„NIE WSZYSTKO CO MA OKŁADKI JEST KSIĄŻKĄ”

„Mam swoją zaprzyjaźnioną od czterdziestu lat maszynę do pisania, »Olympię«. Jest podręczna, wszędzie mogę ją zabrać, a moje refleksje nie wymagają ciągłych korekt… i tak nie będą doskonałe. Wystarczy mi ta przeszkoda, jaką jest każda nowa kartka czystego papieru. To przecież jest takie gwarzenie… Ot tak, by się lepiej poznać, coś o sobie wiedzieć.

Poczułam się zawstydzona, czytając książki, które są wspomnieniami, dziennikami. Solidnie poukładane myśli, spisane chronologicznie wydarzenia same układały się w całość. Zwątpiłam w swój zbiór refleksji i wspomnień. Nie wszystko co ma okładkę jest książką. Ja spisałam to, co pamiętałam, a czego nie spisałam, a pamiętam, nie chciałam ubrać w zdania, bo za długo chroniłam swoją prywatność, by dziś umieć przejść ową barierę – niewidoczną, lecz silnie we mnie tkwiącą”.

Powyższe słowa są cytatem z książki… Beaty Tyszkiewicz Nie wszystko na sprzedaż, wydanej przez Studio Marka Łebkowskiego w 2003 r.

Książkę tę odnalazłem w… piwnicy, gdzie wędruje nadmiar książek, których nie mogę pomieścić w mieszkaniu, a nade wszystko w moim pokoju. Robiliśmy (i robimy) mały remont kuchni (z wymianą mebli) oraz przedpokoju i łazienki. W związku z tym trzeba było wiele rzeczy wyrzucić, przenieść do piwnicy, a przy okazji dokonać przeglądu piwnicznego zbioru książek. Swego czasu chciałem ten nadmiar książek najpierw gdzieś w antykwariacie sprzedać albo komuś oddać. W antykwariatach jednak robią dziwne miny, płacą z łaski, a jedna czy druga biblioteka być może przyjęłaby moje książki, ale nie dosyć, że oddaję za darmo, to jeszcze musiałbym je na mój koszt dostarczyć. No tak, jeszcze czego!

W ten oto sposób przeglądając mój piwniczny księgozbiór trafiłem na m.in. w. wym. książkę Beaty Tyszkiewicz oraz od dłuższego czasu przez mnie poszukiwanego po całym domowym księgozbiorze Złego Tyrmanda z 1956 r.

(A poza tym trafiłem nie wiadomo po co przez lata gromadzony i przechowywany niemal kompletny zbiór gdańskich poetów, którzy debiutowali w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Który gdański tomik poezji przeszedł do historii literatury polskiej? Żaden! Który gdański poeta zaznaczył swoją obecność na ogólnopolskiej mapie literackiej? Żaden! A mimo to niektórzy gdańscy literaci są fetowani pomorskimi nagrodami za „całokształt twórczości”. Za co?).

Wziąłem się do lektury książki Tyszkiewicz, ponieważ nie mogłem zdzierżyć chaosu (oraz „Ale…” na początku zdań i „…się” kończących zdania) opowiadania pt. Cienie Jarosława Iwaszkiewicza.

I nie mogłem wyjść z podziwu, dosłownie, jak to się mówi „przecierałem oczy” ze zdumienia, że można jednak pisać bez „Ale…” na początku zdań i nie kończyć bezustannie zdań na „…się”. Książka Tyszkiewicz pod względem literackim, stylistycznym, językowym jest bez zarzutu. Żadnych, nawet najmniejszych błędów. A przy tym jest to książka uczciwa, bez aktorskiej minoderii, przechwalania się itd. Aż nie chce się wierzyć, że pisała ją sama aktorka, ale tak jest w samej rzeczy.

A przecież nawet w środowisku aktorskim Tyszkiewicz nie była uznawana za aktorkę, bo wyrzucono ją ze szkoły aktorskiej i nigdy aktorką teatralną nie była. Ja osobiście pamiętam ją z takich ról filmowych jak m. in. donna Rebecca Uzeda w Rękopisie znalezionym w Saragossie, Inga Rhode w Pierwszym dniu wolności, księżniczka Elżbieta w Popiołach, Maria Walewska w Marysi i Napoleonie, Beata we Wszystko na sprzedaż, Waleria w Pieśni triumfującej miłości, Izabela Łęcka w Lalce, Ewelina Hańska w Wielkiej miłości Balzaka.

Tyszkiewicz jako autentyczna hrabianka, grała przeważnie role arystokratek. Kiedyś jednak, chyba z braku pieniędzy, bo życie osobiste miała naprawdę bardzo „poplątane”, zareklamowała eleganckie odkurzacze. Nigdy jednak nie zniżyła się do roli… pani klozetowej, jak to uczyniła, grająca przecież także królowe, Anna Dymna.

Aż nie chce wierzyć, że wtedy polskie filmy były do oglądania (aktorzy mówili po polsku, a nie – jak obecnie – gdy bełkocą po polskawemu), a jakież wówczas piękne i utalentowane były aktorki. A teraz są tylko… „gwiazdy” i to wyłącznie serialowe. Nie oglądam polskich seriali, bo nie dosyć, że nie można zrozumieć co mówią aktorzy, to nie wiadomo o co w nich chodzi. A bezustanna „rozrywka”, czyli gadanina kręcona z ręki mnie nie interesuje. 

Wprawdzie Beata Tyszkiewicz występowała także w jakichś serialach, ale ja o tym nie chciałbym wiedzieć. Serialowe bowiem polskie aktorstwo, to żadne aktorstwo.

Jestem szczęśliwy, że żyłem w latach, gdy sztuka (także filmowa) była sztuką, gdy na polskie filmy chodziło się po kilka razy. Z teatrów nie chciało się wychodzić, a teraz siłą nikt mnie do teatru nie zaciągnie. (Teraz to znaczy myślę o sytuacji sprzed kilku miesięcy, kiedy nie było jeszcze epidemii).

W tamtych latach osobiście poznałem pisarzy, których książki są w dalszym ciągu obecne w świadomości czytelniczej (niestety, chyba już tylko starszego pokolenia). Niezależnie od orientacji politycznej byli to pisarze w pełnym tego słowa znaczeniu, a poza tym z tzw. klasą także w ubiorze. No i piastując różne funkcje w środowisku literackim zawsze, na miarę swoich sił pomogli a to w publikacji tekstu, a to w otrzymaniu stypendium twórczego itd. A teraz jakiś jegomość z wiecznie nieogoloną gębą, w wymiętej marynareczce na jakimś tandetnym T-shircie (co z tego, że doktor habilitowany) „rozdaje karty” i decyduje komu wydać książkę według „kryterium” „kto pierwszy ten lepszy”. Absurd do sześcianu.

Lektura książki, dobrej, rzecz jasna książki jak właśnie Nie wszystko na sprzedaż to jednak jakieś zajęcie i ocalenie na czas epidemii. Szkoda tylko, że książek nadających się do czytania jest tak mało. Bo jak słusznie zauważa Beata Tyszkiewicz „Nie wszystko co ma okładki jest książką”.

19 października 2020 r.