworzenie twórczością, której zbiorczą nazwą jest sztuka. Morze, dolina, las, rzeka, równina, wszystko to jest bezwarunkowe. Ale fuga Bacha, wiersz Rilkego, obraz Cranacha czy Goi, budynek Palladia, jedna myśl Goethego, rzeźba Fidiasza czy Rodina to dar, jaki człowiek, tylko on, jedyny wśród stworzeń, dodał do cudownego dzieła świata. I tylko to się dla człowieka liczy: sztuka. Wszystko inne to tylko istnienie, rytmiczne pulsowanie wzajemnego oddziaływania materii i siły”.  

Trudno się z Márai’em nie zgodzić. I trudno się z Márai’em zgodzić. Zgoda, gdy pisze o: Bachu, Rilke’m, Cranachu, Goi itd. Czy wszystko jednak co człowiek „tworzy” czy w ogóle każda „twórczość” jest sztuką? Márai nic nie pisze o kryteriach: co sztuką jest a co sztuką nie jest. No i kto ma decydować, czyj gust, na jakiej podstawie, że coś sztuką jest a coś sztuką nie jest. Gdyby zastosować Márai,ową miarę to sztuką jest zarówno wiersz Rilkego jak i pozbawiony poezji, bełkotliwy, utwór, powiedzmy X­-a, który wydaje tomik za tomikiem, a jurorzy dają mu nawet 100.000 tysięcy złotych nagrody. A czy, idąc tym samym tropem sztuką są te dziesiątki tysięcy wydawanych „tomików wierszy”, do których nikt nie zagląda? Czy sztuką są te nudne powieści zawalające księgarnie? Czy sztuką są te bohomazy nazywane malarstwem? Czy sztuką jest ten ogłuszający łomot nazywany muzyką? Czy sztuką są te pozbawione jakiegokolwiek sensu filmy? Czy sztuką są te rzeźby, które w niczym rzeźby nie przypominają?

Oto na scenę wychodzi młoda, ponoć utalentowana, dziewczyna upozowana na Norah Jones i w sposobie zachowania, i w sposobie śpiewu (jeśli to w ogóle można nazwać śpiewem) stara się wiernie naśladować Norah Jones. Być może jej angielski przypomina angielski, ale ja nie dopatruję się i nie dosłuchuję w jej scenicznej kreacji żadnej sztuki. Ba, uważam, że nie ma głosu, że nie umie śpiewać, że nie ma talentu.

Na jakiej podstawie tak sadzę? Otóż codziennie słucham Jackie Evancho. W śpiewie tej czternastolatki(!) jest wszystko: wzniosłość i piękno, najwspanialsza poezja i cudowny, niepowtarzalny talent, no i jeszcze ta urzekająca barwa głosu, że chciałoby się go słuchać i słuchać. Zresztą Jackie Evancho trzeba zobaczyć: ona nie pozuje na gwiazdę, ona jest gwiazdą, ona nie udaje, że śpiewa, ona śpiewa… cała sobą.  A przy tym jest bardzo skromna i ma bardzo wiele uroku, dziwi się, gdy ludzie pchają się do niej z prośbą o autograf: „Przecież ja jestem tylko Jackie Evancho” – odpowiada nieśmiało.

Tymczasem jurorzy coś do bełkoczącej, naśladującej angielski, i Norah, Jones „gwiazdy” pieją z zachwytu, dają cztery „plusy”. Szaleje ze szczęścia „gwiazda”, szaleje rodzina i znajomi, szaleje zgromadzona w studio publiczność. Tylko że owa „przychylność jurorów” owa „sława” na nic się nie przekłada. Co z tego, że będzie jeszcze jedna „polska Norah Jones”? Co z tego, że w swoim rodzinnym miasteczku będzie „gwiazdą”? Chyba, że zostanie kolejną… „pogodynką”.

Nie, nie zgadzam się z Márai’em: nie wszystko co człowiek tworzy jest sztuką. Jeśli coś mnie zachwyci, uniesie, wzruszy, jeśli jest niepowtarzalne, oryginalne itd. to jest, według mnie, sztuką. No tak, tylko że mnie zachwyca Jackie Evancho, a kogoś… „polska Norah Jones” albo… disco polo. Mnie zachwycają Poezje Thomas’a Hardy’ego, a ktoś inny uważa (a znajomi jurorzy mu przyklaskują), że sam jest poetą. Mnie zachwycają filmy Stanleya Kubricka, a ktoś inny uważa, że sztuka jest wtedy, gdy w filmie jest „akcja, panie, akacja”. Ja uważam, że sztuka to pieśni Rachmaninowa, a ktoś inny uważa, że sztuka to kiwanie się przy fortepianie i naśladowanie Komedy.

Pęd jednak do sławy, do bycia artystą, do bycia poetą, do w ogóle wyróżniania się by być chociażby „polską Norah Jones” jest przeogromny. Do osiągnięcia sukcesu w twórczości niezbędne są trzy rzeczy: talent, potwierdzany następnie pracą, no i niezbędne jest szczęście. Faktem jest, że nikt nie chce pracować (przecież to wiadomo, że jest się lepszym od innych, po co więc to jeszcze udowadniać). Prawie wszyscy uważają, że są artystycznie utalentowani. Cala zatem energia skupia się na szukaniu znajomości, dojść, układzików, przychylności itd.

I jest to, co widać i słychać: więcej jest piszących książki niż czytelników. Pisarzem teraz może być prawie każdy. Każdy także może być poetą. I każdy „śpiewać może…”

11 marca 2014 r.