KIELAR I… VILHJÁLMSDÓTTIR

Od mojego ostatniego zapisku minęło bez mała dwa tygodnie. Przez ten czas wydarzyło się bardzo wiele. Nade wszystko „NARESZCIEEE PRZYSZŁAAA WIOSNAAA” – jak można było usłyszeć w radiu i telewizji (którą już prawie nie oglądam).Nie wiem skąd się wzięła ta maniera akcentowania na ostatniej sylabie albo przeciągania ostatniej głoski. Ja tego nie mogę znieść, tak samo jak bezmyślnego stosowania „jakby”, „ciężko” itd. Słowem język polskawy zaczyna być wszechobecny.

Niepostrzeżenie przeszły „szfienta”, tak bowiem wszędzie było słychać o Wielkanocy. Ten, który nie przeżył Triduum Paschalnego, nie uczestniczył w m.in. Wielkopiątkowej Liturgii Męki Pańskiej nie ma pojęcia, czym jest Wielkanoc.

Zresztą cóż mówić o przeżywaniu Wielkanocy. Akurat w Wielki Piątek ktoś zawzięcie na trzepaku mścił się na dywanie. Młody człowiek, a niestety, dureń. Nawet jeśli jest niewierzący, powinien wiedzieć, że jest to Wielki Piątek.

Zresztą „nawiedzonych” można spotkać wszędzie. Któregoś dnia zatrzymałem się nad przejściem dla pieszych czekając na zielone światło. Wtem jakaś młoda dziewczyna odezwała się do mnie w te słowa: „Czy pan wie, że Pan Bóg pana kocha?”. Tak? – zdziwiłem się – a dlaczego, mimo że jest +15 stopni, ma pani zimową czapę na głowie?”. Popatrzyła na mnie zaskoczona i szybko zniknęła w tłumie.

Zostawmy jednak obyczaje, nawiedzonych i rozprzestrzeniający się jak najgorsze chwasty wszechobecny język polskawy.

Nadzieja jeszcze pozostaje w Poezji. Oto w Gdańsku zorganizowano, tuż przed Wielkim Tygodniem, dwie literackie imprezy. Pierwszą edycję Gdańskich Targów Książki (bez, oczywiście, udziału gdańskich pisarzy) oraz piątą już edycję Nagrody Literackiej Europejski Poeta Wolności.

Ciepła wiosna zaczyna się w Gdańsku zazwyczaj około połowy kwietnia. Jaki sens było organizować w zimowym przecież marcu dwie duże kulturalne imprezy w Wielkim Poście i akurat przed Wielkim Tygodniem?

Chciałem odnotować w jakimś zapisku Europejskiego Poetę Wolności tytułując ów zapisek „…tarzając się w samowystarczalnym gównie…” od fragmentu nagrodzonego 100.000 (stu tysiącami) złotych utworu z tomiku Wolność. Autorem owego tomiku jest islandzka poetka Linda Vilhjálmsdóttir. A ów utwór brzmi następująco:

„choć pokolenie milordów przyznaje sobie moralne prawo / zbawiać świat od efektu cieplarnianego / wpełzając na powrót do ziemianek / i tarzając się w samowystarczalnym gównie // nasze pomysły na profity są inne / gdyż my ludzie wciąż stoimy na nogach / pomimo wszystko”. (s. 41).

„Organizatorem konkursu Nagroda Literacka Europejski Poeta Wolności jest Miasto Gdańsk. Celem Nagrody jest wyróżnienie i promocja zjawisk poetyckich, które podejmują jeden z najistotniejszych dla współczesności tematów – temat wolności, a jednocześnie charakteryzują się wybitnymi wartościami artystycznymi”.

Przeczytałem ów tomik z największą uwagą, na jaką mnie stać i nie znalazłem w nim ani „tematu wolności”, ani tym bardziej „wybitnych wartości artystycznych”.

Gdzie bowiem owa „wolność” oraz „wybitne wartości artystyczne” są w takim oto utworze:

„przygotowaliśmy już / chleb i sałatę // oddzieliliśmy mięso od kości / i zamarynowali w oliwie z ziołami // nalaliśmy wina do dzbanów / i wyjęli zastawę grillową // wybieliliśmy zęby / i polakierowali paznokcie i włosy // zrosiliśmy zapachem wiosennego deszczu / obrusy i serwetki gości // zrobiliśmy wszystko / poza rozdęciem cherlawej piersi // by bzyczący rój moli / mógł bez przeszkód przez nią przelecieć”. (s. 31).

Albo w takim:

„to nie jest kwestia zainteresowań / lub stylu życia jak można sądzić lecz kwestia / dźwigania swej części odpowiedzialności z godnością // kwestia wykorzystania stagnacji / do odwrócenia trendu i nałożenia kilku gramów / pewności siebie na szkielet // kwestia zbudowania solidnej masy mięśniowej / i powrotu do przyzwoitej formy”. (s. 45).

