OBIECUJĄCA.MŁODA.KOBIETA, CZYLI O FILMIE I KILKU KSIĄŻKACH.

W nawale filmów nijakich, bezsensownych, tłuczonych na jedno kopyto lub jak kto woli – z jednej sztancy, bardzo często filmów głupich, bo hołdujących wyłącznie bezmyślnej rozrywce, trafił się wreszcie obraz ważny, zastanawiający, niepokojący.

Nie, nie jest to jednak arcydzieło. Nawet sam nie wiem – jako kinofil z długim, i jeszcze dłuższym stażem – czy jest to film bardzo dobry. Na pewno jest to obraz zupełnie inny, od współczesnej produkcji, gdzie akcja dzieje się prawie wyłącznie po ciemku, częste jest mordobicie, a postaci to nieogoleni (znaczy się „mocni”) jegomoście wciągający „kreski”, gdzie zdjęcia są kręcone wyłącznie „z ręki” i w kolorze sino-zgniło-niebieskim, a muzyka to tylko jakiś huk lub pobzykiwanie.

Po takich filmach, w których treści nie ma prawie żadnej, a rozwój akcji można przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem, gdyż są to kopie z kopii, z kopii, obraz młodej reżyserki Emerald Fennell pt. Obiecująca. Młoda. Kobieta (Promising Young Woman – 2020), 113 min., jawi się jako powiew świeżości, nadziei i ciekawie zapowiadającego się reżyserskiego talentu.

Bo Emerald Fennell, rocznik 1985, jest nade wszystko aktorką. Była jednak na tyle odważna i ambitna, że wyreżyserowała, na podstawie scenariusza, który nagrodzono Oscarem, właśnie Obiecującą. Młodą. Kobietę. Od razu też powiem, że jest to taki film, który po obejrzeniu chce się oglądać drugi raz. A przecież po współczesnej produkcji filmowej wychodzi się z seansu z bólem głowy, w najlepszym przypadku, albo chce się po kwadransie, najdalej po pół godzinie, z kina uciec.

Bo obraz Fennell zaczyna się jakoś tak nijak, właściwie niepozornie. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że wydaje się, jakby nie wiadomo o co w tym filmie chodziło. Bo pierwsza scena to standardowa dyskoteka z podpitymi jegomościami, którzy zawracają uwagę na młodą pijaną kobietę. (W tej roli Carey Mulligan jako Cassandra). Czy jest ona pijana? Otóż, jak się okazuje w następnej scenie, że nie bardzo. Ba, jest jak najbardziej trzeźwa, I przygląda się ogłupiałemu alkoholem mężczyźnie, który niezdarnie próbuje się do niej dobierać i traktować ją jako seksualny przedmiot.

Cassandra niebawem poznaje Ryana (w tej roli Bo Burnaham), kolegę z przerwanych przez nią studiów lekarskich. Rozwija się piękny romans, chociaż Cassandra wydaje się jakby nieokrzesana, na pewno jest dziwaczką, a może tylko taką udaje? Bo film ze sceny na scenę, z sekwencji na sekwencję staje się coraz bardziej „wciągający” i intrygujący aż do niespodziewanego zakończenia i finału. I to jest jego, a właściwie arcydzielnego scenariusza, największa zaleta.

Bo zazwyczaj te współczesne filmy gdzieś tak od polowy, a nawet i wcześniej, zaczynają nudzić, nie tylko wytrawny kinofil, ale nawet zwykły kinoman potrafi przewidzieć w jakim kierunku to wszystko się potoczy.

A w filmie Emerald Fennell nie wiadomo co się za chwilę wydarzy. I to jest jego fenomenalna zaleta. U Alfreda Hitchococka też występuje podobna metoda, ale historia przedstawiona przez Fennell jest całkowicie oryginalna i niezwykle intersująca.

A poza tym wielką zaletą tego filmu jest i to, że akcja toczy się nieśpiesznie, nie ma tego montażowego „migotania” tak wszechobecnego we współczesnych filmopodobnych dziełach.

