„OPOWIEŚCI ZE SŁONECZNEGO OGRODU”

Lubię do księgarni wejść wprost z ulicy i do woli przeglądać książki, a nawet gdzieś przysiąść na jakimś stołeczku i czytać lub tylko kartkować te coraz bardziej „wypasione” tomy, po których lekturze nie pozostaje zgoła nic, żadne refleksje, ani jedno wspomnienie.

Rzuciwszy tylko okiem na piętrzące się tomy opasłych „bestsellerów” lubię nade wszystko oglądać fotograficzne albumy przyrodnicze, ale także i mapy gwiazd, i fotografie niecodziennie pięknych minerałów.

Najdłużej jednak zatrzymuję się przy półkach z książkami dla… młodszej młodzieży. Tu doprawdy można natrafić na najprawdziwsze małe arcydzieła zarówno edytorskie jak i te pod względem opracowania graficznego.

Rzecz jasna w tych książkach, a raczej książeczkach, liczy się też, oczywiście, tekst. Ileż bowiem trzeba wyczucia, ba! pisarskiego talentu by trafić do młodego, bardzo wymagającego odbiorcy.

Młodego czytelnika, do którego jest adresowana książeczka pt. Opowieści ze słonecznego ogrodu autorstwa Magdaleny Tinsley zainteresuje nie tylko tekst, ale zapewne także uwiodą urocze akwarele autorstwa tejże Magdaleny Tinsley.

Na Opowieści ze słonecznego ogrodu natrafiłem w małej księgarence. W dużych księgarniach piętrzą się już od drzwi „wypasione” „bestsellery”. Omiatam oczywiście wzrokiem wszystkie tytuły, zatrzymuję się tu i ówdzie, to i owo kartkuję. I tak wiem, że książki do czytania znajdę tylko w swojej ulubionej księgarni. To właśnie tam przejrzawszy wszystkie tomiki ze współczesną „poezją” rzuciłem okiem na półkę z książeczkami dla młodszej młodzieży. Co za edytorskie cuda i cudeńka.

Moją jednak uwagę zwróciła cienka, bo licząca zaledwie trzydzieści stron, książeczka, niezbyt edytorsko zachwycająca (miękka okładka, klejenie zamiast szycia nićmi) autorstwa wyżej wymienionej Magdaleny Tinsley.

Spodobały mi się bowiem lekkie jak obłoczki akwarelki ilustrujące każdą z dwunastu słonecznych opowieści. Doprawdy, Magdalena Tinsley ma „smykałkę” do akwarel, które są i pomysłowe, i zabawne.  

Mam znajomego akwarelistę, którzy tworzy akwarelowe arcydzieła, chociaż nie ukończył żadnej artystycznej, malarskiej szkoły. Akwarela to bardzo trudna technika. Tym bardziej więc zachwycam się także akwarelkami Magdaleny Tinsley, która skromnie siebie przedstawia na okładce Opowieści, że jest z zamiłowania rysownikiem.

No, ale akwarelki to „tylko” ilustracje do Opowieści ze słonecznego ogrodu. Same Opowieści, których jest w sumie dwanaście, są zgrabne literacko. Z przejęciem i nostalgią Magdalena Tinsley opisuje, zapewne na postawie swoich doświadczeń, przeuroczy, nostalgiczny świat dzieciństwa z najprawdziwszym ogrodem dziadków, małym białym domkiem z czerwoną dachówką, zapewne na przedmieściu i przygodami, których mogą zazdrościć dzieci spędzające czas na miejskich podwórkach.

Cóż bowiem te dzieci spędzające teraz czas wśród blokowych murów, najczęściej z oczami w ekranach smartfonów, mogą doznać?

A Maniek i Jasiek, dwaj bracia, główni bohaterowie Opowieści ze słonecznego ogrodu: a to słuchają opowieści dziadka, który im plecie buciki z łyka (Bucik z łyka), a to jadą z dziadkiem na łąkę by napoić cielaki jego przyjaciela (Co piją cielaki?), a to na ogrodzie budują wraz z ojcem igloo (Czy koty lubią zimę? Czyli tato, bałwan i igloo), a to z dziadkiem polują na ogrodowego kreta (Dziadek i kret), a to zajmują się wróblem (Kiedy kwitnie mak…), a to znajdują małego, burego kotka (Kotek i bąki), a to dziwią się, że kury mogą się upić (Pijane kury), a to odkrywają tajemnice strychu (Strych), itd.

