PLUTARCH

Skończyłem czytać Filozofię na co dzień z podtytułem 365 dni z filozofią. Spośród wielu innych książek, które kupiłem albo wypożyczyłem w bibliotece lub przewertowałem i podczytywałem księgarniach właśnie ta wydawała mi się warta lektury.

Zacząłem ją tedy czytać, chociaż jak to bywa przy tego typu lekturach wiele treści wydało mi się znajomych, gdzieś już przedtem usłyszanych albo przeczytanych. Niemniej dobrze się takie refleksyjne książki czyta. Jeszcze jedną zaletą tej książki jest to, że można ją czytać w dowolnym miejscu, że można wracać do wcześniejszych zapisków itd.

Filozofia na co dzień jest niewątpliwie pożyteczna, ale No i właśnie z tym „ale” jest pewien kłopot tzn. kłopot ma autor tej książki. Otóż zanim wyjaśnię, w czym rzecz, nie chciałbym uchodzić za czytelnika, który szuka dziury w całym albo zawsze doszukuje się jakichś mankamentów lub negatywów w tekstach. Nie, nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej uważam, że wydana książka, jest dziełem pod każdym względem skończonym, lecz wtedy… nie ma taryfy ulgowej.

Albo jeszcze inaczej: może jednak powinienem być bardziej pobłażliwy, może powinienem „przymknąć oko” na niedociągnięcia, pomyłki itd. W końcu, czasami, zdarzają się one i mnie. Tak, tylko, że wtedy czytelnik nie pozostawia na mnie przysłowiowej suchej nitki albo potrafi nawet wytknąć literówkę, która, jak się okazuje, literówką nie jest.    

Słowem staram się pisać i wydawać książki na najwyższym możliwe poziomie, na który mnie stać. I tego samego oczekuję od autorów. Być może za bardzo idealistyczne podchodzę do pisania, być może za wysokie mam, jako czytelnik wymagagania, ale tak, wydaje mi się, być powinno.

Wracając jednak to owego „ale”, czy też „Ale…” na początku zdań. Ileż razy już o tym pisałem i stałem się chyba… przewrażliwiony na tym punkcie. Bo w Filozofii na co dzień „Ale…” na początku zdań jest wprost zatrzęsienie. A poza tym: „Lecz…”, „Gdy…” oraz, co mnie doprowadza do pasji… „wkraczań”, „przekraczań” itd.

Oto kilka przykładów z „Ale…”:

„Jasne jest również, że zło zwycięża się dobrem. Ale powstaje pytanie: gdyby znalazł się ktoś, kto chciałby pokonać, zwyciężyć dobro, to jaka droga rozwija się przed nim? Co ma czynić, jeśli zależy mu właśnie na tym, by pokonać dobro? Można na to odpowiedzieć, że takich nie ma. Ale to nieprawda, są tacy. Oczywistą odpowiedzią na to pytanie jest uznanie, że dobro zwycięża się złem: czyniąc zło, propagując i przekonując do zła pokonuje się dobro. I to jest oczywiście prawda. Ale nie jest to jedyna droga: dobro można zwyciężać również mniejszym dobrem”. (s. 47);

„Jest zło budowane przez kultury i wydarzenia. Ale jest też zło przekazywane przez człowieka, które może być przekazane tylko drugiemu człowiekowi, i ten może je przekazać następnemu itd. I jeśli ten łańcuch nie zostanie przerwany, to zło takie rośnie i umacnia się. Jest to zło nasze, ludzkie, prywatne. Ale tylko człowiek ma moc jego przerwania, zatrzymania w rozwoju”. (s. 197);

„Nasze istnienie jest zagadką. Teoretycznie my sami tej zagadki nie możemy rozwiązać. Ale – jak to bywa w zagadkach – niekiedy przez przypadek wszystko się udaje. I możemy na to liczyć. Ale też możemy założyć, że rozwiązaniem naszej zagadki jest… nasza zagadkowość”. (s. 254);

„Pewnie też tacy byliśmy, ale w sumie nie wyrosło najgorsze pokolenie. Ale jest jedna cecha, która wymaga podkreślenia. Młodzież współczesna nie buntuje się już, nie wykracza poza ramy wykreślone przez społeczeństwo”. (s. 316).

No właśnie, oprócz Ale… na początku zdań drażni mnie jeszcze m.in. wykraczanie np.

„Człowiek nie został przygotowany do przekroczenia religii (a to chyba zadanie chrześcijaństwa) i zamiast tego ją odrzuca”. (s. 100);

„Jeszcze nie tak dawno próba przekraczania tego obrazu rzeczywistości, który był kreślony przez nauki, odbierana była jako atak na jedyne poważne poznanie”. (s. 155).

Pisanie, pisarstwo, twórczość literacka, w ogóle tzw. wyrażanie myśli za pośrednictwem słowa pisanego to, moim zdaniem, bardzo trudna umiejętność.

Bardzo wiele książek nie nadaje się, moim zdaniem, do czytania. Albo może jeszcze inaczej: w przeglądanych, podczytywanych, czytanych książkach nie znajduję niczego, co mogłoby mnie zainteresować. Bo albo treść jest miałka, albo styl, język byle jaki. Najczęściej są to książki pisane przez „zapełniaczy papieru” o niczym i pisane byle jak. Ja w tej bylejakości widzę… laptopową twórczość. A poza tym gdzie są redaktorzy, korektorzy itd. tych książek? Czyżby sami autorzy nie czytali tych książek przed oddaniem ich do druku? Podejrzewam, że odbywa się to w ten sposób, że autor mając pod ręką laptopa pisze swoją książkę gdzie tylko może. A potem e-mailowo przesyła ją do drukarni i od razu pisze książkę następną. Efekt widać w księgarniach zawalonych książkami, które są potem wielokrotnie przeceniane oraz sprzedawane… na ilość.

Ucieszył mnie za to niezmiernie prezent „pod choinkę”, czyli Plutarcha Jak odróżnić pochlebcę od przyjaciela. To niewielka książeczka, ale mam co czytać. No i, oczywiście, nie była pisana na laptopie.

27 grudnia 2015 r.