Tyle się nachwaliłem tego niepozornego filmu, że zapomniałbym wspomnieć o czytanych jeszcze przeze mnie powieściach Marii Rodziewiczówny. Sięgnąłem tedy po Kwiat lotosu (1889), którą to powieść wraz z trzema innymi (w sumie zatem było ich cztery) wydała dwudziestopięcioletnia autorka w jednym roku.

I o ile Między ustami a brzegiem pucharu oraz Dewajtis czytało mi się dobrze (w tym samym roku został jeszcze wydany Szary proch), o tyle przebrnąłem przez Kwiat lotosu bez większego entuzjazmu. To znaczy tak gdzieś do połowy powieść mi się podobała, ale potem, gdy Rodziewiczówna zaczyna fantazjować i wysyła swoich bohaterów nawet do Indii, zacząłem się niecierpliwić. Ostatecznie dobrnąłem do końca, ale jako żywo odnosiłem wrażenie, że autorka – jak realizatorzy współczesnych filmów, kręconych na chybcika i wyłącznie „z ręki” – nie miała pomysłu, w którą pójść stronę i z fabułą, i z perypetiami głównych bohaterów.

Bo te współczesne filmy gdzieś tak do połowy wydają się dość znośne, a potem wszystko zmierza ku banałowi lub ku zakończeniu, którego można się domyśleć. A Wrzos (1903) znudził mnie dokumentnie. Dobrnąłem gdzieś tak do połowy tej powieści i postanowiłem ją sobie… „odpuścić”. Raz dlatego, że akcja dzieje się w mieście, po drugie bezustannie odchodzi tu gadanina, a po trzecie – i najważniejsze – nie ma w tej powieści cudownej atmosfery i przyrody: Dewajtis, Macierzy Czaharów.

A wakacje dopiero w połowie. Co ja zatem będę czytał? Jako ricardiana interesuje mnie wszystko, co ukazuje się na temat Ryszarda III Yorka (2 października 1452 – 22 sierpnia 1485). Czekam zatem na premierę najnowszej książki Philippy Langley pt. The Princes in the Tower.

Bo obwiniano za śmierć dwóch książąt nade wszystko Ryszarda III Yorka, a także jego przyjaciela Henryka Stafforda (1460-1483), 2 księcia Buckingham (przyjaciela dopóty, dopóki sam nie zaczął mieć chrapki na królewską koronę) wreszcie samego Henryka VII Tudora (1457-1509) oraz jego matkę Małgorzatę Beaufort (1443-1509).

Być może książka Langley wyjaśni definitywnie tę tajemnicę.

29 lipca – 2 sierpnia 2023 r.

PS

Owi, wyżej wspomniani książęta, to synowie Edwarda IV Yorka (1442-1483), których stryjem był Ryszard III York tzn. Edward V York (1470-6 lipca 1483?) i Ryszard Shrewsbury (1473-6 lipca 1483?).

PPS

W filmie Ryszard III (Richard III – 1955), 161 min. reż. Laurence Olivier (1907-1989), główne role kreowali m.in. właśnie Olivier, który jako 48-latek grał 32-letniego króla; John Gielgud (1904-2000), który jak 51-latek też grał 30-letniego brata Ryszarda III, księcia Clarence; wreszcie Ralph Richardson (1902-1983), który jako 53-latek grał również 30-letniego przyjaciela Ryszarda III, księcia Buckingham.

Podstawą do realizacji filmu była sztuka Ryszard III Williama Szekspira, który opierając się na m.in. przekazach Tudorów przedstawił Ryszarda III Yorka w niezbyt korzystanym świetle. Dopiero ricardianie, po odnalezieni szczątków króla, i ponownym, królewskim, pochówku, starają się relacjonować fakty z jego życia i krótkiego panowania (26 czerwca 1483-22 sierpnia 1485) oraz wyjaśnić m.in. tajemnicę śmierci bratanków.

Film, gdy go po raz pierwszy oglądałem w latach 50 XX wieku, zarobił na mnie wielkie wrażenie. Tak wielkie, że zostałem ricardianem.

Warto podkreślić, i przypomnieć, że film został zrealizowany w pięknym, niezapomnianym systemie Vista Vision.

3 sierpnia 2023 r.