LIST KINOFIA DO PANA PIOTRA GOĆKA W ZWIĄZKU Z JEGO RECENZJĄ „OSTATNI GRZESZNIK” O „IRLANDCZYKU” MARTINA SCORSESE

Pełny tytuł tego zapisku brzmi: „List kinofila tj. piszącego te słowa, do Pana Piotra Goćka, w związku z jego recenzją pt. »Ostatni grzesznik«, dotyczącą filmu Irlandczyk Martina Scorsese, opublikowaną w Tygodniku Lisickiego »DO RZECZY«, nr 49/351 z 2-8 grudnia br., s. 42-44”. A ponieważ byłby to zbyt długi tytuł, aby go publikować w całości pozostańmy przy: „List kinofila do Pana Piotra Goćka, w związku z Irlandczykiem Martina Scorsese”. Brzmi to chyba nieco zgrabniej.

Pan Gociek ma dar pisania, bo przecież nie wszyscy potrafiliby aż tyle napisać o bardzo przeciętnym filmie Irlandczyk Martina Scorsese. Od razu chciałbym także zaznaczyć, że nie będę ustosunkowywał się do każdej kwestii z recenzji Pana Goćka. Zapisek ten także nie jest polemiką. Chciałem najzwyczajniej jakoś na recenzję Pana Goćka zareagować, jako kinofil z długim – i jeszcze dłuższym – stażem.

A więc do rzeczy. Już w pierwszym zdaniu swojej recenzji Pan Gociek pisze (a Tygodnik Lisickiego drukuje tłustym drukiem), że „Martin Scorsese to jeden z największych żyjących mistrzów kina. A »Irlandczyk« to jego kolejne arcydzieło”.

Czy Martin Scorsese (rocznik 1942) jest jednym z „największych żyjących mistrzów kina”? Chyba tak. Nie zapominajmy jednak o takich reżyserach jak: Clint Eastwood, Steven Spielberg, Ridley Scott, James Cameron, Joel i Ethan Coen, David Fincher, Ron Howard (nie znoszę filmów Almodovara i Tarantino). „Moi” jednak mistrzowie to: Stanley Kubrick, Masaki Kobayashi, Federico Fellini, David Lean, Alain Resnais… A także (alfabetycznie): Ingmar Bergman, Joseph Losey, Sidney Lumet, Roman Polański, Tony Richardson, Luchino Visconti, Billy Wilder…

Spośród kilkudziesięciu filmów, które Scorsese dotąd wyreżyserował widziałem chyba wszystkie. Podobały mi się, i je zapamiętałem, m.in. Alicja już tu nie mieszka (1974 r.), Taksówkarz (1976 r. ), New York, New York (1977 r.), Wściekły byk (1980 r.) oraz Hugo i jego wynalazek (2011).

Nie rozumiem natomiast zachwytów nad filmem Chłopcy z ferajny (1990 r.), ale o tym obrazie kilka słów poniżej. Arcydzieła wśród wszystkich obejrzanych filmów Scorsese jednak nie doznałem. Scorsese to, moim zdaniem, bardzo sprawny reżyserski… rzemieślnik, umie opowiadać obrazami, ale epatowanie przemocą, gloryfikowanie gangsterstwa, różne zakapiory, bandziory, jako główni bohaterowie jego filmów i ich cwaniackie mordy mnie nudzą.

Zanim 27 listopada br. Irlandczyka obejrzałem, okrutnie nudząc się przez trzy i pół godziny, przedtem na temat tego filmu wiele się naczytałem, a nade wszystko naczekałem.

Pamiętam miesiące, czy też tygodnie oczekiwania, np. na 2001: Odyseję Kosmiczną, Barry Lyndona, Bunt, Osiem i pół itd. czy też: West Side Story, Laurence z Arabii itd. i potem już od pierwszych scen, od pierwszych sekwencji wielki zachwyt, który trwa do dzisiaj.

