PERIPATHÉS

Niech mi ktoś powie: czym różni się 31 grudnia 2012 r. od 1 stycznia 2013 r. albo 30 grudnia 2012 r. od 2 stycznia 2013 r.? Wszystkie te dni były niemal takie same: ciemno, ponuro, błotniście i ciepło. Gdyby nie race o północy w Sylwestra nikt by się nawet nie zorientował, że nadszedł nowy rok.

Jest więc ten nowy już 2013 rok. Jaki będzie, co przyniesie, co uda mi się – literacko – zrealizować. Poprzedni, 2012, literacko był nie najgorszy. W sumie jednak, co za paradoks, nie mogłem doczekać się aby wreszcie przeminął. Myślę, że również dlatego, bo już od Bożego Narodzenia zaczyna przybywać światła i dnia. Kiedy zatem dzisiaj rano zobaczyłem Słońce na niebie nie zawahałem się ani chwili: muszę koniecznie… „się przejść”. I najlepiej tak abym wrócił z „mokrą koszulą na grzbiecie”. Tak, takie spacery lubię najbardziej, gdy potem mogę dosłownie wykręcać podkoszulek lub koszulę.

Zawsze, gdy idę najlepiej mi się myśli. Nie, z „siedzenia na dupie” nic mądrego jeszcze nie wymyślono. To zastanawiające, że tyle wymyślono ciekawostek technologicznych i elektronicznych (ostatnio druk 3D i ruch tzw. majkersów), a jeśli chodzi o pracę literacką, naukową itp. itd. to jednak trzeba swoje… „odsiedzieć na dupie”. Stąd też kiedy tylko mogę wyrywam na te moje słynne spacerki, z których wracam zgrzany, rozluźniony i z pomysłami na wiersze. Ach gdyby podczas tych spacerków można było zapisać to wszystko, co mi się układa w głowie.

Żadne tam dyktafony nie zdają egzaminu. Dziwnie bowiem wygląda facet, który idzie i gada do siebie. Już wolę mieć przy sobie notes, przysiąść i zapisać. „O widzę, że pan liczy gołębie?” – spotykam się i z takim nagabywaniem. „Nie, liczę chmury na niebie” – odpowiadam wówczas i widzę zdziwienie w oczach pytającego. Albo mówię (to najczęściej): „Liczę ptaki”.  „A, to pan ornitolog” – słyszę w odpowiedzi i mam spokój do następnego przechodnia. „Nie, raczej angelolog” – dorzucam, ale widzę tylko wzruszenie ramion. Tuż jednak przed świętami odpowiedziałem komuś bardzo ciekawskiemu, który przyglądał się mojemu zajęciu od kilku chwil: „Liczę przelatujące anioły. Mam policzyć ile aniołów pojawia się nad każdą wieżą kościelną”. „Liczy pan anioły? Panie, a gdzie można sobie taką fuchę załatwić? I jak panu liczą: dniówkę, czy od sztuki? I kto panu płaci? Miasto, czy parafia?”.

Żadne tam sale ćwiczeń, ciężary, gra w siatkówkę, kosza, czy innego ping ponga… mnie nie interesują. Kisić się w dusznej sali? Albo dreptać w siłowni jak koń w kieracie? Nie, tego nie znoszę. O, bardzo chętnie bym sobie popływał. Na Chełmie jest wprawdzie pływalnia, ale jak w takim tłoku pływać? Lód jeszcze nie stanął, więc tylko wyciągam co kilka dni łyżwy i przeciągam je oliwką. Lubię otwartą przestrzeń i czyste, świeże powietrze. Nic na to nie poradzę. Już taki, niestety, jestem.

Puściłem się więc rankiem, gdy tylko ujrzałem Słońce na niebie, piechotą do Gdańska. Obszedłem swoją trasą stare miasto, potem jeszcze wróciłem do madisona zobaczyć czy nie przeceniono butów, które sobie upatrzyłem i stamtąd na powrót piechotką na Chełm. Po wejściu do domu od razu zmierzyłem sobie ciśnienie: 112/77, puls 81. „I oby tak dalej, panie Janie”.

Wprawdzie wysiedziałbym „na dupie” jakąś powieść, ale wolę jednak te swoje spacerki i wiersze, które pojawiają się kiedy chcą. A ileż podczas tych spacerków banalnych, na pozór, obserwacji.

Oto snują się gromadami młodzi ludzie niedospani jeszcze po niedawnym Sylwestrze; oto w luksusowym hotelu widać przez okno jak kelner w białych rękawiczkach stawia przed gościem, któremu czas się zatrzymał w Sylwestra, zimną wódkę; oto mała grupka Japończyków fotografuje zawzięcie bezlusterkowcami błyski Słońca na Motławie; oto w kawiarni, do której zachodzę by napić się herbaty jacyś dwaj goście przeliczają harmonię pieniędzy; oto przeglądam w księgarni najnowszy tomik znanego poety, gdzie słowo „kurwa” jest jak najbardziej poetyckim słowem; oto wreszcie przystaję w jakimś zaułku nad Motławą, cieszę się styczniowym Słońcem, odbieram telefon od przyjaciela i życzymy sobie nawzajem zdrowia, pomyślności i szczęścia w tym nowym już 2013 roku. A poza tym, dodajemy, trzeba „robić swoje” i mieć w dupie (dosłownie: w dupie) ten cały chaos i zamęt. Trzeba cieszyć się chwilą, tym co się ma i dniami, które nam tu jeszcze do przeżycia zostały. Bo potem tylko nicość i zapomnienie. A może jednak nie?Prorok_2009

Ach, z jaką przyjemnością czytam w dalszym ciągu wiersze „lakistów”… Jaką przyjemność sprawił mi film Prorok (Un Prophète – 2009 r.) 149 min., reż Jacques Audiard ze świetną rolą Tahar’a Rahim’a w roli Malik’a El Djeben’a. Jakąż przyjemność sprawił mi film Zawodowcy (The Professional – 1966 r.) 113 min., w reżyserii Richard’a Brooks’a ze świetnymi: Jack’iem Palance’m (1919–2006), Lee Marvin’em (1924–1987), Robert’em Ryan’em (1909–1973), Burt’em Lancaster’em (1913–1994) oraz Claudią Cardinale (Rocco i jego bracia – 1960 r., Następcy tronów – 1960 r., Cartouche–zbójca – 1962 r.,  Lampart – 1963 r., Osiem i pół – 1963 r., Błędne gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy – 1965 r.).Zawodowcy_1966

Tak, takie filmy jak Zawodowcy czy Prorok utwierdzają mnie, że film jako Sztuka wciąż jeszcze istnieje, a nie pobłądził gdzieś na manowce ( jak np. w „dziełach” dla których szkoda czasu i oczu: John Carter – 2012, czy też Boso, ale na rowerze – 2009 r.).

Lampką, czy też raczej butelką, bordeaux Chateaux Petrus apelacji Pomerol witam z moim przyjacielem najnowszy, 2013, rok. I cieszę się, że przybywa dnia. Dzisiaj aż o 9 minut.

2–3 stycznia 2013 r.