Opowieści jest aż dwanaście i nie chciałbym zdradzać treści ich wszystkich. Ciekawostką, świadczącą o tym, że Magdalena Tinsley ma także „smykałkę” do opowiadania jest fakt, że świat przedstawiony kreowany jest tu nie przez dorosłego narratora, lecz  narratorem jest Maniek, młodszy z braci lub Jasiek, ten nieco starszy. Przy czym jest to świat nie tylko z kotem Maćkiem, psem Puckiem, wszędobylskim wróblami, ale również z, nade wszystko, dziadkami, także z rówieśnikami chłopców, którzy mieszkają obok także w małych białych domkach z czerwoną dachówką, nawiedzonym sąsiadem Edkiem, wujkiem oraz rodzicami.

Jeszcze jedna cecha wyróżnia ten akwarelowo-poetycki tomik o dwóch braciach i ich przygodach, a mianowicie… obrazowość. Dialogi są tu zaledwie zaznaczone, można powiedzieć, że jest ich akurat tyle, ile potrzeba. Natomiast, co – jako czytelnik z długim i jeszcze dłuższym stażem – mogę stwierdzić, to umiejętność opowiadania przez autorkę właśnie obrazami. To, moim zdaniem, dość rzadka umiejętność we współczesnym świecie, gdy prawie wszyscy piszą jak nie „powieści”, to „wiersze”.

Zwrócimy chociażby uwagę jak pięknie zaczyna się opowieść pt. Kotek i bąki:

„Domek dziadków był jak z bajki – biały z czerwoną dachówką, czerwonymi okiennicami i drzwiami. Od frontu mieścił się ogród kwiatowy babci. Czego tam nie było: piwonie, maciejka, tulipany i kwiatki podobne do niebieskich bucików – to dzbanecznik, ulubione kwiaty Mańka.

Nad bramką wejściową pochylał się filetowy bez. Po prawej stronie domu rosła wielka grusza, z lewej zaczynał się ogród warzywny, który ciągnął się aż za dom.

Było czerwcowe popołudnie…”.

Otwiera się zatem zaczarowany świat dzieciństwa Mańka i Jaśka, przy czym nie jest to, bynajmniej, świat nostalgiczny, bo istnieje on przedstawiony – obrazami – z werwą, z humorem, nawet z lekkim ironicznym dystansem jak ten – przykładowo – obraz na strychu ze zgarbionym ojcem, coś tam piszącym na maszynie…

Ileż poza tym – co mnie szczególnie urzekło – jest w tych Opowieściach poezji, o którą tak przecież trudno we współczesnych tomikach poetyckich. Ot – chociażby jak w tym początkowym fragmencie utworu Kiedy kwitnie mak…;

„Lipiec, ogród babci pachniał i wyglądał jak zaczarowany. Wszędzie słychać było brzęczenie pszczół i gwizd szpaków. Nic nie pomagały firanki, zawieszane przez babcię na wiśniach, dla odstraszenia ptaków, tylko w ogrodzie było ładniej, jakby drzewa szły do ślubu”.

Z notki na okładce Opowieści można się dowiedzieć, że autorka, zapewne po wielkomiejskim zamieszkiwaniu i zagranicznych peregrynacjach, osiedliła się na stałe w Parwółkach, na Mazurach.  

Życzę zatem jej, ponieważ z wykształcenia jest biologiem, aby nic nie utraciwszy że swojej akwarelowo-poetyckiej wrażliwości po, niewątpliwie udanym debicie, kontynuowała te swoje opowieści, okraszane akwarelkami, tym razem jako parwółkowe, leśno-jeziorne opowieści.

Można bowiem domyślać się: ile niepowtarzalnego i tajemniczego zapewne dzieje się wśród leśnej zwierzyny, a ileż roślin na wiosnę zakwita, a jakież są tam zapewne, w tych Parwółkach drzewa, a jakież gwiazdy nad leśnymi jeziorami…

Widoków takich, przeżyć, obserwacji, refleksji, impresji itd. ani w mieście, ani nigdzie indziej nie masz. A przecież są do opisania, do przedstawienia aż cztery pory roku.

Zanim powstanie kolejna książka Magdaleny Tinsley, sięgnijmy po jej debiut.  Laptop, tablet, smartfon? Owszem, ale nic nie zastąpi szelestu kartek książki i… Opowieści ze słonecznego ogrodu

14 grudnia 2017 r.