Tymczasem Irlandczyk przynudza już od pierwszej sceny. Co mnie bowiem może obchodzić życie jakiegoś gangstera, w dodatku wielokrotnego mordercy. Tuż przed projekcją filmu znalazłem w księgarni książkę, według której Scorsese nakręcił Irlandczyka. Wypasione, niemal 500 stronicowe tomiszcze w miękkiej okładce Słyszałem, że malujesz domy Charlesa Brandta. Wewnątrz czarno białe fotografie. Swoim zwyczajem przysiadłem na moment i zacząłem czytać. Po kilku chwilach odłożyłem tę księgę na półkę: co mnie może obchodzić życie jakiegoś gangstera?

Jeżeli nie „co”, to może „jak”, ale ani opowiadaną historią, ani wizualnie, ani grą aktorską Irlandczyk, moim zdaniem, nie zachwyca. Ot, jeszcze jeden film na temat gangsterów. Cała zatem nadzieja w aktorach. I tu największy zawód. Cóż z tego, że Scorsese zaangażował swoich kolegów, cóż z tego, że są oni obsypani Oscarami, jeśli to sterani rolami i życiem aktorzy, który czas świetności mają już dawno za sobą.

Dużą część swojej recenzji Gosiek poświęca… efektom specjalnym. Sporo się naczytałem o tych efektach specjalnych zastosowanych w Irlandczyku oraz o tym ile to one kosztowały. Cóż z tego, że komputerowi specjaliści napracowali się nad odmładzaniem, to znowu postarzaniem De Niro, Pacino, Keitla, Pesci itd., jeśli w każdej scenie mają oni posturę ociężałych, powolnych, niemal otyłych… „dziadków leśnych”.

W swojej recenzji Gociek na ten temat pisze, co następuje: „komputerowo odmłodzeni aktorzy wyglądają jak trzy czy cztery dekady temu, ale przecież poruszają się jak starcy, pozostają przygarbieni, gdzieś w głębi serca czujemy, że jesteśmy oszukiwani”.

No właśnie, nie tylko „gdzieś w głębi serca czujemy”, ale nade wszystko widzimy(!), że „coś jest nie tak” z aktorami w Irlandczyku. I nie dałem się „uwieść narracji Scorsese”, ponieważ mimo bardzo atrakcyjnych retrospekcji, film jest najzwyczajniej przegadany i nudny. Najistotniejsze sprawy są w Irlandczyku wygadane, a nie pokazane obrazami.

Od chwili, gdy jednak Gociek zaczyna pisać, że „Najnowszy film Scorsese bliższy jest jednak jego medytacjom religijnym” zaczyna być już nie tylko absurdalnie, ale wręcz… śmiesznie. Rozumiem, że o „gustach się nie dyskutuje”, że każdy ma prawo do własnej oceny dzieł sztuki itd. Gdyby Gociek wypowiadał się prywatnie na temat Irlandczyka, no to trudno. Pisze jednak w tygodniku, i to w Tygodniku Lisickiego, ba recenzuje wmawiając (nie wiem czy jest to dobre słowo) czytelnikom i widzom to, czego w Irlandczyku nie ma, a co Gociek zobaczył (może raczej: przeczytał) w tym filmie.

Przypomina mi to sytuacje, których jakiś czas temu doświadczyłem. Otóż – sytuacja pierwsza – niegdyś, jako student polonistyki poszedłem na wykład pt. „Sztuka współczesna, a tradycyjna”. Sądziłem, że będzie to wykład o eksponowanych właśnie w Toruniu dziełach Jacka Malczewskiego. Wykładowca jednak zatrzymał się na parterze, gdzie były eksponowane trzy olbrzymie płótna zamalowane na biało. Na pierwszym płótnie była przyklejona jedna kromka chleba, na drugim dwie kromki chleba, na trzecim trzy kromki chleba. Wykładowca zachwycał się owymi naklejonymi na płótna kromkami chleba wmawiając nam różne rzeczy, których najzwyczajniej na tych olbrzymich płótnach nie było.