Lub w takim:

„i dziś / daje się nam do zrozumienia że najzdrowiej / przyjąć dobrą nowinę bez sprzeciwu // najlepiej chwalić wolność / gdy klęczymy przez balaskami / raz na cztery lata // niezwiązani i mamy prawo wyboru / chrupać słoneczne komórki lub chipsy aluminiowe / podczas kolejnych lat dobrobytu // popijając je / łykiem ropy z nieodkrytych złóż / lub ciepłego jak mocz morza z bieguna”. (s. 83).

Mnie absurdy w gdańskiej kulturze już niczym nie zaskoczą.

Niejako dla przeciwwagi chciałbym jednak napisać kilka słów na temat książki, która ostatnio sprawiła mi sporo czytelniczej satysfakcji. Są nią Nawigacje Marzanny Bogumiły Kielar.

Posłowie do tej książki pt. Marzanna Andrzej Stasiuk zaczyna bezmyślnym stwierdzeniem… „Bezludna jest to poezja”. Wprawdzie potem się reflektuje i pisze do sensu, ale pierwsze wrażenie bezmyślności pozostaje. No, bo gdzież ta poezja jest bezludna? A autor, a podmiot liryczny, to pies?

Niewiele utworów w tym tomiku, lecz co następny, to „daje do myślenia”. Jest to bowiem poezja do wielokrotnego czytania, do powracania, do smakowania fragmentów. Niesposób (zresztą po co?) bezustannie cytować Nawigacje, trzeba je przeczytać, ba! doznać i… znowu do lektury powrócić.

Pokażcie mi jakiś tomik innej współczesnej polskiej poetki. Zazwyczaj zniechęcenie następuje już po dwu, trzech utworach albo czytelnika ogarnia „czysty” śmiech.

A zatem Kielar. A zatem – na przykład – mały  majstersztyk poetycki pt. Sukcesje:

„Dziedzictwo biorą rośliny, chwasty. / Na tych wyludnionych terenach, po wysiedlonych ludziach, / zostały owocowe sady. // Zamiast ludzkich kolonii – kolonie kwiatów. / Rudbekie, złocienie przy rozłamanych, / zapadłych w chaszcze fundamentach. // Szczygły w ostach. // Wciąż kwitną na skraju lasu zdziczałe jabłonie, śliwy, / owocuje agrest i porzeczka. / Jednak to pokrzywa, perz przejęły to ustronie i przydroża, // oskrzydlają je osty / w przedwieczornym blasku” (s. 15).

Albo bardzo nastrojowe Ćwiczenia z nieistnienia:

„Mgła nadchodzi falami, na przemian to rzednąc, to gęstniejąc, / aż ucięła widoczność, wymazała i nas. Na wiele godzin odszedł ogród. / Mgła zamknęła drzwi do rzeczywistości. // Opar się przerzedza, odsłania wygładzone podnóże wzgórz / i miasteczko. Wybrane z ziemi karpy bylin, w długim rzędzie / pod ogrodzeniem z bejcowanych desek. / Szaroskrzydłe ptaki krążą, nawołują // nad bagnistym sarkofagiem jesiennego dnia, / pełnym butwiejących liści, śliskich badyli dalii i słonecznika. // Wracają poucinane drogi, domy o ścianach gładkich, bez gzymsów / i detali, zdmuchnięta jak czapka dachy. // Sny ekshumowane. / I my wracamy – jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, w nieskończonym teraz” (s. 17).

Czy też jakże piękny Post tenebras

„Krzew forsycji w pustym ogrodzie – / kwitnie żarliwie, buzuje żółtym ogniem przy żelaznej ławce / na pochyłości marca. // Szare rośliny wokół stoją sztywno, bezlistny glosariusz. Niemo / patrzą w ogień tawuła i pigwowiec. Poruszają się bezgłośnie / gałązki nagiej śliwy, wargi / czerwonego buka – // jak gdyby cały język uczestniczył w nadawaniu znaczenia / pojedynczemu słowu, gdzieś // poza mową. // Słowo, wyłuskane z chłodu poranka, świeci z ziemi / żółtą grzywą, w której siedzą wróble” (s. 20).

A teraz łyżka dziegciu. Byłyby to poezje arcydzielne, gdyby – mimo ich filozoficzności i metafizyczności – nie brakowało mi w nich… metafizyki. I jeszcze Czegoś, a raczej Kogoś, Kto jest i ponad filozofią i ponad metafizyką.

Któregoś dnia po załatwieniu sprawy w centrum Gdańska zaszedłem do jednej z ocalałych księgarni, gdzie jest dość duży wybór współczesnej poezji. Poezje Marzany Bogumiły Kielar to jest zawsze święto. Codzienność – poetycka, jakże by inaczej – brzmi następująco:

„Nad wodą / siedzimy / czekając na cud // a cudem jest to / że siedzimy /nad wodą / czekając na cud” itd. doczytawszy do tego miejsca wybuchnąłem „czystym” śmiechem i wyszedłem z księgarni.

7 kwietnia 2018 r.

Ps.

Czym by to „okrasić” ten zapisek? Może zdjęciem ze spaceru po lesie z Pestką. Mimo  że to już zbliża się pierwsza dekada kwietnia, wiosny nie widać. Jest – jak w wierszu Kielar – pośród roślin i drzew: „pusto”, „szaro”, „sztywno” i „bezlistnie”.

Śpiewają już jednak ptaki.