A oto sytuacja druga. Jakiś czas temu trąbiono w Gdańsku na temat wspaniałej ponoć wystawy malarskiej pt. „Biblia w malarstwie”. Wybrałem się zatem któregoś dnia do Pałacu Opatów w Oliwie. I cóż zobaczyłem? Jakieś straszliwe bohomazy, które z Biblią nie miały nic, ależ to nic wspólnego. Niedługo potem uczestniczyłem w jakiejś dyskusji na temat tej wystawy i usłyszałem, „że trzeba sobie dopowiedzieć, wyobrazić, co malarz miał na myśli”.

Po co zatem wmawiać czytelnikom i widzom coś, czego nie ma? Na tej zasadzie można nawet z byle jakiego filmu uczynić… „arcydzieło.

„Mafia odgrywa w »Irlandczyku« rolę podobną do tej, którą w antycznych tragediach odgrywał nieubłagany los”. No nie, Panie Gociek, używając kolokwializmu można by powiedzieć „weź pan przestań”. Co mają wspólnego tragedie greckie z nudnym, pełnym cwaniackich gęb, filmem?

A kończy Gociek recenzję o Irlandczyku w tak wzniosłym tonie, że aż nie chce się wierzyć, że można i takie rzeczy wypisywać o gangsterze, który zamordował wiele osób: „Nawet największy grzesznik liczyć może na łaskę, odkupienie i życie wieczne. Trzeba jednak wyznać swe grzechy. Na razie jednak, gdy widzimy go po raz ostatni Frank Sheeran obdarzony jest wiecznością zupełnie inną od tej, o której marzy”.

No tu już Gociek… „pojechał po bandzie”. Ostatnia scena w Irlandczyku to jest… ciemność. Kilka sekund przedtem, zanim kamera „wjedzie” ową ciemność widz zobaczy mocno pomarszczonego De Niro, jako Franka. Owego obdarzenia „wiecznością zupełnie inną od tej, o której marzy” w zakończeniu Irlandczyka najzwyczajniej nie ma. Jeśli jest to tylko w wyobraźni Piotra Goćka.

Już po projekcji Irlandczyka zdzwoniłem się z kilkoma znajomymi (również z kolegą, który akurat przebywa na południu USA), którzy bynajmniej nie są kinofilami. Odczucia były podobne, a nawet takie same.

Jeden z owych znajomych jest wielbicielem Chłopców z ferajny. Uważa ten film za najlepszy z wszystkich, które widział. „Masz rację, Irlandczyk jest przegadany i nudny. Zobacz Chłopców z ferajny. Na pewno się zachwycisz”.

Chłopców z ferajny już kiedyś, oczywiście, widziałem. Postanowiłem zatem go sobie odświeżyć. Ileż jednak można zachwycać się gangsterami, braniem prochów i cwaniackimi gębami – coraz bardziej poirytowany oglądałem ten film. Może zatem… narracja, zdjęcia, ustawienia kamery itd. słowem oglądałem ten obraz z największą uwagą sekwencja po sekwencji, niektóre sceny, nawet dwu, trzykrotnie. Nie tylko „co” mnie nie zaciekawiło, ale także „jak” w niczym mnie nie urzekło.

Co jakiś czas oglądam, po raz kolejny zachwycając się filmami: Lecą żurawie Kałatazowa, Osiem i pół Felliniego, Powiększeniem Antonioniego, Buntem Kobayashiego, 2001: Odyseją Kosmiczną Kubricka itd. To są filmy ponadczasowe. Arcydzieła.

A któż będzie pamiętał o nudnym, przegadanym Irlandczyku ze stareńkimi aktorami, którzy udają młodych?   

3-5 grudnia 2019 r.

Zapisek postanowiłem okrasić kadrem z filmu Hugo Martina Scorsese.